Wpisy archiwalne w miesiącu
Grudzień, 2010
Dystans całkowity: | b.d. |
Czas w ruchu: | 23:05 |
Średnia prędkość: | - |
Liczba aktywności: | 15 |
Średnio na aktywność: | 0.00 km i 1h 32m |
Więcej statystyk |
Piątek, 3 grudnia 2010
Ścianka
Dzisiaj drugie wyjście na ściankę.
Czy będą następne? Nie wiem. Andżelika powiedziała, że teraz jak zaczną się narty, to będzie jeździć na narty ...
A bez partnerki, to nawet nie mam coś się tam wybierać. Ludzie jednak chodzą parami, żeby można było się nawzajem asekurować, ale to osobny temat.
Byłoby mi żal ogromnie, bo lubię tę walkę z wysokością i.. samą sobą. To jest fajna zabawa i daje mi wiele radości.
I chciałabym się nauczyć jak najwięcej dla samej siebie ( no i może po to żeby spróbować kiedyś w skałkach)
Wyczynowcem żadnym nie będę. Wiadomo mam 39 lat ( prawie) i na sukcesy w jakimkolwiek sporcie to już raczej za późno.
Ja po prostu sportem się bawię, jestem amatorem i mam z tego masę radości, bo uważam , że to jedna z tych dziedzin życia, która nie tylko daje tę masę radości, ale jeszcze wydatnie poprawia nasze samopoczucie, nie mówiąc już o tak zwanych efektach ubocznych ( jak ja to nazywam) czyli sylwetce.
Dzisiaj poświęciłyśmy sporo czasu na naukę asekuracji.
Nie bardzo miał kto nam pomóc, więc Andżelika, która już kiedys się uczyła, postanowiła mnie asekurować. Miałam obawy, ale też nie bardzo był wybór, bo inaczej , to stalybysmy i patrzyłybysmy jak wchodzą inni. Więc schowałam strach do kieszeni i postanowiłam jej zaufać.
No i zaczełam wchodzić na ścianę, coś tam jej nie poszło ( slyszałam jej rozmowę z którymś chłopaków, który powiedział: nie tak...) i złapałam taką blokadę, że ... myślałam, ze nie ruszę do góry.
No ale jednak ruszyłam i doszłam do konca, a potem nawet zeszłam. Będąc u góry, spojrzałam w dół i.. to jest zupełnie niepotrzebne, bo tam u góry jest się naprawdę b. wysoko i lepiej tego nie wiedzieć:). Nie mieć świadomości.
Drugie wejście było juz naprawde dobre. Sprawnie i szybko, dużo , dużo lepiej niż w ub tygodniu. Nie bałam się, myślałam o tym, żeby się długo nie zastanawiac nad kolejnym ruchem. Podnosiłam wysoko nogi. Wejście i zejście. Zejścia też są fajne, trudne i to też taka walka z przełamywaniem własnego strachu.
Potem ja zaczęłam sie uczyć asekuracji i... kiepsko mi szło...
No .. naprawdę. Trener na sucho pokazywał mi chwyty liny i to bylo trochę bez sensu, bo ja nie wiedziałam po co ja je wykonuję. Dopiero jak już zaczęłysmy ćwiczyć z Andżelika z linami , to było trochę lepiej, ale i tak wysoko nie pozowliłam jej wchodzić bo się bałam.
Potem jakiś chłopak zaoferował nam, że nas będzie asekurował i poszłysmy na trudniejsze drogi.
Tradycyjnie.. do połowy i ani rusz dalej. Po prostu ścianka już nie jest pionowa, trzeba więcej odwagi, więcej techniki, wisi się na ręce, ręka już boli, trzeba wykonać cos jakby skok, zeby dosięgnąć tego chwytu. I znowu chłopak, który nas asekurował zwracał nam uwagę, że za dużo "robimy" rękami, a że zapominamy o nogach. I jak powiedziałam mu, że po prostu brakuje mi siły, to się zaśmiał i powiedział: siła jest, prawie wbiegałaś teraz na tą ściankę. Nogi i technika i to wszystko.
Ciężko... może kiedyś się uda.
Jedno odpadnięcie zaliczyłam , poslizgnęłam się ( noga) nie złapałam chwytu i huśtawka na linie.
Ale... ale miałam mnostwo radości, chociaż za wiele nie pochodziłysmy.
No i coraz bardziej mi sie to podoba.
Świetny sport.
I tak jeszcze przy okazji ( ale to nie do Ciebie skarpie, bo my juz sobie wyjaśnilismy co mielismy wyjaśnić). Chciałam te kilka zdań napisać ponieważ dzisiaj znowu usłyszałam, że moje sportowanie nie jest rozumiane - jeśli tak to mogę nazwać.
Tzn...że za dużo, itd., że robiąc tyle rzeczy w niczym nie będę dobra.
I dlatego chciałam napisać te kilka słów, do wszystkich, którzy może czytają mojego bloga i może też chcieliby zapytać w przyszłości takie pytanie, dlaczego tyle różnych rzeczy probuję a nie skupiam się na jednym. Więc odpowiadam i w razie czego będę odsyłać do tego wpisu, bo przyznam, ze trochę sił mi już brakuje na to tłumaczenie się z moich poczynań.
Nie skupiam się na jednym ( w zimie, bo wiosną i latem raczej pozostaje przy rowerze), bo mam 39 lat i nie będę już super sportowcem i zadnego wielkiego sukcesu nie osiągnę.
Kiedy miałam naście lat wyczynowo trenowałam siatkówke i to było ponad wszystko i temu poświęcałam swój czas.
Teraz.. sport jest dla mnie zabawą. Chce mieć z niego radość, a jesli przy okazji jazdy w maratonach pojawi sie jakiś lepszy wynik , no to będę sie cieszyć.
Nie jest to jednak mój cel nadrzędny - sportowy wynik.
Chociaz nie ukrywam, ze chce sie poprawiać i jeździć lepiej ( nie ma w tym chyba nic nadzwyczajnego), ale ... bez wielkiego ciśnienia, bo przecież nie jadę na olimpiadę.
Dlaczego ścianka?
Bo od kiedy przeczytałam "Okrutny szczyt" zafascynował mnie świat gór, wspinaczki, himalaistów itd. Chciałam zobaczyć jak to jest. Z tej własnie fascynacji wzięła się ścianka.
Dlaczego kupiłam narty biegowe? Bo na zjazdowych jeżdzić nie moge ( kolano), nad czym ubolewam bo Andżelika z Tomkiem jeżdżą i masa ich znajomych i byłoby fajnie razem pojeździć. Chciałam sobie jakos umilić zimę, znależć jakis zimowy sport, który by sprawił, że na zimę czekałabym równie niecierpliwie jak na wiosnę. I dlatego narty biegowe.
Dlaczego poszłam na spinning? z ciekawości , potrzeby poruszania się, spotkania ze znajomymi, zmobilzowania się do pedałowania na stacjonarnym ( no chciałabym przez zimę cos popedałować po prostu żeby zachować kondycję , żeby nie przytyć, a na zewnątrz zimno, a mnie tak bardzo marzną stopy, że po prostu przestaje to być przyjemne).
To wszystko sprawia mi wiele RADOŚCI i to, że nie będę świetna w żadnej z tych dyscyplin naprawdę mi nie przeszkadza.
Uwielbiam ten stan sportowego zmęczenia, te buzujące po wysiłku hormony szczęścia.
Lubię NOWE, lubię poznawać nowy rodzaj radości... więc próbuję innych niż rower rzeczy.
Czy to takie złe?
Ludzie przecież robią różne rzeczy ...
Nikt nie cierpi na tym. Nie zostają w domu dzieci, mąż, nie zaniedbuję rodziny, nie zabieram jej swojego czasu.
Sport jest moją pasją, autentyczną pasją, a nie uleganiu modom, bo akurat modne są biegówki, czy koledzy kupują szosę to ja sobie też kupię...
Nigdy nie myślałam w ten sposób.
Kiedyś znalazłam na jakims forum poświęconym wspinaczce taki cytat, który nawet sobie zapisałam, bo bardzo mi się spodobał i myślę, że można go odnieść do każdego sportu:
" NAJLEPSZYM WSPINACZEM JEST TEN, KTO CZERPIE Z TEGO NAJWIĘCEJ RADOŚCI"



Czy będą następne? Nie wiem. Andżelika powiedziała, że teraz jak zaczną się narty, to będzie jeździć na narty ...
A bez partnerki, to nawet nie mam coś się tam wybierać. Ludzie jednak chodzą parami, żeby można było się nawzajem asekurować, ale to osobny temat.
Byłoby mi żal ogromnie, bo lubię tę walkę z wysokością i.. samą sobą. To jest fajna zabawa i daje mi wiele radości.
I chciałabym się nauczyć jak najwięcej dla samej siebie ( no i może po to żeby spróbować kiedyś w skałkach)
Wyczynowcem żadnym nie będę. Wiadomo mam 39 lat ( prawie) i na sukcesy w jakimkolwiek sporcie to już raczej za późno.
Ja po prostu sportem się bawię, jestem amatorem i mam z tego masę radości, bo uważam , że to jedna z tych dziedzin życia, która nie tylko daje tę masę radości, ale jeszcze wydatnie poprawia nasze samopoczucie, nie mówiąc już o tak zwanych efektach ubocznych ( jak ja to nazywam) czyli sylwetce.
Dzisiaj poświęciłyśmy sporo czasu na naukę asekuracji.
Nie bardzo miał kto nam pomóc, więc Andżelika, która już kiedys się uczyła, postanowiła mnie asekurować. Miałam obawy, ale też nie bardzo był wybór, bo inaczej , to stalybysmy i patrzyłybysmy jak wchodzą inni. Więc schowałam strach do kieszeni i postanowiłam jej zaufać.
No i zaczełam wchodzić na ścianę, coś tam jej nie poszło ( slyszałam jej rozmowę z którymś chłopaków, który powiedział: nie tak...) i złapałam taką blokadę, że ... myślałam, ze nie ruszę do góry.
No ale jednak ruszyłam i doszłam do konca, a potem nawet zeszłam. Będąc u góry, spojrzałam w dół i.. to jest zupełnie niepotrzebne, bo tam u góry jest się naprawdę b. wysoko i lepiej tego nie wiedzieć:). Nie mieć świadomości.
Drugie wejście było juz naprawde dobre. Sprawnie i szybko, dużo , dużo lepiej niż w ub tygodniu. Nie bałam się, myślałam o tym, żeby się długo nie zastanawiac nad kolejnym ruchem. Podnosiłam wysoko nogi. Wejście i zejście. Zejścia też są fajne, trudne i to też taka walka z przełamywaniem własnego strachu.
Potem ja zaczęłam sie uczyć asekuracji i... kiepsko mi szło...
No .. naprawdę. Trener na sucho pokazywał mi chwyty liny i to bylo trochę bez sensu, bo ja nie wiedziałam po co ja je wykonuję. Dopiero jak już zaczęłysmy ćwiczyć z Andżelika z linami , to było trochę lepiej, ale i tak wysoko nie pozowliłam jej wchodzić bo się bałam.
Potem jakiś chłopak zaoferował nam, że nas będzie asekurował i poszłysmy na trudniejsze drogi.
Tradycyjnie.. do połowy i ani rusz dalej. Po prostu ścianka już nie jest pionowa, trzeba więcej odwagi, więcej techniki, wisi się na ręce, ręka już boli, trzeba wykonać cos jakby skok, zeby dosięgnąć tego chwytu. I znowu chłopak, który nas asekurował zwracał nam uwagę, że za dużo "robimy" rękami, a że zapominamy o nogach. I jak powiedziałam mu, że po prostu brakuje mi siły, to się zaśmiał i powiedział: siła jest, prawie wbiegałaś teraz na tą ściankę. Nogi i technika i to wszystko.
Ciężko... może kiedyś się uda.
Jedno odpadnięcie zaliczyłam , poslizgnęłam się ( noga) nie złapałam chwytu i huśtawka na linie.
Ale... ale miałam mnostwo radości, chociaż za wiele nie pochodziłysmy.
No i coraz bardziej mi sie to podoba.
Świetny sport.
I tak jeszcze przy okazji ( ale to nie do Ciebie skarpie, bo my juz sobie wyjaśnilismy co mielismy wyjaśnić). Chciałam te kilka zdań napisać ponieważ dzisiaj znowu usłyszałam, że moje sportowanie nie jest rozumiane - jeśli tak to mogę nazwać.
Tzn...że za dużo, itd., że robiąc tyle rzeczy w niczym nie będę dobra.
I dlatego chciałam napisać te kilka słów, do wszystkich, którzy może czytają mojego bloga i może też chcieliby zapytać w przyszłości takie pytanie, dlaczego tyle różnych rzeczy probuję a nie skupiam się na jednym. Więc odpowiadam i w razie czego będę odsyłać do tego wpisu, bo przyznam, ze trochę sił mi już brakuje na to tłumaczenie się z moich poczynań.
Nie skupiam się na jednym ( w zimie, bo wiosną i latem raczej pozostaje przy rowerze), bo mam 39 lat i nie będę już super sportowcem i zadnego wielkiego sukcesu nie osiągnę.
Kiedy miałam naście lat wyczynowo trenowałam siatkówke i to było ponad wszystko i temu poświęcałam swój czas.
Teraz.. sport jest dla mnie zabawą. Chce mieć z niego radość, a jesli przy okazji jazdy w maratonach pojawi sie jakiś lepszy wynik , no to będę sie cieszyć.
Nie jest to jednak mój cel nadrzędny - sportowy wynik.
Chociaz nie ukrywam, ze chce sie poprawiać i jeździć lepiej ( nie ma w tym chyba nic nadzwyczajnego), ale ... bez wielkiego ciśnienia, bo przecież nie jadę na olimpiadę.
Dlaczego ścianka?
Bo od kiedy przeczytałam "Okrutny szczyt" zafascynował mnie świat gór, wspinaczki, himalaistów itd. Chciałam zobaczyć jak to jest. Z tej własnie fascynacji wzięła się ścianka.
Dlaczego kupiłam narty biegowe? Bo na zjazdowych jeżdzić nie moge ( kolano), nad czym ubolewam bo Andżelika z Tomkiem jeżdżą i masa ich znajomych i byłoby fajnie razem pojeździć. Chciałam sobie jakos umilić zimę, znależć jakis zimowy sport, który by sprawił, że na zimę czekałabym równie niecierpliwie jak na wiosnę. I dlatego narty biegowe.
Dlaczego poszłam na spinning? z ciekawości , potrzeby poruszania się, spotkania ze znajomymi, zmobilzowania się do pedałowania na stacjonarnym ( no chciałabym przez zimę cos popedałować po prostu żeby zachować kondycję , żeby nie przytyć, a na zewnątrz zimno, a mnie tak bardzo marzną stopy, że po prostu przestaje to być przyjemne).
To wszystko sprawia mi wiele RADOŚCI i to, że nie będę świetna w żadnej z tych dyscyplin naprawdę mi nie przeszkadza.
Uwielbiam ten stan sportowego zmęczenia, te buzujące po wysiłku hormony szczęścia.
Lubię NOWE, lubię poznawać nowy rodzaj radości... więc próbuję innych niż rower rzeczy.
Czy to takie złe?
Ludzie przecież robią różne rzeczy ...
Nikt nie cierpi na tym. Nie zostają w domu dzieci, mąż, nie zaniedbuję rodziny, nie zabieram jej swojego czasu.
Sport jest moją pasją, autentyczną pasją, a nie uleganiu modom, bo akurat modne są biegówki, czy koledzy kupują szosę to ja sobie też kupię...
Nigdy nie myślałam w ten sposób.
Kiedyś znalazłam na jakims forum poświęconym wspinaczce taki cytat, który nawet sobie zapisałam, bo bardzo mi się spodobał i myślę, że można go odnieść do każdego sportu:
" NAJLEPSZYM WSPINACZEM JEST TEN, KTO CZERPIE Z TEGO NAJWIĘCEJ RADOŚCI"

Na ściance dzisiaj:)© lemuriza1972

Andżelika u samej góry© lemuriza1972

W górę, w górę:)© lemuriza1972

Andżelika atakuje trudniejszą drogę© lemuriza1972
- Czas 01:00
- Aktywność Jazda na rowerze
Czwartek, 2 grudnia 2010
Zimowa Marcinka
Dzisiaj było bardzo, bardzo zimowo.
Najpierw wracając w z pracy, tuż pod samym domem wycięłam bardzo malowniczego orła, a że byłam w krótkiej sukience, to musiało z boku to wygladać ogromnie ciekawie.
No i.. stukłam cudne, czerwone doniczki po które poszłam specjalnie do Rossmana.
A wieczorem pierwsza zimowa wyprawa na najwyższy szczyt w mieście czyli Marcinkę. W starym składzie czyli Mirek, Alek i ja.
Uwielbiam to zimowe łażenie i dlatego ubolewam, że czasu na to pewnie będzie trochę mniej, skoro chce chodzić na ściankę i na spinning i czasem pobiegać na nartach.
W mieście śnieg trochę dzisiaj topniał, ale na Marcince jak to na Marcince zaspy ogromne.
Temperatura przyjemna 5 stopni poniżej zera, a ponieważ dużo chodzenia pod górę, więc zimna nie czuło się w ogóle.
Mirek jak to Mirek wybierał najbardziej nieprzetarte szlaki, wąwozy, krzaki itp.
Podśpiewywał sobie z radości po nosem i powiedział, że coraz bardziej przekonuje się do tego, że zima to najfajaniejsza pora roku.
Momentami było naprawdę ciężko, bardzo pod górę i bardzo stromo, także trzeba było na czworakach się wspinać.
Smiać mi się chciało, bo w pewnym momencie czołgalismy się dosłownie i powiedziałam do Mirka: gdyby nas ktoś zobaczył…
A Mirek na to: no… dyrektor z poważnej firmy…
Ja: no… ja tez w poważnej firmie pracuję…
Mirek: niepoważni ludzie z poważnych firm.
Były wiec zaspy , było przełażenie przez wąwozy, był nawet taki moment , ze Mirek przechodzil po drzewie nad wąwozem ( ja się nie odwazyłam i poszlam dołem).
Przepiękny jest las na Marcince w zimie, nocą. Szkoda, że nie mam takiego aparatu żeby zrobić zdjęcia.
To jest fajny siłowy trening, nogi muszą się napracować żeby przez te zaspy się przedostawać.
Chłopaki są mocni, wiec momentami jak zostawałam z tyłu, musiałam podbiegać.
Mirek zapytał nas czy oglądaliśmy film „ Gułag”.
Powiedział, że tam dwóch gości uciekło z gułagu i wzięli ze sobą takiego słabeusza…
Jeden z tych ucieknierów zapytał drugiego: a po co go bierzemy? Jest taki słaby… będzie tylko opoźniał…
- Jak to po co? Będziemy mieć konserwę….
No i Mirek zadał pytanie: a kto z nas jest najsłabszy?
Odpowiedziałam: no ja..
Mirek: no własnie i dlatego cie wzielismy ze sobą.
I tak dostałam na ten wieczór ksywę „ jedzonko”.
Muszę jednak przyznać, ze chłopaki nie wybrali najlepiej, no wiele tego jedzonka nie ma.
A na Marcince są już tory do nart zrobione i w sobotę rano jedziemy pobiegać.
Piękna, cudowna zima, a ja myślę, że chyba z moją kondycją nie najgorzej. Pamietam jak 2 lata temu poszłam z chłopakami pierwszy raz… strasznie się męczyłam. Teraz jakby dużo, dużo mniej.
Było jakieś 1,5 godzinki intensywnego chodzenia.
Najpierw wracając w z pracy, tuż pod samym domem wycięłam bardzo malowniczego orła, a że byłam w krótkiej sukience, to musiało z boku to wygladać ogromnie ciekawie.
No i.. stukłam cudne, czerwone doniczki po które poszłam specjalnie do Rossmana.
A wieczorem pierwsza zimowa wyprawa na najwyższy szczyt w mieście czyli Marcinkę. W starym składzie czyli Mirek, Alek i ja.
Uwielbiam to zimowe łażenie i dlatego ubolewam, że czasu na to pewnie będzie trochę mniej, skoro chce chodzić na ściankę i na spinning i czasem pobiegać na nartach.
W mieście śnieg trochę dzisiaj topniał, ale na Marcince jak to na Marcince zaspy ogromne.
Temperatura przyjemna 5 stopni poniżej zera, a ponieważ dużo chodzenia pod górę, więc zimna nie czuło się w ogóle.
Mirek jak to Mirek wybierał najbardziej nieprzetarte szlaki, wąwozy, krzaki itp.
Podśpiewywał sobie z radości po nosem i powiedział, że coraz bardziej przekonuje się do tego, że zima to najfajaniejsza pora roku.
Momentami było naprawdę ciężko, bardzo pod górę i bardzo stromo, także trzeba było na czworakach się wspinać.
Smiać mi się chciało, bo w pewnym momencie czołgalismy się dosłownie i powiedziałam do Mirka: gdyby nas ktoś zobaczył…
A Mirek na to: no… dyrektor z poważnej firmy…
Ja: no… ja tez w poważnej firmie pracuję…
Mirek: niepoważni ludzie z poważnych firm.
Były wiec zaspy , było przełażenie przez wąwozy, był nawet taki moment , ze Mirek przechodzil po drzewie nad wąwozem ( ja się nie odwazyłam i poszlam dołem).
Przepiękny jest las na Marcince w zimie, nocą. Szkoda, że nie mam takiego aparatu żeby zrobić zdjęcia.
To jest fajny siłowy trening, nogi muszą się napracować żeby przez te zaspy się przedostawać.
Chłopaki są mocni, wiec momentami jak zostawałam z tyłu, musiałam podbiegać.
Mirek zapytał nas czy oglądaliśmy film „ Gułag”.
Powiedział, że tam dwóch gości uciekło z gułagu i wzięli ze sobą takiego słabeusza…
Jeden z tych ucieknierów zapytał drugiego: a po co go bierzemy? Jest taki słaby… będzie tylko opoźniał…
- Jak to po co? Będziemy mieć konserwę….
No i Mirek zadał pytanie: a kto z nas jest najsłabszy?
Odpowiedziałam: no ja..
Mirek: no własnie i dlatego cie wzielismy ze sobą.
I tak dostałam na ten wieczór ksywę „ jedzonko”.
Muszę jednak przyznać, ze chłopaki nie wybrali najlepiej, no wiele tego jedzonka nie ma.
A na Marcince są już tory do nart zrobione i w sobotę rano jedziemy pobiegać.
Piękna, cudowna zima, a ja myślę, że chyba z moją kondycją nie najgorzej. Pamietam jak 2 lata temu poszłam z chłopakami pierwszy raz… strasznie się męczyłam. Teraz jakby dużo, dużo mniej.
Było jakieś 1,5 godzinki intensywnego chodzenia.
- Czas 01:30
- Aktywność Jazda na rowerze