Środa, 7 września 2016
Zapach malin
Wyjęłam ze skrzynki pocztowej katalog IKEA.
Na jednej ze stron przeczytałam: bądź najjaśniejszą gwiazdą swojej kuchni!
Pomyślałam: No jestem! Wszak nikt inny w mojej kuchni nie gotuję…
Sprytnie prawda?:) Z tymże nie do końca prawdą to jest, bo wczoraj zajaśniała na chwilę w mojej kuchni Pani Krystyna.
Kiedy przyjeżdżałam do mojej Babci Heleny, za wszelką cenę chciała mnie zawsze podtuczyć. „Wciskała” jedzenie, owoce, warzywa, słodycze, ponieważ uważała, że w ciągu roku szkolnego za dużo się uczę (co nie do końca zawsze było zgodne z prawdą), oraz uważała, że czytam zbyt wiele książek (co akurat było zgodne z prawdą). Odganiała mnie od książek, kazała chodzić do ogrodu, zbierać np. maliny bo bardzo zdrowe. A ja malin nie lubiłam. Tak, tak kompletnie nie. Drażnił mnie ich zapach (niebywałe, prawda?) i jedyne co tolerowała to soki z malin. Parapety okien domu Babci zawsze były zastawione w lecie słojami malin zasypanymi cukrem. Smak tego soku, zawiesistego, słodkiego pamiętam do dzisiaj.
Babcia słodziła nim herbatę obficie. Nie mam do malin przekonania dalej, nie jem ich z wyjątkiem tych w ciastach (np. crumble, które udało mi się dzisiaj zrobić jakoś w międzyczasie). Soki malinowe uwielbiam. Myślę, że jest w tym uwielbieniu do soków jakaś chęć powrotów do czasów dawnych, kiedy to mogłam oglądać słoje na parapecie domu Babci. Tyle, że to już nigdy nie wróci. Jak wiele innych rzeczy.
Zaprosiła mnie dzisiaj Pani Krystyna na działkę, „na maliny”. Oprócz malin wyposażyła w cebulę, cukinię, rzodkiewkę, pora, buraki, marchewkę. Wszystko super ekologiczne… więc mocno mnie takie produkty „kręcą”.
Zajadałam się tą marchewką i łezka w oku się kręciła, bo smak taki jak ta marchewka wyrywana w ogrodzie u Babci i jedzona, od razu, natychmiast. Pani Krystyna zabrała z domu sokownik, pokazała co i jak, pomogła (ona już taka jest, że lubi pomagać), i efekt jest w postaci moich własnych soków. I pewnie nie cieszyłoby to tak wszystko, gdyby nie fakt, że to MALINY. Że domu wypełnił się zapachem malin, a to z kolei cofnęło mnie w czasie o kilkadziesiąt lat. Tam gdzieś nad San, gdzie Babcia kazała mi schodzić do ogrodu, w dół (było z górki) na maliny. Gdzie Babcia do każdego śniadania i kolacji robiła herbatę z sokiem malinowym. I łezka się w oku zakręciła… No i jeszcze crumble… o jak pachniało malinami….
A dzisiaj...
jak okiem sięgnąć płasko. Nic nie zapowiada ani emocji ani przygody. Nie lubię. Nie jeżdżę. A może inaczej – jeżdżę rzadko. Jeździłam kiedyś, dawno, dawno temu w czasach starożytnych, kiedy zaczynałam przygodę z rowerem. Jeździłam kiedy startowałam w maratonach, w celach treningowych. Jeżdżę do Mielca. Pojechałam dzisiaj, ale to wyjątek. Hm… wiem, że są tacy, z moich okolic, którzy na południe się „nie wypuszczają”. Góry ich nie ciekawią, męczą. Wiem, że ludzie są różni. Staram się rozumieć, ale tego nie rozumiem. Nie wiem jak można, mając takie bogactwo widoków, przepięknych miejsc na południe od Tarnowa, jeździć tylko po płaskim. Pojechałam dzisiaj obejrzeć ukończone VELO DUNAJEC.
Jakie wrażenia? Nie będę dobrym recenzentem, bo nie lubię asflatu, nie lubię płaskiego asfaltu, nie lubię braku gór. Jedynym atutem dla mnie jest, to że czasem widać Dunajec. Czekam więc kiedy Velo „pojedzie” w stronę Zakliczyna. Wtedy będę na TAK. Ale są pewnie tacy, który są zachwyceni. Bo asfalt gładziutki i mknie się szybciutko, no bo żadnych aut. Tak, z pewnością będzie wielu zachwyconych. Już jest spory ruch na tej „trasie”.
Czasem jednak jest tak, że 40 km płaskiej trasy jednak coś wynagrodzi. Znajdzie się jakaś „perełka” dla której warto się nudzić jeżdżąc po płaskim. Tak jest na tej trasie, jeśli pojedziecie trochę dalej (wtedy kiedy Velo Dunajec przechodzi na drogę w Glowie) i pojedziecie dalej, aż do Biskupic Radłowskich. Ja już tam byłam kiedyś i już to widziałam. Zachwyciłam się. To podobno jedyny taki zabytek w Polsce. Jest imponujący. Unikatowy słup graniczny z 1450r., oddzielający kiedyś dobra rycerskie od dóbr kościelnych. Jeśli jest jeszcze ktoś z Tarnowa i okolic, kto go nie widział, to czas to nadrobić.
Na jednej ze stron przeczytałam: bądź najjaśniejszą gwiazdą swojej kuchni!
Pomyślałam: No jestem! Wszak nikt inny w mojej kuchni nie gotuję…
Sprytnie prawda?:) Z tymże nie do końca prawdą to jest, bo wczoraj zajaśniała na chwilę w mojej kuchni Pani Krystyna.
Kiedy przyjeżdżałam do mojej Babci Heleny, za wszelką cenę chciała mnie zawsze podtuczyć. „Wciskała” jedzenie, owoce, warzywa, słodycze, ponieważ uważała, że w ciągu roku szkolnego za dużo się uczę (co nie do końca zawsze było zgodne z prawdą), oraz uważała, że czytam zbyt wiele książek (co akurat było zgodne z prawdą). Odganiała mnie od książek, kazała chodzić do ogrodu, zbierać np. maliny bo bardzo zdrowe. A ja malin nie lubiłam. Tak, tak kompletnie nie. Drażnił mnie ich zapach (niebywałe, prawda?) i jedyne co tolerowała to soki z malin. Parapety okien domu Babci zawsze były zastawione w lecie słojami malin zasypanymi cukrem. Smak tego soku, zawiesistego, słodkiego pamiętam do dzisiaj.
Babcia słodziła nim herbatę obficie. Nie mam do malin przekonania dalej, nie jem ich z wyjątkiem tych w ciastach (np. crumble, które udało mi się dzisiaj zrobić jakoś w międzyczasie). Soki malinowe uwielbiam. Myślę, że jest w tym uwielbieniu do soków jakaś chęć powrotów do czasów dawnych, kiedy to mogłam oglądać słoje na parapecie domu Babci. Tyle, że to już nigdy nie wróci. Jak wiele innych rzeczy.
Zaprosiła mnie dzisiaj Pani Krystyna na działkę, „na maliny”. Oprócz malin wyposażyła w cebulę, cukinię, rzodkiewkę, pora, buraki, marchewkę. Wszystko super ekologiczne… więc mocno mnie takie produkty „kręcą”.
Zajadałam się tą marchewką i łezka w oku się kręciła, bo smak taki jak ta marchewka wyrywana w ogrodzie u Babci i jedzona, od razu, natychmiast. Pani Krystyna zabrała z domu sokownik, pokazała co i jak, pomogła (ona już taka jest, że lubi pomagać), i efekt jest w postaci moich własnych soków. I pewnie nie cieszyłoby to tak wszystko, gdyby nie fakt, że to MALINY. Że domu wypełnił się zapachem malin, a to z kolei cofnęło mnie w czasie o kilkadziesiąt lat. Tam gdzieś nad San, gdzie Babcia kazała mi schodzić do ogrodu, w dół (było z górki) na maliny. Gdzie Babcia do każdego śniadania i kolacji robiła herbatę z sokiem malinowym. I łezka się w oku zakręciła… No i jeszcze crumble… o jak pachniało malinami….
A dzisiaj...
jak okiem sięgnąć płasko. Nic nie zapowiada ani emocji ani przygody. Nie lubię. Nie jeżdżę. A może inaczej – jeżdżę rzadko. Jeździłam kiedyś, dawno, dawno temu w czasach starożytnych, kiedy zaczynałam przygodę z rowerem. Jeździłam kiedy startowałam w maratonach, w celach treningowych. Jeżdżę do Mielca. Pojechałam dzisiaj, ale to wyjątek. Hm… wiem, że są tacy, z moich okolic, którzy na południe się „nie wypuszczają”. Góry ich nie ciekawią, męczą. Wiem, że ludzie są różni. Staram się rozumieć, ale tego nie rozumiem. Nie wiem jak można, mając takie bogactwo widoków, przepięknych miejsc na południe od Tarnowa, jeździć tylko po płaskim. Pojechałam dzisiaj obejrzeć ukończone VELO DUNAJEC.
Jakie wrażenia? Nie będę dobrym recenzentem, bo nie lubię asflatu, nie lubię płaskiego asfaltu, nie lubię braku gór. Jedynym atutem dla mnie jest, to że czasem widać Dunajec. Czekam więc kiedy Velo „pojedzie” w stronę Zakliczyna. Wtedy będę na TAK. Ale są pewnie tacy, który są zachwyceni. Bo asfalt gładziutki i mknie się szybciutko, no bo żadnych aut. Tak, z pewnością będzie wielu zachwyconych. Już jest spory ruch na tej „trasie”.
Czasem jednak jest tak, że 40 km płaskiej trasy jednak coś wynagrodzi. Znajdzie się jakaś „perełka” dla której warto się nudzić jeżdżąc po płaskim. Tak jest na tej trasie, jeśli pojedziecie trochę dalej (wtedy kiedy Velo Dunajec przechodzi na drogę w Glowie) i pojedziecie dalej, aż do Biskupic Radłowskich. Ja już tam byłam kiedyś i już to widziałam. Zachwyciłam się. To podobno jedyny taki zabytek w Polsce. Jest imponujący. Unikatowy słup graniczny z 1450r., oddzielający kiedyś dobra rycerskie od dóbr kościelnych. Jeśli jest jeszcze ktoś z Tarnowa i okolic, kto go nie widział, to czas to nadrobić.

Malinki:) © Iza

Miejsce pamięci © Iza

Pomnik © Iza

Pokrzywiona rzeczywistość © Iza

Tablica © Iza

Tablica informacyjna © Iza

Cmentarz "na trasie" © Iza

Dunajec © Iza

Na trasie © Iza

Słup graniczny © Iza
- DST 40.00km
- Czas 01:35
- VAVG 25.26km/h
- Sprzęt KTM
- Aktywność Jazda na rowerze
Komentarze
No to jestem taki, że do gór mnie nie ciągnie ani na rowerze ani nawet autem. Nizinny ze mnie człowiek ze Szczecina. Ale bardzo ciekawie opowiedziana historia. Tak nostalgicznie. Aż się czuje ten zapach malin. Mniam.
davidbaluch - 09:18 sobota, 10 września 2016 | linkuj
Komentować mogą tylko znajomi. Zaloguj się · Zarejestruj się!