Środa, 21 września 2011
Panowie dwaj czyli motywatory:)
Nie bez przyczyny w tytule umieściłam Panów dwóch:), dali mi dzisiaj trochę motywacji i dzięki nim zrozumiałam, że…. Ale po kolei.
Po ubiegłorocznym weekendzie spędzonym w Nowym Sączu, najpierw rozchorowała się Ela, dzien po niej Bożena, a dwa dni po Bożenie Ewa.
Nie muszę dodawać, ze wszystkie spędziłysmy weekend razem.
Dziewczyny „na antybiotykach”. Ja drżałam… Tatry, Istebna.. co będzie jak też polegnę?
W piątek boli mnie gardło. Walczę. W sobotę budzę się zdrowa.
W niedzielę Tatry, a w poniedziałek w pracy zaczyna mnie mocno boleć gardło. Ból.. duży, taki anginowy. Myślę sobie: teraz chyba się nie wywinę… co będzie z Istebną…?
Walczę, wszystkimi możliwymi sposobami.Trening odpada… zwycięża rozsądek. Niech organizm ma siłę walczyć z infekcją.
Mówię sobie: będzie ok, rano się obudzisz, będzie ok.
Kładę się spać, a gardło boli coraz bardziej. Rano się budzę.. jest zdecydowanie lepiej.
Po co to wszystko piszę?
Bo we wtorek też nie było treningu ( wolałam być ostrożna). Więc sobotni wyścig to jakaś abstrakcja… nie myślę… w ogóle.
To odległe ode mnie o lata świetlne.
Dzisiaj czułam się już dobrze, wiec wyjechałam, ale bez wielkiej ochoty. Myślę: tydzien nie jeździłam po górach… w Istebnej tyle cięzkich podjazdów… ja bez formy…
Plan: Lubinka. Ale tylko raz, bo przecież zaraz zrobi się ciemno.
Nie jest łatwo. Nie ma jakiegoś zabójczego tempa. 4 km pod górę, bo dzisiaj jechałam od samych Koszyc. Dyszę jak lokomotywa, ale na szczycie myślę sobie: no nie .. za mało, trzeba jeszcze jakiś podjazd zrobić…decyduję się zjechać do Janowic i podjechać . Zjeżdzam. Bardzo, bardzo zimno. Myślę: przewieje mnie, będę chora. Nie zjeżdzam na sam doł, zjade do połowy i wjeżdzam pod górę. Będzie ciepło. Kiedy tak myślę nagle spostrzegam dwóch bikerów jak ciągną pod górę. Myśl: zawrócę i pojadę za nimi, zobaczymy czy będziemy jechac razem, czy będę wolniejsza, szybsza….
Jeszcze chwilę zjeżdzam w doł i zawracam. Są sporo przede mną, ale przyspieszam. W pewnym momencie któryś się odwraca i jakby przyspieszają, ale ja jestem napędzona i zmotywowana. Mijam ich pod górę w dobrym tempie, jade równo. Słyszę jakieś… ooooooo…..
Jadę dalej swoim tempem. Dosyć mocno. Da się? No da się Pani Izo. Jednak.
A może to nie brak formy? Może lenistwo?
Jadę. Nagle słyszę za sobą potężne dyszenie. O rany .. gonią mnie…..
No tak.. faceci… przecież ich kobieta wyprzedziła,to ambicja nie pozwala odpuścić.
Dyszenie za mną wciąż.. Katem oka widzę przednie koło i nawet robię miejsce z prawej. Niech mnie wyprzedzi. Zobaczymy co będzie dalej.
Mam nawet ochotę krzyknąć: no kolego daj zmianę…
Niewiele przed szczytem kolega mnie wyprzedza. Usmiecham się. Widzę , że chyba mocno się spina, bo staje już na pedały. Usmiecham się. Nie gonię. Myślę: mam rezerwy, gdybym się spięła, dałabym radę, tylko po co?:)
Niech kolega ma spokojny wieczór. Kolega staje na szczycie i odpoczywa czy czeka na drugiego kolegę.. nie wiem. Ja jade dalej. Zjeżdzam z Lubinki i wtedy wpada mi do głowy myśl, żeby sobie podjechac raz jeszcze. No to podjeżdzam. Koledzy zjeżdzają z góry.
Dobrze mi się jedzie. Nie ma szalenczego tempa, ale jest w miare ok.
Panowie dwaj.. zmotywowali mnie dzisiaj do lepszej jazdy, pozwolili uwierzyć, ze nie jest ze mna aż tak źle.
I zrozumiałam, ze nie mogę sobie ciagle wmawiać, ze nie mam formy… i wciąż to powtarzać, bo nic dobrego z tego nie będzie.
Udana jazda.
Przypomniało mi się ( nie wiem czy o tym już nie pisałam), jak wchodząc na Jaworzyne rozmawiałysmy z Bożeną i ona nagle powiedziała: ale ty to masz taki rower co jest tak dobry, ze on własciwie sam wjeżdża na górę no nie? Nie kosztuje cie to duzo wysiłku.
Jak to powiedział Mirek: na górę to sam wjeżdża motor crossowy i to nie do konca, bo jednak sporo waży i trzeba go utrzymać.
Nie.. żaden rower nawet ten Majki W. , nie wjeżdza sam pod górę.
Żeby wjechać pod górę, to naprawde trzeba się trochę napracować. Czasem nawet bardzo:)
A jak już jedzie się pod górę na maratonie, to jedzie się pod górę tak niezliczoną ilość razy… że czasem wolałoby się już nie mieć tego roweru, bo łatwiej byłoby wejść na nóżkach.
I tak trochę poza tematem. Przeczytałam wywiad z D. Olbrychskim.
Cytat:
„ Co daje panu poczucie szczescia?
Najbanalniej, najprościej i najgłębiej jest zacytować Tołstoja:" Największym szczęściem w życiu jest żyć” Dodałbym też : umieć się cieszyć. Mam radość i apetyt na zycie, odkąd pamietam. Dzisiaj to nawet ta radość jest większa”
U mnie jest podobnie:)
I jeszcze kilka zdjęć . Autorem jest Versus ( Rowerowanie). Moim zdaniem.. naprawdę ma talent:)



Po ubiegłorocznym weekendzie spędzonym w Nowym Sączu, najpierw rozchorowała się Ela, dzien po niej Bożena, a dwa dni po Bożenie Ewa.
Nie muszę dodawać, ze wszystkie spędziłysmy weekend razem.
Dziewczyny „na antybiotykach”. Ja drżałam… Tatry, Istebna.. co będzie jak też polegnę?
W piątek boli mnie gardło. Walczę. W sobotę budzę się zdrowa.
W niedzielę Tatry, a w poniedziałek w pracy zaczyna mnie mocno boleć gardło. Ból.. duży, taki anginowy. Myślę sobie: teraz chyba się nie wywinę… co będzie z Istebną…?
Walczę, wszystkimi możliwymi sposobami.Trening odpada… zwycięża rozsądek. Niech organizm ma siłę walczyć z infekcją.
Mówię sobie: będzie ok, rano się obudzisz, będzie ok.
Kładę się spać, a gardło boli coraz bardziej. Rano się budzę.. jest zdecydowanie lepiej.
Po co to wszystko piszę?
Bo we wtorek też nie było treningu ( wolałam być ostrożna). Więc sobotni wyścig to jakaś abstrakcja… nie myślę… w ogóle.
To odległe ode mnie o lata świetlne.
Dzisiaj czułam się już dobrze, wiec wyjechałam, ale bez wielkiej ochoty. Myślę: tydzien nie jeździłam po górach… w Istebnej tyle cięzkich podjazdów… ja bez formy…
Plan: Lubinka. Ale tylko raz, bo przecież zaraz zrobi się ciemno.
Nie jest łatwo. Nie ma jakiegoś zabójczego tempa. 4 km pod górę, bo dzisiaj jechałam od samych Koszyc. Dyszę jak lokomotywa, ale na szczycie myślę sobie: no nie .. za mało, trzeba jeszcze jakiś podjazd zrobić…decyduję się zjechać do Janowic i podjechać . Zjeżdzam. Bardzo, bardzo zimno. Myślę: przewieje mnie, będę chora. Nie zjeżdzam na sam doł, zjade do połowy i wjeżdzam pod górę. Będzie ciepło. Kiedy tak myślę nagle spostrzegam dwóch bikerów jak ciągną pod górę. Myśl: zawrócę i pojadę za nimi, zobaczymy czy będziemy jechac razem, czy będę wolniejsza, szybsza….
Jeszcze chwilę zjeżdzam w doł i zawracam. Są sporo przede mną, ale przyspieszam. W pewnym momencie któryś się odwraca i jakby przyspieszają, ale ja jestem napędzona i zmotywowana. Mijam ich pod górę w dobrym tempie, jade równo. Słyszę jakieś… ooooooo…..
Jadę dalej swoim tempem. Dosyć mocno. Da się? No da się Pani Izo. Jednak.
A może to nie brak formy? Może lenistwo?
Jadę. Nagle słyszę za sobą potężne dyszenie. O rany .. gonią mnie…..
No tak.. faceci… przecież ich kobieta wyprzedziła,to ambicja nie pozwala odpuścić.
Dyszenie za mną wciąż.. Katem oka widzę przednie koło i nawet robię miejsce z prawej. Niech mnie wyprzedzi. Zobaczymy co będzie dalej.
Mam nawet ochotę krzyknąć: no kolego daj zmianę…
Niewiele przed szczytem kolega mnie wyprzedza. Usmiecham się. Widzę , że chyba mocno się spina, bo staje już na pedały. Usmiecham się. Nie gonię. Myślę: mam rezerwy, gdybym się spięła, dałabym radę, tylko po co?:)
Niech kolega ma spokojny wieczór. Kolega staje na szczycie i odpoczywa czy czeka na drugiego kolegę.. nie wiem. Ja jade dalej. Zjeżdzam z Lubinki i wtedy wpada mi do głowy myśl, żeby sobie podjechac raz jeszcze. No to podjeżdzam. Koledzy zjeżdzają z góry.
Dobrze mi się jedzie. Nie ma szalenczego tempa, ale jest w miare ok.
Panowie dwaj.. zmotywowali mnie dzisiaj do lepszej jazdy, pozwolili uwierzyć, ze nie jest ze mna aż tak źle.
I zrozumiałam, ze nie mogę sobie ciagle wmawiać, ze nie mam formy… i wciąż to powtarzać, bo nic dobrego z tego nie będzie.
Udana jazda.
Przypomniało mi się ( nie wiem czy o tym już nie pisałam), jak wchodząc na Jaworzyne rozmawiałysmy z Bożeną i ona nagle powiedziała: ale ty to masz taki rower co jest tak dobry, ze on własciwie sam wjeżdża na górę no nie? Nie kosztuje cie to duzo wysiłku.
Jak to powiedział Mirek: na górę to sam wjeżdża motor crossowy i to nie do konca, bo jednak sporo waży i trzeba go utrzymać.
Nie.. żaden rower nawet ten Majki W. , nie wjeżdza sam pod górę.
Żeby wjechać pod górę, to naprawde trzeba się trochę napracować. Czasem nawet bardzo:)
A jak już jedzie się pod górę na maratonie, to jedzie się pod górę tak niezliczoną ilość razy… że czasem wolałoby się już nie mieć tego roweru, bo łatwiej byłoby wejść na nóżkach.
I tak trochę poza tematem. Przeczytałam wywiad z D. Olbrychskim.
Cytat:
„ Co daje panu poczucie szczescia?
Najbanalniej, najprościej i najgłębiej jest zacytować Tołstoja:" Największym szczęściem w życiu jest żyć” Dodałbym też : umieć się cieszyć. Mam radość i apetyt na zycie, odkąd pamietam. Dzisiaj to nawet ta radość jest większa”
U mnie jest podobnie:)
I jeszcze kilka zdjęć . Autorem jest Versus ( Rowerowanie). Moim zdaniem.. naprawdę ma talent:)

W drodze© lemuriza1972

W drodze2© lemuriza1972

Tańcząc z wiatrem© lemuriza1972

Ja , dalej Andy , Tatry i wiatr:)© lemuriza1972
- DST 40.00km
- Czas 01:44
- VAVG 23.08km/h
- VMAX 47.00km/h
- Temperatura 17.0°C
- HRmax 172 ( 91%)
- HRavg 144 ( 76%)
- Kalorie 730kcal
- Sprzęt Kellys Magnus
- Aktywność Jazda na rowerze
Komentarze
Nie ma jeszcze komentarzy.
Komentować mogą tylko znajomi. Zaloguj się · Zarejestruj się!