Wpisy archiwalne w miesiącu
Grudzień, 2010
Dystans całkowity: | b.d. |
Czas w ruchu: | 23:05 |
Średnia prędkość: | - |
Liczba aktywności: | 15 |
Średnio na aktywność: | 0.00 km i 1h 32m |
Więcej statystyk |
Czwartek, 16 grudnia 2010
Bieganie na nartach nocą ( 2)
Nauki bieganie ciąg dalszy:)
Tym razem po ciemku ( znaczy z czołówkami na głowach) i przy temperaturze minus 10.
To zimno troszeczke mi przeszkadzało, no bo ja , jak to ja.. przewracam się rzecz jasna, wtedy spodnie mokre, rękawiczki mokre i były momenty, ze było mi zimno.
Ale tylko „trochę”.
Biegalismy ok. 1 h 15 min. No niby pewnie niewiele, ale ja jako początkująca biegaczka-narciarka czuję to teraz w nogach.
Naprawdę nóźki odczuły ten wysiłek.
Niestety jeszcze nie potrafię dobrze pracować kijkami, żeby trochę odciązyć nogi.
Ale niewątpliwie są już postępy.
Tzn opracowałam sposób podbiegania pod górę ( bo technika cięzko to nazwać) i już nie ześlizguję się w dół.
Próbuję też wchodzić w zakręty na zjazdach.. no łatwe to nie jest naprawdę i udało mi się tylko raz ( i bardzo pokraczne to było), pozostałe próby zakonczone upadkami.
Ale co to dla mnie:), tyle razy leżałam podczas jazdy na rowerze i tamte upadki były bolesne, to to tylko formalność… Potem jest tylko co nieco kłopotów ze wstaniem haha.. dobrze, ze mnie nikt nie widzi jak się gramolę żeby wstać, jak walczę z tymi nartami , jak rozpaczliwe macham kijkami.
Najważniejsze… przestałam się bać zjazdów… bo odkryłam jedną ważną rzecz.
Tu jest podobnie jak na rowerze… trzeba po prostu troche sobie i nartom zaufać i nie przeszkadzać…zauwazyłam, ze kiedy nabieram prędkości to przede wszystkim nie wolno mi wpadać w panikę… Panika – panika uszytwnia mięśnie i nic z tego dobrego nie wychodzi.
Tak więc zjeżdzam już luźniej i duzo sobie ze sobą rozmawiam.
Są więc teksty: nie bój się, bez paniki… zjeżdzasz szybko, ale da się nad tym zapanować.
Bo naprawdę się da:)
Zauważyłam, że jak nabieram prędkości i narty sa o krok od wypadnięcia ze śladu, to wystarczy leciutko ruszyć nogą, troszeczkę balansować ciałem i jedziemy tak jak chcemy.
Na rowerze też przecież jest podobnie… Naprawdę balansem ciała przecież można zdziałać wiele. Tyle, ze zanim to odkryłam to mi mineło ze 3 sezony:)
Z nartami idzie jakoś szybciej.
Nawet Mirek przyznał, że już lepiej „człapię”.
Będę ćwiczyć, aż w koncu nauczę się zakręcać na zjeździe. To jest dla mnie w tej chwili problem nr 1.
W niedzielę był wywiad z Mają Włoszczowską, która akurat biegała sobie na nartach w Jakuszycach ( ładnie biegała). Mówiła, ze uwielbia biegać i że wysiłek bardzo podobny do kolarstwa i że naprawdę świetny trening zimą.
To jeszcze bardziej utwierdziło mnie w przekonaniu, że kierunek jest słuszny.
Oprócz niewątpliwej wielkiej radości jaką daje mi nauka biegania, to przyniesie również korzyści pod katem roweru.
Fascynuję mnie to , ze uczę się nowej rzeczy.
I bardzo, bardzo mi się to bieganie na nartach podoba.
Tym razem po ciemku ( znaczy z czołówkami na głowach) i przy temperaturze minus 10.
To zimno troszeczke mi przeszkadzało, no bo ja , jak to ja.. przewracam się rzecz jasna, wtedy spodnie mokre, rękawiczki mokre i były momenty, ze było mi zimno.
Ale tylko „trochę”.
Biegalismy ok. 1 h 15 min. No niby pewnie niewiele, ale ja jako początkująca biegaczka-narciarka czuję to teraz w nogach.
Naprawdę nóźki odczuły ten wysiłek.
Niestety jeszcze nie potrafię dobrze pracować kijkami, żeby trochę odciązyć nogi.
Ale niewątpliwie są już postępy.
Tzn opracowałam sposób podbiegania pod górę ( bo technika cięzko to nazwać) i już nie ześlizguję się w dół.
Próbuję też wchodzić w zakręty na zjazdach.. no łatwe to nie jest naprawdę i udało mi się tylko raz ( i bardzo pokraczne to było), pozostałe próby zakonczone upadkami.
Ale co to dla mnie:), tyle razy leżałam podczas jazdy na rowerze i tamte upadki były bolesne, to to tylko formalność… Potem jest tylko co nieco kłopotów ze wstaniem haha.. dobrze, ze mnie nikt nie widzi jak się gramolę żeby wstać, jak walczę z tymi nartami , jak rozpaczliwe macham kijkami.
Najważniejsze… przestałam się bać zjazdów… bo odkryłam jedną ważną rzecz.
Tu jest podobnie jak na rowerze… trzeba po prostu troche sobie i nartom zaufać i nie przeszkadzać…zauwazyłam, ze kiedy nabieram prędkości to przede wszystkim nie wolno mi wpadać w panikę… Panika – panika uszytwnia mięśnie i nic z tego dobrego nie wychodzi.
Tak więc zjeżdzam już luźniej i duzo sobie ze sobą rozmawiam.
Są więc teksty: nie bój się, bez paniki… zjeżdzasz szybko, ale da się nad tym zapanować.
Bo naprawdę się da:)
Zauważyłam, że jak nabieram prędkości i narty sa o krok od wypadnięcia ze śladu, to wystarczy leciutko ruszyć nogą, troszeczkę balansować ciałem i jedziemy tak jak chcemy.
Na rowerze też przecież jest podobnie… Naprawdę balansem ciała przecież można zdziałać wiele. Tyle, ze zanim to odkryłam to mi mineło ze 3 sezony:)
Z nartami idzie jakoś szybciej.
Nawet Mirek przyznał, że już lepiej „człapię”.
Będę ćwiczyć, aż w koncu nauczę się zakręcać na zjeździe. To jest dla mnie w tej chwili problem nr 1.
W niedzielę był wywiad z Mają Włoszczowską, która akurat biegała sobie na nartach w Jakuszycach ( ładnie biegała). Mówiła, ze uwielbia biegać i że wysiłek bardzo podobny do kolarstwa i że naprawdę świetny trening zimą.
To jeszcze bardziej utwierdziło mnie w przekonaniu, że kierunek jest słuszny.
Oprócz niewątpliwej wielkiej radości jaką daje mi nauka biegania, to przyniesie również korzyści pod katem roweru.
Fascynuję mnie to , ze uczę się nowej rzeczy.
I bardzo, bardzo mi się to bieganie na nartach podoba.
- Czas 01:15
- Aktywność Jazda na rowerze
Czwartek, 16 grudnia 2010
Spinningowanie (4)
Kolejne spinningowanie.
Tym razem zajęcia razy dwa.
Czyli 2 x 45 min. Ale pedałowałam jeszcze trochę między zajęciami w i w przerwie.
Pierwsza godzina.. trochę bólu sobie zadałam, na dosyć mocnych przełożeniach.
Druga godzina spokojniej.
Muszę sobie opracować tę moją jazdę spinningową tak, żeby oprócz przyjemności samej jazdy i przyjemności wysiłkowej , była jednak jakaś tam korzyść treningowa.
Tym razem jechałam sobie wyobrażając sobie … że jestem na maratonie.
Jechałam wśród takich widoków

.. czasem było błotno i zimno

czasem bardzo gorąco
Tym razem zajęcia razy dwa.
Czyli 2 x 45 min. Ale pedałowałam jeszcze trochę między zajęciami w i w przerwie.
Pierwsza godzina.. trochę bólu sobie zadałam, na dosyć mocnych przełożeniach.
Druga godzina spokojniej.
Muszę sobie opracować tę moją jazdę spinningową tak, żeby oprócz przyjemności samej jazdy i przyjemności wysiłkowej , była jednak jakaś tam korzyść treningowa.
Tym razem jechałam sobie wyobrażając sobie … że jestem na maratonie.
Jechałam wśród takich widoków

Istebna...© lemuriza1972
.. czasem było błotno i zimno

na maratonie w Rabce© lemuriza1972
czasem bardzo gorąco

w upale© lemuriza1972
- Czas 01:50
- Aktywność Jazda na rowerze
Wtorek, 14 grudnia 2010
Wracam do życia czyli spinning ( 3)
O rany... jak wspaniale!
jak wspaniale znowu trochę posportować:)
Dzisiaj rano szłam do pracy. Przeciskając się pomiędzy kramami na Burku, usłyszałam Fragmę...
No wiecie chłopaki i dziewczyny " od Golonki" , co się wtedy czuje?
Poczułam zew...:)
Prawie zamknełam oczy i wyobraziłam sobie ten moment...
Jakieś sobie miejsce w Polsce, start u podnóża jakichs gór... jakaś Istebna, Głuszyca czy Krynica... Tłum kolorowo ubranych kolarzy, ze swoimi wspaniałymi maszynami... Stoję w sektorze, brzuch ściśnięty przedstartową tremą i jest ona...Fragma. Fragma, która uskrzydla , dodaje smaku tym wyścigom. Czasem to sobie myślę, czy ja nie startuję dla tej Fragmy:)
To jak .. zamykamy oczy i jedziemy?
i jeszcze troche wspomnień
a dzisiaj wreszcie odzyskałam swoje życie… tzn mogłam wrocic do sportu.
Trochę się obawiałam, po tygodniu przerwy, ale poszło dobrze, tyle, że musiałam po prostu wycierać noc w chusteczkę bo mam jeszcze katar, co jak wiecie podczas jazdy na rowerze nie jest fajne, ale stacjonarny ma to do siebie, ze nie ma zjazdów i czasem można na dłuzej puścić kierownicę.
Fajnie było:)
jak wspaniale znowu trochę posportować:)
Dzisiaj rano szłam do pracy. Przeciskając się pomiędzy kramami na Burku, usłyszałam Fragmę...
No wiecie chłopaki i dziewczyny " od Golonki" , co się wtedy czuje?
Poczułam zew...:)
Prawie zamknełam oczy i wyobraziłam sobie ten moment...
Jakieś sobie miejsce w Polsce, start u podnóża jakichs gór... jakaś Istebna, Głuszyca czy Krynica... Tłum kolorowo ubranych kolarzy, ze swoimi wspaniałymi maszynami... Stoję w sektorze, brzuch ściśnięty przedstartową tremą i jest ona...Fragma. Fragma, która uskrzydla , dodaje smaku tym wyścigom. Czasem to sobie myślę, czy ja nie startuję dla tej Fragmy:)
To jak .. zamykamy oczy i jedziemy?
i jeszcze troche wspomnień
a dzisiaj wreszcie odzyskałam swoje życie… tzn mogłam wrocic do sportu.
Trochę się obawiałam, po tygodniu przerwy, ale poszło dobrze, tyle, że musiałam po prostu wycierać noc w chusteczkę bo mam jeszcze katar, co jak wiecie podczas jazdy na rowerze nie jest fajne, ale stacjonarny ma to do siebie, ze nie ma zjazdów i czasem można na dłuzej puścić kierownicę.
Fajnie było:)
- Czas 00:45
- Aktywność Jazda na rowerze
Poniedziałek, 13 grudnia 2010
Podsumowanie sezonu 2
Właściwie to tak sobie pomyslałam, ze ja o wielu rzeczach chyba nie napisałam .
Takich pozytywnych aspektach sezonu 2010.
Po pierwsze: ekstremalne warunki panujące na trasach nie tylko mocno mnie wzmocniły psychicznie i kondycyjnie ( a przy okazji przekonałam sie , ze jestem w stanie wytrzymac na rowerze w upale i błocie 6, 5 h), ale przede wszystkim poprawiły o niebo moją technikę na zjazdach.
Juz tamten sezon wiele mnie nauczył, ale ... ten.
Samo to, że w ub roku z każdego maratonu wracałam pokiereszowana, nie było maratonu bez upadku. teraz zdarzały się one o wiele rzadziej, a jeśli juz były, to były jakies wyjątkowe sytuacje, ale tak naprawdę z większości maratonów wracałam bez upadków na koncie.
Zjazdy zaczęły mi przynosił RADOŚĆ. Oczywiście sporo sie jeszcze muszę nauczyc, ale stało się to czego nigdy w zyciu bym sie nie spodziewała.
Zaczęłam się cieszyć, ze zjeżdżania.
Niewyobrażalne. I to jest jeszcze jeden dowód na to, ze w życiu czeka nas wiele niespodzianek.
Ogromnie sie cieszę, że udało mi sie przejechać wszystkie trasy u GG.
Dla mnie maratony GG to kwintesencja mtb i nie wyobrażam sobie innego cyklu, który mógłby mi przynieść tyle satysfakcji. Dlatego też pozostanę przy tym cyklu, tak długo ile sił mi wystarczy i pod warunkiem że Grzegorz będzie trochę modyfikował trasy, wprowadzał nowe miejscówki ( w górach!), bo jeżdzenie np 4 raz takiej samej trasy, juz nie jest takie fajne.
Kiedy zaczynałam przygodę z maratonami nawet nie wiedziałam, ze sa jakieś cykle itd.
Chciałam tylko przejechać jakis maraton w górach.
Nie sądziłam, że kiedyś stanie się tak, ze zaliczę wszystkie górskie trasy u GG i to czasem w bardzo cięzkich, by nie powiedzieć ekstremalnych warunkach.
( cytat ze strony bikeworld: Do najwierniejszych z wiernych zaliczają się zaś fani MTB Marathonu, którzy nie są wprawdzie tak liczni, ale po to, żeby niemal umrzeć w „prawdziwych górach” są w stanie przejechać pół Polski).
Miałam okazję jechać w kilku innych cyklach i wiem, że tylko "prawdziwe" góry są w stanie przynieść mi ten jeden jedyny rodzaj satysfakcji na mecie.
Zmęczyć można sie wszędzie, nawet na płaskiej trasie ( vide: Murowana Goslina), ale prawdziwe mtb mozna przeżyć tylko wtedy kiedy nagle przed Tobą wyrasta podjazd tak stromy i tak techniczny, ze nie zawsze da się go pokonać na rowerze, kiedy nagle zaczynasz zjeżdzac w dół i zastanawiasz sie: jechać? nie jechać?
a kiedy zjedziesz, to dusza cała drży ze szczęscia.
Prawdziwe mtb mozna przeżyc tylko tam kiedy podjazd mozolnie ciągnie sie kilometrami by wreszcie osiągnąć szczyt i z dumą stwierdzić,ze wjechało się na wysokość np 1200 m npm.
Prawdziwie mtb można przeżyć tylko tam gdzie ( no przy założeniu, ze jest dobra pogoda) panoramy gór zapierają dech w piersiach.
I na innych cyklach może byc fajnie, przyjemnie, można się bardzo zmęczyć, ale kiedy przejedzie się kilka maratonów u GG, to ja nie sądzę by jakiekolwiek inne byly Cie już w stanie drogi kolarzu w pełni usatysfakcjonować.
Co jeszcze przyniósł mi ten sezon?
Sporo nauczyłam się o rowerze i robić przy rowerze. Wciąz jeszcze mało, ale postepy są widoczne.
Poznałam lepiej moją koleżankę z Tarnowa,bohaterkę z giga czyli Krysię M., dzięki której mogłam w ogóle jeździć na maratony.
To bardzo cenna pod względem sportowym, ale przede wszystkim ludzkim znajomość.
Poznałam lepiej Monię i Mateusza z Tarnowa ( w barwach Subaru AZS) i bardzo się cieszę, bo to ogromnie sympatyczna para.
Wszystkie poznane osoby z bikestats.. to radość spotykać Was na zawodach
Co z planami na przyszły sezon?
Szukam jakiejs motywacji... bo bez niej nie ma sensu sportowa rywalizacja.
Dla mnie to jest rywalizacja przede wszystkim z samą sobą. Stawianie samej sobie kolejnych wyzwań.
Na pewno poprawa na mega u GG, na pewno giga w Tarnowie, może jakies giga w Cyklo, moze wreszcie Odyseja czyli coś zupełnie nowego. Maraton na orietnację.
Kiedyś.. moze jakaś etapówka. Kiedyś...
Zobaczymy.
Takich pozytywnych aspektach sezonu 2010.
Po pierwsze: ekstremalne warunki panujące na trasach nie tylko mocno mnie wzmocniły psychicznie i kondycyjnie ( a przy okazji przekonałam sie , ze jestem w stanie wytrzymac na rowerze w upale i błocie 6, 5 h), ale przede wszystkim poprawiły o niebo moją technikę na zjazdach.
Juz tamten sezon wiele mnie nauczył, ale ... ten.
Samo to, że w ub roku z każdego maratonu wracałam pokiereszowana, nie było maratonu bez upadku. teraz zdarzały się one o wiele rzadziej, a jeśli juz były, to były jakies wyjątkowe sytuacje, ale tak naprawdę z większości maratonów wracałam bez upadków na koncie.
Zjazdy zaczęły mi przynosił RADOŚĆ. Oczywiście sporo sie jeszcze muszę nauczyc, ale stało się to czego nigdy w zyciu bym sie nie spodziewała.
Zaczęłam się cieszyć, ze zjeżdżania.
Niewyobrażalne. I to jest jeszcze jeden dowód na to, ze w życiu czeka nas wiele niespodzianek.
Ogromnie sie cieszę, że udało mi sie przejechać wszystkie trasy u GG.
Dla mnie maratony GG to kwintesencja mtb i nie wyobrażam sobie innego cyklu, który mógłby mi przynieść tyle satysfakcji. Dlatego też pozostanę przy tym cyklu, tak długo ile sił mi wystarczy i pod warunkiem że Grzegorz będzie trochę modyfikował trasy, wprowadzał nowe miejscówki ( w górach!), bo jeżdzenie np 4 raz takiej samej trasy, juz nie jest takie fajne.
Kiedy zaczynałam przygodę z maratonami nawet nie wiedziałam, ze sa jakieś cykle itd.
Chciałam tylko przejechać jakis maraton w górach.
Nie sądziłam, że kiedyś stanie się tak, ze zaliczę wszystkie górskie trasy u GG i to czasem w bardzo cięzkich, by nie powiedzieć ekstremalnych warunkach.
( cytat ze strony bikeworld: Do najwierniejszych z wiernych zaliczają się zaś fani MTB Marathonu, którzy nie są wprawdzie tak liczni, ale po to, żeby niemal umrzeć w „prawdziwych górach” są w stanie przejechać pół Polski).
Miałam okazję jechać w kilku innych cyklach i wiem, że tylko "prawdziwe" góry są w stanie przynieść mi ten jeden jedyny rodzaj satysfakcji na mecie.
Zmęczyć można sie wszędzie, nawet na płaskiej trasie ( vide: Murowana Goslina), ale prawdziwe mtb mozna przeżyć tylko wtedy kiedy nagle przed Tobą wyrasta podjazd tak stromy i tak techniczny, ze nie zawsze da się go pokonać na rowerze, kiedy nagle zaczynasz zjeżdzac w dół i zastanawiasz sie: jechać? nie jechać?
a kiedy zjedziesz, to dusza cała drży ze szczęscia.
Prawdziwe mtb mozna przeżyc tylko tam kiedy podjazd mozolnie ciągnie sie kilometrami by wreszcie osiągnąć szczyt i z dumą stwierdzić,ze wjechało się na wysokość np 1200 m npm.
Prawdziwie mtb można przeżyć tylko tam gdzie ( no przy założeniu, ze jest dobra pogoda) panoramy gór zapierają dech w piersiach.
I na innych cyklach może byc fajnie, przyjemnie, można się bardzo zmęczyć, ale kiedy przejedzie się kilka maratonów u GG, to ja nie sądzę by jakiekolwiek inne byly Cie już w stanie drogi kolarzu w pełni usatysfakcjonować.
Co jeszcze przyniósł mi ten sezon?
Sporo nauczyłam się o rowerze i robić przy rowerze. Wciąz jeszcze mało, ale postepy są widoczne.
Poznałam lepiej moją koleżankę z Tarnowa,bohaterkę z giga czyli Krysię M., dzięki której mogłam w ogóle jeździć na maratony.
To bardzo cenna pod względem sportowym, ale przede wszystkim ludzkim znajomość.
Poznałam lepiej Monię i Mateusza z Tarnowa ( w barwach Subaru AZS) i bardzo się cieszę, bo to ogromnie sympatyczna para.
Wszystkie poznane osoby z bikestats.. to radość spotykać Was na zawodach
Co z planami na przyszły sezon?
Szukam jakiejs motywacji... bo bez niej nie ma sensu sportowa rywalizacja.
Dla mnie to jest rywalizacja przede wszystkim z samą sobą. Stawianie samej sobie kolejnych wyzwań.
Na pewno poprawa na mega u GG, na pewno giga w Tarnowie, może jakies giga w Cyklo, moze wreszcie Odyseja czyli coś zupełnie nowego. Maraton na orietnację.
Kiedyś.. moze jakaś etapówka. Kiedyś...
Zobaczymy.
- Aktywność Jazda na rowerze
Sobota, 11 grudnia 2010
Podsumowanie sezonu
Przyszła zima, raczej już nie wsiądę na rower w tym roku ( niestety ale moje palce u nóg , nie tolerują dużego mrozu), więc można się pokusić o zrobienie podsumowania tego sezonu.
Przejechałam mniej kilometrów niż w ub roku, nie wiem dokładnie ile, bo pod koniec ubiegłego roku zepsuł mi się licznik.
Myślę, że to było ok. 1000 km mniej.
Ale już dawno przestałam „liczyć” kilometry, bardziej zwracam uwagę na ich jakość.
No bo jak porównać 100 km „myknięte” po asfalcie z tymi 50 km w terenie , w górach? Kto jeździ, wie o czym mówię. Zresztą wystarczy popatrzeć na średnie prędkości takich „wycieczek” i już można wysnuć pewne wnioski.
Był to dla mnie rok rekordowy pod kilkoma względami.
Po pierwsze udało mi się zaliczyć maratony z 4 cykli ( Świętokrzyska Liga Rowerowa, Cyklokarpaty, Eska Bike Maraton, Powerade MTB Suzuki Marathon.
Przejechałam 12 maratonów ( plus 71 km nieukonczonego maratonu w Gorlicach).
Pobiłam swój rekord czasu spędzonego w siodełku ( chociaż tym to akurat nie ma co się chwalić) 6 h 25 min , pamietnego maratonu w Krynicy.
Zaliczyłam bardzo cięzki sezon pod względem warunków pogodowych.
Dałam radę.
Przejechałam już wszystkie trasy w tym najważniejszym dla mnie cyklu czyli Poweradzie.
Zaliczyłam TOP 5 i to jest dla mnie powód do dumy, bo w mojej kategorii , na dystansie mega udało się to tylko Paulinie i mnie, i tak w ogóle niewiele dziewczyn zaliczyło Top5. Więc to jest jedyna rzecz, z której mogę być dumna.. no może jeszcze z wyjątkiem mojej walki w Głuszycy..
Troche statystki ( tak z ciekawości sobie policzyłam):
Czas spedzony na maratonach: 69 godzin jazdy
Przejechane maratonowe kilometry : 811 km ( i tu pojawia się refleksja… ile musi być kilometrów treningowych, żeby potem można było zaliczyć te maratonowe.. przejechałam niemaratonowych kilometrów 5 tys).
Przewyższenie podczas wyścigów: 21 370 m.
Jak było?
Różnie.
Niby powinnam powiedzieć, że to mój najlepszy maratonowy sezon, bo zajete miejsce w moim cyklu docelowym czyli Poweradzie ( 5 m na mega k3) i 2 w Top5 na mega K3 powinno mnie satysfakcjonować. Nigdy nie udało mi się zająć tak dobrego miejsca.
Miejsce i owszem… ale jazda… Nie mogę być z siebie zadowolona w 100%. Nie w każdym maratonie wszystko było tak jak powinno być, nie w każdym walczyłam na 100%. Tak myślę dzisiaj z perspektywy czasu.
Zajmowałam lepsze miejsca niż w ub roku, ale jazda była gorsza, a miejsca lepsze bo ciężkie warunki powodowały, ze nie wszystkie wyścigi miały dobrą obsadę ( tzn rywalek było mniej).
Czego mi brakowało w tym roku? ( a raczej kogo)
Brakowało mi Ady Jarczyk:) ( Ada jeśli to czytasz wracaj!!!).
W ub roku Ada skutecznie mnie mobilzowala. Była takim moim znikającym punktem na trasie, którego starałam się nie tracić z oczu i dzieki temu jechałam mocniej. Przynajmniej do połowy dystansu udawało się.
Myślałam, ze w tym roku Adę zastąpi mi Monia Brożek, ale.. Monia zrobiła olbrzymie postepy, ja wręcz przeciwnie. Odjeżdzała mi bardzo i kapitulowałam…
Zabrakło mocy, wytrzymałości.. zabrakło bazy… Wtedy kiedy trzeba było jeździć, „stukać” treningowe kilometry, ja przez 5 tygodni walczyłam z chorobą i cóż.. odbiło się to bardzo na mojej jeździe.
Nie da się osiągać dobrych wyników, jak się solidnie nie przepracuje okresu przygotowawczego.
A przecież miało być lepiej… dobrze przepracowana zima, nowy rower.
Ale nie mogę powiedzieć żeby to był sezon stracony. Byłoby grzechem gdybym tak napisała.
Nie mogę narzekać – nie było spektakularnych awarii ( oprócz amortyzatora w Karpaczu) i zaciągającego łańcucha.
Nie złapałam gumy. Niebywałe prawda? Jeszcze mi się to nie przytrafiło w historii moich startów.
Zdobyłam coś czego ani w książkach się nie wyczyta, ani w telewizji nie obejrzy – doświadczenie. Już wiem, ze jak jest błoto, deszcz, trzeba zabierać ze sobą klocki i smar. Niby takie banalne tak, ale... dopóki nie przytrafiło się to co mi sie przytrafiło jakoś nie miałam świadomości.
I niewątpliwe – jest jeden wielki zysk moich startów – masa nowych , świetnych znajomych!!!
Aha… jest jeszcze jedna ważna rzecz.. bardzo martwiłam się żeby podczas startów nie dopadła mnie tak jak w poprzednim sezonie .. migrena ( kto miał migrenę, taką prawdziwą, wie co to znaczy, najpierw przez jakies pół godziny rozmazany obraz przed oczami, człowiek nic nie widzi, ciężko się wtedy mówić o jechaniu, potem totalne osłabienie i okropny ból głowy). Na szczeście udało się – na 12 wyścigów ani jednej migreny . Dopadła mnie tylko raz po treningu.
I trochę wspomnień:
1. Daleszyce, Świetokrzyska Liga Rowerowa, dystans giga, miejsce open 4, kat 1 ( byłam jedyna starszą panią), wymęczył mnie ten pierwszy start w sezonie.
2. Karpacz – Powerade – falstart.. popsuta blokada od amora.. kompletna rezygnacja bo przecież było tyle cięzkich zjazdów, efekt miejsce… 12.
3. Złoty Stok – miejsce 8, duzo błota, cięzka trasa, ale nieźle.
4. Międzygórze – miejsce 8, ale jazda dość dobra, trasa jak na GG niezbyt wymagająca technicznie

5. Strzyzów – zmierzenie się z dystansem giga, na trasie Cyklokarpat, jechało się nieźle do momentu upadku i skrzywienia kierownicy. Potem kilka km ze skrzywioną kierownicą ( w koncu pomogli strażacy) i doturlanie się do mety. Miejsce 3 ale jechało nas tylko 3 na giga.


6. Murowana Goslina – miejsce 6 jazda kiepska, męczarnia w upale i piachu na prawie zupełnie płaskiej trasie, zaprzeczenie mtb – nigdy więcej!

7. Tarnów – nieudane podejście do giga, nie zmieściłam się w limicie rozjazdu na giga, na mega miejsce 3 w k3, okropny upał, jechało się bardzo cięzko, większośc trasy otwarte podjazdy

8. Gorlice – kolejna próba zmierzenia się z giga, dojechałam do 71 km, niewiele mi zabrakło do skonczenia maratonu, a własciwie bardzo wiele, bo poszły całe klocki i płyn, i trzeba było zejść z trasy, bo zrobiło się ogromnie niebezpiecznie. Błoto i deszcz i zimno…

9.Głuszyca – mój największy powód do dumy. Po tygodniu chorowania na grypę żołądkową, niejedzenia i nietrenowania, wsiadłam na rower i przejechałam tę jedną z najcięższych tras w Polsce. Żaden maraton w tym roku nie przyniósł mi tyle radości.
Miejsce 6.
10. Krynica – najcięższy według mnie maraton tego sezonu, tony błota i ogromny upał. Miejsce 6, jazda kiepska, kłopoty z zaciągającym łancuchem

11. Kraków – Błoto, błoto, błoto, deszcz.. czegoś takiego jeszcze Kraków nie widział. Miejsce 6 , dobra jazda.

12. Rabka – znowu to błoto i znowu zaciągający łańcuch.. nie wspominam dobrze tej jazdy

13.Istebna – wreszcie udało mi się ją przejechać.
Spokojna jazda, żeby sobie nie zrobić krzywdy na koniec sezonu, miejsce 6.


Przejechałam mniej kilometrów niż w ub roku, nie wiem dokładnie ile, bo pod koniec ubiegłego roku zepsuł mi się licznik.
Myślę, że to było ok. 1000 km mniej.
Ale już dawno przestałam „liczyć” kilometry, bardziej zwracam uwagę na ich jakość.
No bo jak porównać 100 km „myknięte” po asfalcie z tymi 50 km w terenie , w górach? Kto jeździ, wie o czym mówię. Zresztą wystarczy popatrzeć na średnie prędkości takich „wycieczek” i już można wysnuć pewne wnioski.
Był to dla mnie rok rekordowy pod kilkoma względami.
Po pierwsze udało mi się zaliczyć maratony z 4 cykli ( Świętokrzyska Liga Rowerowa, Cyklokarpaty, Eska Bike Maraton, Powerade MTB Suzuki Marathon.
Przejechałam 12 maratonów ( plus 71 km nieukonczonego maratonu w Gorlicach).
Pobiłam swój rekord czasu spędzonego w siodełku ( chociaż tym to akurat nie ma co się chwalić) 6 h 25 min , pamietnego maratonu w Krynicy.
Zaliczyłam bardzo cięzki sezon pod względem warunków pogodowych.
Dałam radę.
Przejechałam już wszystkie trasy w tym najważniejszym dla mnie cyklu czyli Poweradzie.
Zaliczyłam TOP 5 i to jest dla mnie powód do dumy, bo w mojej kategorii , na dystansie mega udało się to tylko Paulinie i mnie, i tak w ogóle niewiele dziewczyn zaliczyło Top5. Więc to jest jedyna rzecz, z której mogę być dumna.. no może jeszcze z wyjątkiem mojej walki w Głuszycy..
Troche statystki ( tak z ciekawości sobie policzyłam):
Czas spedzony na maratonach: 69 godzin jazdy
Przejechane maratonowe kilometry : 811 km ( i tu pojawia się refleksja… ile musi być kilometrów treningowych, żeby potem można było zaliczyć te maratonowe.. przejechałam niemaratonowych kilometrów 5 tys).
Przewyższenie podczas wyścigów: 21 370 m.
Jak było?
Różnie.
Niby powinnam powiedzieć, że to mój najlepszy maratonowy sezon, bo zajete miejsce w moim cyklu docelowym czyli Poweradzie ( 5 m na mega k3) i 2 w Top5 na mega K3 powinno mnie satysfakcjonować. Nigdy nie udało mi się zająć tak dobrego miejsca.
Miejsce i owszem… ale jazda… Nie mogę być z siebie zadowolona w 100%. Nie w każdym maratonie wszystko było tak jak powinno być, nie w każdym walczyłam na 100%. Tak myślę dzisiaj z perspektywy czasu.
Zajmowałam lepsze miejsca niż w ub roku, ale jazda była gorsza, a miejsca lepsze bo ciężkie warunki powodowały, ze nie wszystkie wyścigi miały dobrą obsadę ( tzn rywalek było mniej).
Czego mi brakowało w tym roku? ( a raczej kogo)
Brakowało mi Ady Jarczyk:) ( Ada jeśli to czytasz wracaj!!!).
W ub roku Ada skutecznie mnie mobilzowala. Była takim moim znikającym punktem na trasie, którego starałam się nie tracić z oczu i dzieki temu jechałam mocniej. Przynajmniej do połowy dystansu udawało się.
Myślałam, ze w tym roku Adę zastąpi mi Monia Brożek, ale.. Monia zrobiła olbrzymie postepy, ja wręcz przeciwnie. Odjeżdzała mi bardzo i kapitulowałam…
Zabrakło mocy, wytrzymałości.. zabrakło bazy… Wtedy kiedy trzeba było jeździć, „stukać” treningowe kilometry, ja przez 5 tygodni walczyłam z chorobą i cóż.. odbiło się to bardzo na mojej jeździe.
Nie da się osiągać dobrych wyników, jak się solidnie nie przepracuje okresu przygotowawczego.
A przecież miało być lepiej… dobrze przepracowana zima, nowy rower.
Ale nie mogę powiedzieć żeby to był sezon stracony. Byłoby grzechem gdybym tak napisała.
Nie mogę narzekać – nie było spektakularnych awarii ( oprócz amortyzatora w Karpaczu) i zaciągającego łańcucha.
Nie złapałam gumy. Niebywałe prawda? Jeszcze mi się to nie przytrafiło w historii moich startów.
Zdobyłam coś czego ani w książkach się nie wyczyta, ani w telewizji nie obejrzy – doświadczenie. Już wiem, ze jak jest błoto, deszcz, trzeba zabierać ze sobą klocki i smar. Niby takie banalne tak, ale... dopóki nie przytrafiło się to co mi sie przytrafiło jakoś nie miałam świadomości.
I niewątpliwe – jest jeden wielki zysk moich startów – masa nowych , świetnych znajomych!!!
Aha… jest jeszcze jedna ważna rzecz.. bardzo martwiłam się żeby podczas startów nie dopadła mnie tak jak w poprzednim sezonie .. migrena ( kto miał migrenę, taką prawdziwą, wie co to znaczy, najpierw przez jakies pół godziny rozmazany obraz przed oczami, człowiek nic nie widzi, ciężko się wtedy mówić o jechaniu, potem totalne osłabienie i okropny ból głowy). Na szczeście udało się – na 12 wyścigów ani jednej migreny . Dopadła mnie tylko raz po treningu.
I trochę wspomnień:
1. Daleszyce, Świetokrzyska Liga Rowerowa, dystans giga, miejsce open 4, kat 1 ( byłam jedyna starszą panią), wymęczył mnie ten pierwszy start w sezonie.
2. Karpacz – Powerade – falstart.. popsuta blokada od amora.. kompletna rezygnacja bo przecież było tyle cięzkich zjazdów, efekt miejsce… 12.
3. Złoty Stok – miejsce 8, duzo błota, cięzka trasa, ale nieźle.
4. Międzygórze – miejsce 8, ale jazda dość dobra, trasa jak na GG niezbyt wymagająca technicznie

Piłujemy pod górę:), ja i KTM© lemuriza1972
5. Strzyzów – zmierzenie się z dystansem giga, na trasie Cyklokarpat, jechało się nieźle do momentu upadku i skrzywienia kierownicy. Potem kilka km ze skrzywioną kierownicą ( w koncu pomogli strażacy) i doturlanie się do mety. Miejsce 3 ale jechało nas tylko 3 na giga.

Cyklokarpaty maraton w Strzyżowie© lemuriza1972

Strzyżów© lemuriza1972
6. Murowana Goslina – miejsce 6 jazda kiepska, męczarnia w upale i piachu na prawie zupełnie płaskiej trasie, zaprzeczenie mtb – nigdy więcej!

Po maratonie w Murowanej Goślinie© lemuriza1972
7. Tarnów – nieudane podejście do giga, nie zmieściłam się w limicie rozjazdu na giga, na mega miejsce 3 w k3, okropny upał, jechało się bardzo cięzko, większośc trasy otwarte podjazdy

I uwieńczenie "męczarni" w upale. Na podium Eski z koleżankami z Powerade Suzuki Mtb Maraton© lemuriza1972
8. Gorlice – kolejna próba zmierzenia się z giga, dojechałam do 71 km, niewiele mi zabrakło do skonczenia maratonu, a własciwie bardzo wiele, bo poszły całe klocki i płyn, i trzeba było zejść z trasy, bo zrobiło się ogromnie niebezpiecznie. Błoto i deszcz i zimno…

Trochę sie wystraszyłam:).. fotografa© lemuriza1972
9.Głuszyca – mój największy powód do dumy. Po tygodniu chorowania na grypę żołądkową, niejedzenia i nietrenowania, wsiadłam na rower i przejechałam tę jedną z najcięższych tras w Polsce. Żaden maraton w tym roku nie przyniósł mi tyle radości.
Miejsce 6.
10. Krynica – najcięższy według mnie maraton tego sezonu, tony błota i ogromny upał. Miejsce 6, jazda kiepska, kłopoty z zaciągającym łancuchem

start mega w Krynicy© lemuriza1972
11. Kraków – Błoto, błoto, błoto, deszcz.. czegoś takiego jeszcze Kraków nie widział. Miejsce 6 , dobra jazda.

Zmierzamy do mety w Krakowie... a niby mało kobiet na maratonach:)© lemuriza1972
12. Rabka – znowu to błoto i znowu zaciągający łańcuch.. nie wspominam dobrze tej jazdy

Rabka na trasie© lemuriza1972
13.Istebna – wreszcie udało mi się ją przejechać.
Spokojna jazda, żeby sobie nie zrobić krzywdy na koniec sezonu, miejsce 6.

Z Pauliną przed maratonem w Istebnej© lemuriza1972

Istebna dekoracja po wyścigu© lemuriza1972

Finał Powerade MTB Suzuki Marathon, Istebna© lemuriza1972
- Aktywność Jazda na rowerze
Piątek, 10 grudnia 2010
O książkach i Colasie Breugnon
Będzie nierowerowo i niesportowo, bo jak ma być skoro jestem totalnie uziemiona w domu.
I czuję się jak.. kot.
Dlaczego jak kot?
Bo mój kot lubi biegać po polu, a teraz jest za zimno i niechętnie wychodzi, ale.. tęskni… siedzi na parapecie w kuchni i tęsknie spogląda w stronę świata. I ja jestem jak ten kot. Ale kiedy patrzę na tęsknotę mojego kota, wtedy myślę sobie, że to trochę egoistyczne, że wcale nie jest mi żal, że jest zima, że nawet z niepokojem myślę, że szybko może się skończyć. Powinnam się solidaryzować z moim kotem i pragnąć wiosny.
Tymczasem jednak jak on tęsknię spoglądam przez okno, marzę o wyjściu, o ruchu o CZEGOŚ robieniu, tymczasem jest nicnierobienie.
Jakieś wstrętne choróbsko mnie dopadło i to już drugi dzien w domu, wychodzę tylko na zakupy i do apteki. To chyba angina niestety.
Nie wytrzymałam dzisiaj i postanowiłam cos jednak zrobić, więc wzięłam się za odkurzanie książek.
I przypomniało mi się, ze niedawno w tv słyszałam o badaniach.. i że 62 % społeczenstwa przez cały rok nie przeczytało ani jednej książki.
I pomyślałam też o sobie, że już tak wiele nie czytam, że sport zabiera mi wiele czasu i nie ma go już tak dużo na czytanie, a szkoda.. No ale trzeba niestety dokonywać wyborów, nie da się robić wszystkiego.
Dzisiaj w dobie Internetu i telewizji , ludzie książek zdaje się nie potrzebują.
Wielka szkoda, naprawdę.
Bo książka jest po prostu PRZYGODĄ.
Tak traktuję każdą , którą zaczynam czytać i dlatego też mam taki wielki sentyment do każdej, która stoi na półce.
I jak tak odkurzam te swoje książki, to mam wiele radości z tego. Dotykam każdej z nich i przypominam sobie o czym była, w jakich okolicznościach czytałam, kiedy kupiłam, od kogo dostałam i tak trochę życie przy okazji przewija mi się przed oczami, wraz z kolejnymi tytułami.
No bo… na jednej dedykacja od mojej babci „ Dla Tereni w 16 urodziny” ( od babci dla mojej mamy).
Na innej „ Na pamiątkę obozu siatkarskiego FKś PZL STAL MIELEC, Strzyzów 1986 r.” i wpisy koleżanek.. takie śmieszne, dziecięce.. " Dla Oshin" ( ktoś nazywał mnie kiedyś Oshin.. dlaczego? nie jestem pewna, ale chyba był jakis serial, była jakaś Japonka .. Oshin.. chyba tak:)).
I dedykacja od siostry. I autografy Olgi Tokarczuk ( i przypomnienie jakże cennego spotkania z Pania Olgą), Williama Wharthona ( był w Tarnowie), Ewy Lipskiej ( jej ksiązka nagroda w jakimś konkursie), Lecha Wałęsy ( poczatek lat 90, spotkanie z Wałęsą w Mielcu, 4 tys ludzi na hali sportowej).
I jedna z najcenniejszych. Zielona płócienna okładka. Wydawnictwo Nasza Księgarnia, rok 1967. „Ania z Zielonego Wzgórza”. Książka z biblioteczki mojej babci.
Byłam chora, to była III klasa podstawówki i Babcia zaczęła mi czytać tę książkę. Najwspanialszy prezent, bo Babcia podarowała mi nie tylko książkę, ale podarowała mi na długie lata, przyjaciółkę rudowłosą Anię. Uwielbiałam Anię Shirley. To chyba książka rekordzistka – żadnej ( no może tylko „Dzieci z Bullerbyn”) nie przeczytałam tak wiele razy. Dzisiaj po prostu z wielką radością patrzyłam na zielona okładkę, wspominając chwile z Babcią, chwile z Anią..
I mogłabym tak bez końca.. opowiadać o MOICH książkach. Lubię je, po prostu z wielką estymą je traktuje. Na półce wszystkie książki Olgi Tokarczuk – to mój numer jeden. Potem jest Margaret Atwood ( też wiele jej ksiązek mam), Graham Swift, Milan Kundera i moja ulubiona seria Znak Proza Współczesna, i od niedawna… dużo ksiązek o himalaistach, górach.
A Wy? Macie jakieś ulubione pozycje? Ulubionych autorów? Zapraszam do dyskusji takiej niesportowej. Jeśli macie ochotę rzecz jasna. Może coś wartego przeczytania możecie polecić?
I znalazłam na półce jedną z najbardziej optymistycznych książek, jakie napisano.
„Colas Breugnon”.
No to na koniec, długi ale sympatyczny cytat dla wszystkich blogerów:
„ Chwała bądź wielka św. Marcinowi. Zupełny zastój w interesach. Nie ma zresztą za czym się uganiać, dosyć się napracowałem w życiu, odpocząc pora. Siedzę sobie tedy spokojnie przy stole, kubek wina po prawej, kałamarz w lewej ręce, przede mną zaś otwarwszy ramiona jakby do uścisku , spoczywa nowiutki, czyściutki zeszycik. Zdrowie twoje synku, teraz pogadamy. Na dole baba moja hałasuje jak zwykle. Wicher skowyczy za oknami, znowu coś się chmurzy horyzont polityczny. Mniejsza z tym!
O co za radość, co za wielka radość znaleźć się tak sam na sam ze sobą.
Nie sztuka marzyć! Ale napisać to, o czym się marzy! Zresztą czy to marzenia? Oczy szeroko otwarte, widzą jasno. Snuje się co prawda sieć zmarszczek na skroniach, ale spojrzenie mam pogodne, przekorne. Niech inni gonią za majakami! Ja opowiadam po prostu com widział, mówił, czynił. A może to głupstwa, bo dla kogo to u licha, piszę?
Dla sławy ? Ooo, nie! Nie jestem naiwny, znam swą wartość, Bogu dzięki. Dla wnuków? Phi! I cóż zostanie z papierzysków mych za jakieś 10 lat? Moja baba jest zazdrosna jak sam diabeł i rzuca do pieca, co jej tylko pisanego wpadnie w szpony. Dla kogóż to tedy piszę?
Dla siebie! Dla własnej uciechy piszę. Dlatego, ze gdybym nie pisał , to by mnie szlag po prostu trafił.
Lubię , jak nasze wielkie cisawe woły przeżuwać wieczór strawę połkniętą z rana. O jakże miło oglądać przewracać, mieszać to wszystko, co się myślało, obserwowało, zbierało…”
Tak sobie myślę, że gdyby Colas żył dzisiaj, pewnie pisałby bloga.
A prawdopodobnieństwo, że baba zniweczyłaby jego wysiłki, byłoby też mniejsze.
P.S no proszę.. ile wspomnień może spowodować zwykłe odkurzanie książek...
znalazłam:
http://www.filmweb.pl/serial/Oshin-1983-142699
I czuję się jak.. kot.
Dlaczego jak kot?
Bo mój kot lubi biegać po polu, a teraz jest za zimno i niechętnie wychodzi, ale.. tęskni… siedzi na parapecie w kuchni i tęsknie spogląda w stronę świata. I ja jestem jak ten kot. Ale kiedy patrzę na tęsknotę mojego kota, wtedy myślę sobie, że to trochę egoistyczne, że wcale nie jest mi żal, że jest zima, że nawet z niepokojem myślę, że szybko może się skończyć. Powinnam się solidaryzować z moim kotem i pragnąć wiosny.
Tymczasem jednak jak on tęsknię spoglądam przez okno, marzę o wyjściu, o ruchu o CZEGOŚ robieniu, tymczasem jest nicnierobienie.
Jakieś wstrętne choróbsko mnie dopadło i to już drugi dzien w domu, wychodzę tylko na zakupy i do apteki. To chyba angina niestety.
Nie wytrzymałam dzisiaj i postanowiłam cos jednak zrobić, więc wzięłam się za odkurzanie książek.
I przypomniało mi się, ze niedawno w tv słyszałam o badaniach.. i że 62 % społeczenstwa przez cały rok nie przeczytało ani jednej książki.
I pomyślałam też o sobie, że już tak wiele nie czytam, że sport zabiera mi wiele czasu i nie ma go już tak dużo na czytanie, a szkoda.. No ale trzeba niestety dokonywać wyborów, nie da się robić wszystkiego.
Dzisiaj w dobie Internetu i telewizji , ludzie książek zdaje się nie potrzebują.
Wielka szkoda, naprawdę.
Bo książka jest po prostu PRZYGODĄ.
Tak traktuję każdą , którą zaczynam czytać i dlatego też mam taki wielki sentyment do każdej, która stoi na półce.
I jak tak odkurzam te swoje książki, to mam wiele radości z tego. Dotykam każdej z nich i przypominam sobie o czym była, w jakich okolicznościach czytałam, kiedy kupiłam, od kogo dostałam i tak trochę życie przy okazji przewija mi się przed oczami, wraz z kolejnymi tytułami.
No bo… na jednej dedykacja od mojej babci „ Dla Tereni w 16 urodziny” ( od babci dla mojej mamy).
Na innej „ Na pamiątkę obozu siatkarskiego FKś PZL STAL MIELEC, Strzyzów 1986 r.” i wpisy koleżanek.. takie śmieszne, dziecięce.. " Dla Oshin" ( ktoś nazywał mnie kiedyś Oshin.. dlaczego? nie jestem pewna, ale chyba był jakis serial, była jakaś Japonka .. Oshin.. chyba tak:)).
I dedykacja od siostry. I autografy Olgi Tokarczuk ( i przypomnienie jakże cennego spotkania z Pania Olgą), Williama Wharthona ( był w Tarnowie), Ewy Lipskiej ( jej ksiązka nagroda w jakimś konkursie), Lecha Wałęsy ( poczatek lat 90, spotkanie z Wałęsą w Mielcu, 4 tys ludzi na hali sportowej).
I jedna z najcenniejszych. Zielona płócienna okładka. Wydawnictwo Nasza Księgarnia, rok 1967. „Ania z Zielonego Wzgórza”. Książka z biblioteczki mojej babci.
Byłam chora, to była III klasa podstawówki i Babcia zaczęła mi czytać tę książkę. Najwspanialszy prezent, bo Babcia podarowała mi nie tylko książkę, ale podarowała mi na długie lata, przyjaciółkę rudowłosą Anię. Uwielbiałam Anię Shirley. To chyba książka rekordzistka – żadnej ( no może tylko „Dzieci z Bullerbyn”) nie przeczytałam tak wiele razy. Dzisiaj po prostu z wielką radością patrzyłam na zielona okładkę, wspominając chwile z Babcią, chwile z Anią..
I mogłabym tak bez końca.. opowiadać o MOICH książkach. Lubię je, po prostu z wielką estymą je traktuje. Na półce wszystkie książki Olgi Tokarczuk – to mój numer jeden. Potem jest Margaret Atwood ( też wiele jej ksiązek mam), Graham Swift, Milan Kundera i moja ulubiona seria Znak Proza Współczesna, i od niedawna… dużo ksiązek o himalaistach, górach.
A Wy? Macie jakieś ulubione pozycje? Ulubionych autorów? Zapraszam do dyskusji takiej niesportowej. Jeśli macie ochotę rzecz jasna. Może coś wartego przeczytania możecie polecić?
I znalazłam na półce jedną z najbardziej optymistycznych książek, jakie napisano.
„Colas Breugnon”.
No to na koniec, długi ale sympatyczny cytat dla wszystkich blogerów:
„ Chwała bądź wielka św. Marcinowi. Zupełny zastój w interesach. Nie ma zresztą za czym się uganiać, dosyć się napracowałem w życiu, odpocząc pora. Siedzę sobie tedy spokojnie przy stole, kubek wina po prawej, kałamarz w lewej ręce, przede mną zaś otwarwszy ramiona jakby do uścisku , spoczywa nowiutki, czyściutki zeszycik. Zdrowie twoje synku, teraz pogadamy. Na dole baba moja hałasuje jak zwykle. Wicher skowyczy za oknami, znowu coś się chmurzy horyzont polityczny. Mniejsza z tym!
O co za radość, co za wielka radość znaleźć się tak sam na sam ze sobą.
Nie sztuka marzyć! Ale napisać to, o czym się marzy! Zresztą czy to marzenia? Oczy szeroko otwarte, widzą jasno. Snuje się co prawda sieć zmarszczek na skroniach, ale spojrzenie mam pogodne, przekorne. Niech inni gonią za majakami! Ja opowiadam po prostu com widział, mówił, czynił. A może to głupstwa, bo dla kogo to u licha, piszę?
Dla sławy ? Ooo, nie! Nie jestem naiwny, znam swą wartość, Bogu dzięki. Dla wnuków? Phi! I cóż zostanie z papierzysków mych za jakieś 10 lat? Moja baba jest zazdrosna jak sam diabeł i rzuca do pieca, co jej tylko pisanego wpadnie w szpony. Dla kogóż to tedy piszę?
Dla siebie! Dla własnej uciechy piszę. Dlatego, ze gdybym nie pisał , to by mnie szlag po prostu trafił.
Lubię , jak nasze wielkie cisawe woły przeżuwać wieczór strawę połkniętą z rana. O jakże miło oglądać przewracać, mieszać to wszystko, co się myślało, obserwowało, zbierało…”
Tak sobie myślę, że gdyby Colas żył dzisiaj, pewnie pisałby bloga.
A prawdopodobnieństwo, że baba zniweczyłaby jego wysiłki, byłoby też mniejsze.
P.S no proszę.. ile wspomnień może spowodować zwykłe odkurzanie książek...
znalazłam:
http://www.filmweb.pl/serial/Oshin-1983-142699
- Aktywność Jazda na rowerze
Środa, 8 grudnia 2010
Biegamy na nartach w Tarnowie
Taka niespodzianka:)
Nawet nie wiem kto i kiedy zdjęcia robił, ale mam dowód na to, że probowałam człapać na nartach
http://foto.onet.pl/o1gcj,c4w44c4000o1,pkyig,u.html#pkyk7
szkoda, że nie ma zdjęć jak się przewracam:)
a tak w ogóle info dla tych co nie wiedzą: biegamy po tej łące, którą zjeżdża sie do mety podczas tarnowskiego bike maratonu
Nawet nie wiem kto i kiedy zdjęcia robił, ale mam dowód na to, że probowałam człapać na nartach
http://foto.onet.pl/o1gcj,c4w44c4000o1,pkyig,u.html#pkyk7
szkoda, że nie ma zdjęć jak się przewracam:)
a tak w ogóle info dla tych co nie wiedzą: biegamy po tej łące, którą zjeżdża sie do mety podczas tarnowskiego bike maratonu

Na nartach:)© lemuriza1972
- Aktywność Jazda na rowerze
Wtorek, 7 grudnia 2010
Odwilż:(((
I przyszła odwilż, więc z planowanych nart nic nie wyszło, ale.. i tak by nic nie wyszło, ale o tym zaraz.
Z taką, nie będę ukrywać złosliwą satysfakcją pomyslałam sobie o tych wszystkich, którzy narzekali na zimno, na snieg, zaspy, ze dzisiaj to pewnie dopiero narzekają, bo ta chlapa i padający deszcz to naprawdę średnio fajna pogoda.
A ja dzień cały walczę z bólem gardła, dość konkretnym. Walczę wszystkimi możliwymi sposobami, ale cos mi się wydaje, że chyba się nie uda, chociaż jeszcze nadzieję mam:)
Śmieszne.. sprawdziłam to, ale w ub roku dokładnie 6 grudnia poczułam się źle i chorowałam cały tydzien i to mocno.
Dzisiaj jest 7 grudnia:). Czyżbym szczególnie powinna uważać w grudniu?:)
Tak więc dzisiaj tylko troszeczke ćwiczeń ( wzmacniam brzuch, mięśnie przedramion) i tyle.
Ale może i dobrze, że odpoczywam dzisiaj…organizm potrzebuje trochę czasu na Regenerację, a ostatnio to było intensywnie…
Poza tym .. też dobrze jest zatęsknić za czymś co lubi się robić.
Przeczytałam w książce Anny Kamienskiej taki fragment:
„ P. lubi słuchać muzyki jazzowej. Zbiera płyty i pocztówki dżwiękowe. Zamecza cały dom hałasem. Od pewnego czasu nie słychać płyt. Pytam co się stało. Odpowiada.
- Adapter odpoczywa, bo nie chcę żeby mi to spowszedniało. Naumyslnie nie słucham”
No własnie. Może czasem i tak trzeba. Przez chwilę.
I tak jeszcze o zainteresowaniach, pasjach.
Wczoraj .. wczoraj ktoś mnie ogromnie zaskoczył.
Refleksją, pytaniem. Nie spodziewałam się.
Powiedziała jedna ze znajomych mi młodych osób:
- Ja nic nie wiem, niczego nie znam... tak pomyslałam ostatnio , ze życie przecieka mi przez palce. Co mam robić? Ja chciałabym wiedzieć więcej...
I odbyłysmy rozmowę. Powiedziałam, że przecież nikt nie wie niczego sam z siebie, że ludzie posiadają wiedzę, bo coś wiedzieć chcą, czymś się interesują.
Ze trzeba czytać, ze tyle jest fajnych gazet, ksiązek, że trzeba oglądać coś wiecej w tv niż seriale, przecież są kanały popularno - naukowe, podróżnicze..
ze trzeba posłuchać czasem jakiegoś "fajniejszego" radia, gdzie nie tylko muzyka, ale i czasem jakis reportaż, jakaś rozmowa, wywiad.
Fajna to była rozmowa, bo ...tak mnie podniosła na duchu. Pomyslałam, że nie jest tak źle chyba jednak z tą młodzieżą dzisiejszą prawda?
a dzisiaj, dzisiaj osoba, z którą rozmawiałam pomachała mi gazetą , ktorą wczoraj poleciłam z taką radością autentyczną.. "Kupiłam". Fajnie:)))
A ja przyniosłam książkę, którą obiecałam.
A teraz ( ponieważ wybróbowałam już wszystkie znane mi sposoby na bolace , palące gardło), idę wybróbowąć najprzyjemniejszy – grzane piwo z sokiem, miodem i przyprawą do grzańca Kamisa – polecam.
A na dobranoc taka sobie piosenka… pamiętacie?
i jeszcze trochę klasyki
ale Kaśka lepsza:). Uwielbiam tę płytę.. chociaż w niej tyle smutku, ale po prostu jest świetna. Połączenie Osieckiej i Nosowskiej , strzał w dziesiątkę.
Z taką, nie będę ukrywać złosliwą satysfakcją pomyslałam sobie o tych wszystkich, którzy narzekali na zimno, na snieg, zaspy, ze dzisiaj to pewnie dopiero narzekają, bo ta chlapa i padający deszcz to naprawdę średnio fajna pogoda.
A ja dzień cały walczę z bólem gardła, dość konkretnym. Walczę wszystkimi możliwymi sposobami, ale cos mi się wydaje, że chyba się nie uda, chociaż jeszcze nadzieję mam:)
Śmieszne.. sprawdziłam to, ale w ub roku dokładnie 6 grudnia poczułam się źle i chorowałam cały tydzien i to mocno.
Dzisiaj jest 7 grudnia:). Czyżbym szczególnie powinna uważać w grudniu?:)
Tak więc dzisiaj tylko troszeczke ćwiczeń ( wzmacniam brzuch, mięśnie przedramion) i tyle.
Ale może i dobrze, że odpoczywam dzisiaj…organizm potrzebuje trochę czasu na Regenerację, a ostatnio to było intensywnie…
Poza tym .. też dobrze jest zatęsknić za czymś co lubi się robić.
Przeczytałam w książce Anny Kamienskiej taki fragment:
„ P. lubi słuchać muzyki jazzowej. Zbiera płyty i pocztówki dżwiękowe. Zamecza cały dom hałasem. Od pewnego czasu nie słychać płyt. Pytam co się stało. Odpowiada.
- Adapter odpoczywa, bo nie chcę żeby mi to spowszedniało. Naumyslnie nie słucham”
No własnie. Może czasem i tak trzeba. Przez chwilę.
I tak jeszcze o zainteresowaniach, pasjach.
Wczoraj .. wczoraj ktoś mnie ogromnie zaskoczył.
Refleksją, pytaniem. Nie spodziewałam się.
Powiedziała jedna ze znajomych mi młodych osób:
- Ja nic nie wiem, niczego nie znam... tak pomyslałam ostatnio , ze życie przecieka mi przez palce. Co mam robić? Ja chciałabym wiedzieć więcej...
I odbyłysmy rozmowę. Powiedziałam, że przecież nikt nie wie niczego sam z siebie, że ludzie posiadają wiedzę, bo coś wiedzieć chcą, czymś się interesują.
Ze trzeba czytać, ze tyle jest fajnych gazet, ksiązek, że trzeba oglądać coś wiecej w tv niż seriale, przecież są kanały popularno - naukowe, podróżnicze..
ze trzeba posłuchać czasem jakiegoś "fajniejszego" radia, gdzie nie tylko muzyka, ale i czasem jakis reportaż, jakaś rozmowa, wywiad.
Fajna to była rozmowa, bo ...tak mnie podniosła na duchu. Pomyslałam, że nie jest tak źle chyba jednak z tą młodzieżą dzisiejszą prawda?
a dzisiaj, dzisiaj osoba, z którą rozmawiałam pomachała mi gazetą , ktorą wczoraj poleciłam z taką radością autentyczną.. "Kupiłam". Fajnie:)))
A ja przyniosłam książkę, którą obiecałam.
A teraz ( ponieważ wybróbowałam już wszystkie znane mi sposoby na bolace , palące gardło), idę wybróbowąć najprzyjemniejszy – grzane piwo z sokiem, miodem i przyprawą do grzańca Kamisa – polecam.
A na dobranoc taka sobie piosenka… pamiętacie?
i jeszcze trochę klasyki
ale Kaśka lepsza:). Uwielbiam tę płytę.. chociaż w niej tyle smutku, ale po prostu jest świetna. Połączenie Osieckiej i Nosowskiej , strzał w dziesiątkę.
- Aktywność Jazda na rowerze
Poniedziałek, 6 grudnia 2010
Spinning i siłownia
Spinning po raz drugi.
Dzisiaj do naszej rowerowej grupki dołączył jeszcze Jacek K., który postanowił w przyszłym sezonie powrócić do ścigania się.
Na spinningu fajnie... tak psychicznie odświeżająco, ale nie tak fajnie jak na ściance czy nartach.
No i jednak trochę za krótko, dlatego postanowilismy w środę zostać na drugą godzinę, tyle, ze drugą godzinę pokręcić sobie delikatniej.
Po spinningu trochę siłowni i ćwiczeń na ręce, brzuch, grzbiet ( staram się w zimie zawsze wzmacniać brzuch i grzebiet, zeby potem na maratonach przy wielogodzinnej jeździe, nie miec problemów). przy okazji poćwiczyłam sobie też nogi pod kątem ścianki - instruktor na ściance pokazał nam takie fajne ćwiczenie, naprawdę niełatwe, ale idzie mi już coraz lepiej.
Jutro w planie narty, ale nie wiem co z tego będzie, bo jakaś odwilż nadeszła, co kompletnie mi się nie podoba.
A jeszcze wczoraj była taka piękna zima... Taka, że aż chciało sie godzinami chodzić po świecie
Dzisiaj do naszej rowerowej grupki dołączył jeszcze Jacek K., który postanowił w przyszłym sezonie powrócić do ścigania się.
Na spinningu fajnie... tak psychicznie odświeżająco, ale nie tak fajnie jak na ściance czy nartach.
No i jednak trochę za krótko, dlatego postanowilismy w środę zostać na drugą godzinę, tyle, ze drugą godzinę pokręcić sobie delikatniej.
Po spinningu trochę siłowni i ćwiczeń na ręce, brzuch, grzbiet ( staram się w zimie zawsze wzmacniać brzuch i grzebiet, zeby potem na maratonach przy wielogodzinnej jeździe, nie miec problemów). przy okazji poćwiczyłam sobie też nogi pod kątem ścianki - instruktor na ściance pokazał nam takie fajne ćwiczenie, naprawdę niełatwe, ale idzie mi już coraz lepiej.
Jutro w planie narty, ale nie wiem co z tego będzie, bo jakaś odwilż nadeszła, co kompletnie mi się nie podoba.
A jeszcze wczoraj była taka piękna zima... Taka, że aż chciało sie godzinami chodzić po świecie
- Czas 01:15
- Aktywność Jazda na rowerze
Niedziela, 5 grudnia 2010
Bieganie na nartach po raz pierwszy
Było piękne słońce, przepiekny śnieg i przygotowana trasa na Marcince.
A ja po raz pierwszy na nartach.
Właściwie tonie po raz pierwszy, bo w tym roku już probowałam, ale teraz na swoich, własnych nartach, po raz pierwszy w zimie 2010/2011.
I tu należą się słowa uznania dla Pana Bogdana Banasia ( taki człowiek, który w Tarnowie robi wiele jeśli chodzi o sport… organizuje Puchar Tarnowa mtb, biegi uliczne, zawody narciarskie i sama nie wiem co jeszcze). No i między innymi on i panowie z Sokoła Tarnów przygotowują trasę na Marcince.
Przyjemnie popatrzeć, że tak wiele ludzi pomimo mrozu, nie zostaje w domu, a chce uprawiać sport.
Było naprawdę sporo osób, w tym kilku kolarzy.
Mirek powiedział do pana Bogdana: przyprowadziłem adeptkę…
A pan Bogdan na to: nie ma nic lepszego dla kolarza w zimie jak bieganie na nartach.
Pomyslałam sobie: jaki ze mnie kolarz…
No i zaczęło się. Narty na nogi, pierwsze trudności, no bo trzeba się wpiąć… Jakos się udało i potem Mirek powiedział : no i dawaj…
A ja sobie znowu nie mogłam poradzić z tym .. lewy kijek, prawa narta. Ale pomyslałam: nie będę o tym myślec, to na pewno się dzieje naturalnie.
No i zaczęłam poruszać się na nartach.
Miałam wielkie obawy, bo było dużo ludzi i wiedziałam, ze będę im przeszkadzać, dlatego kiedy tylko mogłam usuwałam się z torów jak ktoś nadjeżdzał, bo byłam po prostu zbyt wolna no i.. nieobliczalna.
Na nastepny raz to chyba sobie przyczepię na plecach kartkę: uwaga! Uczę się!
Albo zielony listek:)
Rzecz jasna znowu miałam największe problemy na zjazdach i podjazdach. Jakos narty nie chciały mnie słuchać.. wypadałam parę razy z torów, przewróciłam się nieraz, na pierwszym podjeździe zamiast do przodu to się zsuwałam w dół:)
No jednym słowem było chyba bardzo ciekawie dla kogoś kto oglądał to z boku.
Postanowiłam się jednak zupełnie tym nie przejmować. Upadałam, wstawałam ( czasem z trudem bo to niełatwe jak się ma narty na nogach).
A potem stwierdziłam podobnie jak na ściance, ze muszę przestać się bać i po prostu próbować.
Niesamowicie fajny sport, wyczerpujący bardzo, ale to taki fajny rodzaj zmęczenia.
Pobiegalismy tak z 1,5 godzinki, ale gdybym miała czas, to zostałabym jeszcze. Niestety tego dnia miałam jeszcze w planie wyjazd do Mielca.
Bardzo pozytywnie naładowało mnie to bieganie. Bardzo. Wiele, wiele radosci.
I co najważniejsze - moje kolanko wytrzymuje.
Biegam ze stabilizatorem ( własciwie "biegam" to w moim wydaniu za dużo powiedziane, raczej "człapię"). Podobnie zresztą na ściankę - też ubieram stabilizator.
Dzisiaj mam zakwasy w udach, ale ręce nie bolą ( a Sławek N, który też był po raz pierwszy, narzeka dzisiaj na ręce). To oznacza, ze moje rączki już się wzmocniły ćwiczeniami pod ściankę.
Bardzo, bardzo mi się podobało i już nie mogę się doczekać następnego razu. Juz tęsknię za tym bieganiem:)
No i moja przyjaciółka, z którą planowałysmy w zasadzie te biegowki już od dawna, stwierdziła, ze jak tylko będzie mieć pieniążki to też sobie kupi i bedziemy biegać razem.
Bardzo się cieszę, bo będziemy miały okazję spędzać wiecej czasu razem.
Kiedyś trochę jeździłysmy razem na rowerze, teraz ona poświęca wolny czas wiosłowaniu, ale bardzo chce uprawiać jakiś sport na powietrzu, w zimie :)




A ja po raz pierwszy na nartach.
Właściwie tonie po raz pierwszy, bo w tym roku już probowałam, ale teraz na swoich, własnych nartach, po raz pierwszy w zimie 2010/2011.
I tu należą się słowa uznania dla Pana Bogdana Banasia ( taki człowiek, który w Tarnowie robi wiele jeśli chodzi o sport… organizuje Puchar Tarnowa mtb, biegi uliczne, zawody narciarskie i sama nie wiem co jeszcze). No i między innymi on i panowie z Sokoła Tarnów przygotowują trasę na Marcince.
Przyjemnie popatrzeć, że tak wiele ludzi pomimo mrozu, nie zostaje w domu, a chce uprawiać sport.
Było naprawdę sporo osób, w tym kilku kolarzy.
Mirek powiedział do pana Bogdana: przyprowadziłem adeptkę…
A pan Bogdan na to: nie ma nic lepszego dla kolarza w zimie jak bieganie na nartach.
Pomyslałam sobie: jaki ze mnie kolarz…
No i zaczęło się. Narty na nogi, pierwsze trudności, no bo trzeba się wpiąć… Jakos się udało i potem Mirek powiedział : no i dawaj…
A ja sobie znowu nie mogłam poradzić z tym .. lewy kijek, prawa narta. Ale pomyslałam: nie będę o tym myślec, to na pewno się dzieje naturalnie.
No i zaczęłam poruszać się na nartach.
Miałam wielkie obawy, bo było dużo ludzi i wiedziałam, ze będę im przeszkadzać, dlatego kiedy tylko mogłam usuwałam się z torów jak ktoś nadjeżdzał, bo byłam po prostu zbyt wolna no i.. nieobliczalna.
Na nastepny raz to chyba sobie przyczepię na plecach kartkę: uwaga! Uczę się!
Albo zielony listek:)
Rzecz jasna znowu miałam największe problemy na zjazdach i podjazdach. Jakos narty nie chciały mnie słuchać.. wypadałam parę razy z torów, przewróciłam się nieraz, na pierwszym podjeździe zamiast do przodu to się zsuwałam w dół:)
No jednym słowem było chyba bardzo ciekawie dla kogoś kto oglądał to z boku.
Postanowiłam się jednak zupełnie tym nie przejmować. Upadałam, wstawałam ( czasem z trudem bo to niełatwe jak się ma narty na nogach).
A potem stwierdziłam podobnie jak na ściance, ze muszę przestać się bać i po prostu próbować.
Niesamowicie fajny sport, wyczerpujący bardzo, ale to taki fajny rodzaj zmęczenia.
Pobiegalismy tak z 1,5 godzinki, ale gdybym miała czas, to zostałabym jeszcze. Niestety tego dnia miałam jeszcze w planie wyjazd do Mielca.
Bardzo pozytywnie naładowało mnie to bieganie. Bardzo. Wiele, wiele radosci.
I co najważniejsze - moje kolanko wytrzymuje.
Biegam ze stabilizatorem ( własciwie "biegam" to w moim wydaniu za dużo powiedziane, raczej "człapię"). Podobnie zresztą na ściankę - też ubieram stabilizator.
Dzisiaj mam zakwasy w udach, ale ręce nie bolą ( a Sławek N, który też był po raz pierwszy, narzeka dzisiaj na ręce). To oznacza, ze moje rączki już się wzmocniły ćwiczeniami pod ściankę.
Bardzo, bardzo mi się podobało i już nie mogę się doczekać następnego razu. Juz tęsknię za tym bieganiem:)
No i moja przyjaciółka, z którą planowałysmy w zasadzie te biegowki już od dawna, stwierdziła, ze jak tylko będzie mieć pieniążki to też sobie kupi i bedziemy biegać razem.
Bardzo się cieszę, bo będziemy miały okazję spędzać wiecej czasu razem.
Kiedyś trochę jeździłysmy razem na rowerze, teraz ona poświęca wolny czas wiosłowaniu, ale bardzo chce uprawiać jakiś sport na powietrzu, w zimie :)

Zima w Mielcu© lemuriza1972

Zima w Tarnowie© lemuriza1972

Mój nauczyciel:)© lemuriza1972

Trasa na Marcince© lemuriza1972

Mój narciarski cień:)© lemuriza1972
- Czas 01:15
- Aktywność Jazda na rowerze