Poniedziałek, 26 września 2011
Istebna relacja
Maraton nr 36
Powerade Suzuki MTB Marathon
Czas : 5 h 34 min ( dramat!!!)
Km 54, przewyższenia 1800 m
Istebna w ubiegłym roku przyniosła mi wiele radości. Nie żebym jakos super pojechała.. nie..
Ale wreszcie udało mi się ją przejechać, bo dwa lata temu defekt pozbawił mnie mozliwości ukonczenia i zarazem 6 miejsca w generalce.
W ubiegłym roku odbierałam nagrodę za 5 miejsce w generalce, chociaż sezon idealny nie był.
W sobotę stałam na dekoracji i było mi smutno.
Ale w koncu zycie już takie jest. Raz na wozie, raz pod wozem.
Zdecydowałam się pojechać do Istebnej,chociaż generalka była już poza mną.
Ale.. wystartowałam tylko w Murowanej, Złotym, w Zabierzowie wypadek, który pozbawił mnie mozliwości startu w Krynicy i Karpaczu. Potem była Głuszyca i Ustroń i Kraków, nieukonczony.
Wiec pomyslałam: trzeba jakoś mimo wszystko godnie zakończyć sezon.
Pojechałam.
Bałam się tego startu jednak bardzo. Wiedziałam, że tegoroczne wypadki pozbawiły mnie pewności na zjazdach, a w Istebnej zjazdy jakie są , to wie każdy kto chociaż raz ją przejechał.
Przyjechałysmy z Krysią późno wieczorem w piątek. Nocleg w fajnych , drewnianych domkach z teamem Gomola.
W sobotę budzi nas słońce i chociaż rano jest jeszcze rześko, to już wiadomo: pogoda nam dopisała.
Oblepiamy kolana plasterkami ( ja i Krysia) i jedziemy na rozgrzewkę.
Krysia potem na start giga, a ja jeszcze kręcę. Spotykam chłopaków z Rowerowania i razem z Miśqiem jedziemy na rozgrzewkę. Fajna była ta rozgrzewka, dzięki temu chyba nie bolały mnie nogi potem na pierwszym podjeździe.
Ledwie zdązylismy do sektora . Ruszamy.
Jeszcze na stadionie, słyszę jak ktoś krzyczy: dawaj Iza ( Ada Bieniasz). Miło mieć doping.
Jadę. Nawet jakis tam rytm jazdy jest.
Ale im dalej tym ciężej.
Mija mnie Kuba. Staram się nie tracić go z oczu i nawet w pewnym momencie mijam, ale potem oczywiście Kuba mi odjeżdża.
Mija mnie też dwóch kolegów Bikeholików. Miło.
Gdzieś nagle słyszę jak ktoś mówi: miła koleżanko z Tarnowa, proszę zrobić miejsce ( czy jakoś tak to było Damian?:)
Mija mnie Damian, rzuca : cześć Iza, i nie wiem co jest grane… Mini jechałeś czy jak, ze dopiero tam mnie mijałeś?:)
Dojeżdzamy do płyt , na których 2 lata temu miałam fatalny w skutkach dla roweru upadek.
Za chwilę podjazd i tam spotykam Piotrka Klonowicza, idzie z rowerem w przeciwnym kierunku. Pytam co się stało. Mówi, ze urwał hak ( jak się potem okazało, przewrócił się w tym samym miejscu co ja dwa lata temu).
Jadę dalej i nagle do głowy wpada mi szaleńczy pomysł: dam Piotrkowi swój rower, niech jedzie, jemu zalezy na generalce, mnie nie, i tak mi się jedzie ciezko…
Zatrzymuje się i dzwonię do Piotrka, ale nie odbiera. Mija mnie Ania Suś. Też się dziwię dlaczego dopiero teraz, przecież jechała z III sektora chyba ( okazało się potem, ze łańcuch jej wypadł za kasetę).
I jadę.. ale od tamtego momentu jakby całe powietrze ze mnie uszło…
Jadę, ale.. tempo wycieczkowe wybitnie… źle mi się oddycha, nogi zmęczone.. na zjazdach i owszem jadę, ale bardzo asekuracyjnie, bo w głowie mam tylko to żeby sobie nic nie zrobić.
Ten okropny podjazd przed Ochodzitą ambitnie jadę do pewnego momentu.
Nawet jakaś kobieta mówi: brawo, tu rzadko kto jedzie… ( ale za chwilę spadam z roweru)
Ciężko.
Potem ten niefajny kawałek głowna drogą. W ub roku jechałam tam ze średniej tarczy, naprawdę dośc mocno. Teraz młynkuję.
Ochodzitą wjeżdzam. Towarzystwo obok mnie idzie. Jest łatwiej niż w ub roku, bo nie wieje.
Ale i tak ciężko, trzeba walczyć mocno.
Potem zjazd. Jakiś kolega mówi: zrobisz miejsce Pani Maju?
Uśmiecham się. Pewnie widział, że podjeżdzam Ochodzitą, więc stąd to „Pani Maju”
A potem to już jest droga przez mękę. To jest tylko modlenie się o dojazd do mety.
Nawet momentami zatrzymuje się żeby zjeść żela.
Okropnie boli mnie szyja ( to jeszcze efekt upadku w Krakowie), kostka, kolano. Po maximie robi mi się tak niedobrze, ze mam wrażenie, ze zaraz zwymiotuję.
Coraz mniej ludzi wkoło mnie. Myślę sobie: jadę w totalnym ogonie… Może nawet jestem ostatnia????
Kiedy dojeżdżam na ostatni bufet, widzę ze mają już resztki picia, wiec wiadomo, że jadę naprawde w ogonie ogonów.
Robi mi się smutno. Zaczynam się zastanawiać co jest nie tak… co zrobić… pojawiają się myśli żeby przestać jeździć w maratonach…pojawiają się myśli, ze naprawdę trzeba iść do lekarza i sprawdzić czy wszystko w porządku ze zdrowiem.
I jeszcze tradycyjnie dzieci proszące o bidony. Postanawiam być dobra i oddaje swoje dwa… Niech mają.
I jeszcze słynne korzonki przed metą. Nie ma siły żeby to zjechać. Nie jestem takim technikiem ani desperatem. Chcę już tylko być na mecie. To chyba najtrudniejszy zjazd jaki widziałam w życiu.
Dojeżdzam do mety. Jest mi zwyczajnie wstyd, bo to był chyba jeden z moich najgorszych startów u GG. Więc zmykam szybko "na kwaterę", nawet nie chce mi sie specjalne z nikim rozmawiać.
A potem jest najpierw chwila na grillu z Zielonymi ( okazało się, ze spali w tych samych domkach co my), dekoracja i After Party czyli Ostatni Bufet w sezonie.
Na chwilę przysiada się do naszego stołu Grzegorz G. i zdradza nowe miejscówki ( Piwniczna - super, Korbielów, Krzeszowice). Dobrze. Może nowe trasy mnie zmobilizują, zmotywują.
I tyle chyba o Istebnej, bo co tu więcej pisać o tym nieudanym dla mnie starcie?
Może tyle, ze pogoda piękna, ze trasa bajkowa, góry majestatyczne i oczywiście wysmienite towarzystwo.

Powerade Suzuki MTB Marathon
Czas : 5 h 34 min ( dramat!!!)
Km 54, przewyższenia 1800 m
Istebna w ubiegłym roku przyniosła mi wiele radości. Nie żebym jakos super pojechała.. nie..
Ale wreszcie udało mi się ją przejechać, bo dwa lata temu defekt pozbawił mnie mozliwości ukonczenia i zarazem 6 miejsca w generalce.
W ubiegłym roku odbierałam nagrodę za 5 miejsce w generalce, chociaż sezon idealny nie był.
W sobotę stałam na dekoracji i było mi smutno.
Ale w koncu zycie już takie jest. Raz na wozie, raz pod wozem.
Zdecydowałam się pojechać do Istebnej,chociaż generalka była już poza mną.
Ale.. wystartowałam tylko w Murowanej, Złotym, w Zabierzowie wypadek, który pozbawił mnie mozliwości startu w Krynicy i Karpaczu. Potem była Głuszyca i Ustroń i Kraków, nieukonczony.
Wiec pomyslałam: trzeba jakoś mimo wszystko godnie zakończyć sezon.
Pojechałam.
Bałam się tego startu jednak bardzo. Wiedziałam, że tegoroczne wypadki pozbawiły mnie pewności na zjazdach, a w Istebnej zjazdy jakie są , to wie każdy kto chociaż raz ją przejechał.
Przyjechałysmy z Krysią późno wieczorem w piątek. Nocleg w fajnych , drewnianych domkach z teamem Gomola.
W sobotę budzi nas słońce i chociaż rano jest jeszcze rześko, to już wiadomo: pogoda nam dopisała.
Oblepiamy kolana plasterkami ( ja i Krysia) i jedziemy na rozgrzewkę.
Krysia potem na start giga, a ja jeszcze kręcę. Spotykam chłopaków z Rowerowania i razem z Miśqiem jedziemy na rozgrzewkę. Fajna była ta rozgrzewka, dzięki temu chyba nie bolały mnie nogi potem na pierwszym podjeździe.
Ledwie zdązylismy do sektora . Ruszamy.
Jeszcze na stadionie, słyszę jak ktoś krzyczy: dawaj Iza ( Ada Bieniasz). Miło mieć doping.
Jadę. Nawet jakis tam rytm jazdy jest.
Ale im dalej tym ciężej.
Mija mnie Kuba. Staram się nie tracić go z oczu i nawet w pewnym momencie mijam, ale potem oczywiście Kuba mi odjeżdża.
Mija mnie też dwóch kolegów Bikeholików. Miło.
Gdzieś nagle słyszę jak ktoś mówi: miła koleżanko z Tarnowa, proszę zrobić miejsce ( czy jakoś tak to było Damian?:)
Mija mnie Damian, rzuca : cześć Iza, i nie wiem co jest grane… Mini jechałeś czy jak, ze dopiero tam mnie mijałeś?:)
Dojeżdzamy do płyt , na których 2 lata temu miałam fatalny w skutkach dla roweru upadek.
Za chwilę podjazd i tam spotykam Piotrka Klonowicza, idzie z rowerem w przeciwnym kierunku. Pytam co się stało. Mówi, ze urwał hak ( jak się potem okazało, przewrócił się w tym samym miejscu co ja dwa lata temu).
Jadę dalej i nagle do głowy wpada mi szaleńczy pomysł: dam Piotrkowi swój rower, niech jedzie, jemu zalezy na generalce, mnie nie, i tak mi się jedzie ciezko…
Zatrzymuje się i dzwonię do Piotrka, ale nie odbiera. Mija mnie Ania Suś. Też się dziwię dlaczego dopiero teraz, przecież jechała z III sektora chyba ( okazało się potem, ze łańcuch jej wypadł za kasetę).
I jadę.. ale od tamtego momentu jakby całe powietrze ze mnie uszło…
Jadę, ale.. tempo wycieczkowe wybitnie… źle mi się oddycha, nogi zmęczone.. na zjazdach i owszem jadę, ale bardzo asekuracyjnie, bo w głowie mam tylko to żeby sobie nic nie zrobić.
Ten okropny podjazd przed Ochodzitą ambitnie jadę do pewnego momentu.
Nawet jakaś kobieta mówi: brawo, tu rzadko kto jedzie… ( ale za chwilę spadam z roweru)
Ciężko.
Potem ten niefajny kawałek głowna drogą. W ub roku jechałam tam ze średniej tarczy, naprawdę dośc mocno. Teraz młynkuję.
Ochodzitą wjeżdzam. Towarzystwo obok mnie idzie. Jest łatwiej niż w ub roku, bo nie wieje.
Ale i tak ciężko, trzeba walczyć mocno.
Potem zjazd. Jakiś kolega mówi: zrobisz miejsce Pani Maju?
Uśmiecham się. Pewnie widział, że podjeżdzam Ochodzitą, więc stąd to „Pani Maju”
A potem to już jest droga przez mękę. To jest tylko modlenie się o dojazd do mety.
Nawet momentami zatrzymuje się żeby zjeść żela.
Okropnie boli mnie szyja ( to jeszcze efekt upadku w Krakowie), kostka, kolano. Po maximie robi mi się tak niedobrze, ze mam wrażenie, ze zaraz zwymiotuję.
Coraz mniej ludzi wkoło mnie. Myślę sobie: jadę w totalnym ogonie… Może nawet jestem ostatnia????
Kiedy dojeżdżam na ostatni bufet, widzę ze mają już resztki picia, wiec wiadomo, że jadę naprawde w ogonie ogonów.
Robi mi się smutno. Zaczynam się zastanawiać co jest nie tak… co zrobić… pojawiają się myśli żeby przestać jeździć w maratonach…pojawiają się myśli, ze naprawdę trzeba iść do lekarza i sprawdzić czy wszystko w porządku ze zdrowiem.
I jeszcze tradycyjnie dzieci proszące o bidony. Postanawiam być dobra i oddaje swoje dwa… Niech mają.
I jeszcze słynne korzonki przed metą. Nie ma siły żeby to zjechać. Nie jestem takim technikiem ani desperatem. Chcę już tylko być na mecie. To chyba najtrudniejszy zjazd jaki widziałam w życiu.
Dojeżdzam do mety. Jest mi zwyczajnie wstyd, bo to był chyba jeden z moich najgorszych startów u GG. Więc zmykam szybko "na kwaterę", nawet nie chce mi sie specjalne z nikim rozmawiać.
A potem jest najpierw chwila na grillu z Zielonymi ( okazało się, ze spali w tych samych domkach co my), dekoracja i After Party czyli Ostatni Bufet w sezonie.
Na chwilę przysiada się do naszego stołu Grzegorz G. i zdradza nowe miejscówki ( Piwniczna - super, Korbielów, Krzeszowice). Dobrze. Może nowe trasy mnie zmobilizują, zmotywują.
I tyle chyba o Istebnej, bo co tu więcej pisać o tym nieudanym dla mnie starcie?
Może tyle, ze pogoda piękna, ze trasa bajkowa, góry majestatyczne i oczywiście wysmienite towarzystwo.

Na stracie w Istebnej© lemuriza1972

Podjazd na Ochodzitą© lemuriza1972
- DST 54.00km
- Teren 40.00km
- Czas 05:34
- VAVG 9.70km/h
- HRmax 175 ( 93%)
- HRavg 150 ( 79%)
- Kalorie 2439kcal
- Sprzęt KTM
- Aktywność Jazda na rowerze
Komentarze
Głowa do góry, Iza! Ty przejeżdżasz mega! Ja "rzeźbiłam" prawie 3h na mini, choć to w bólu po upadku:-/ Załamkę mam jednak większą z powodu niewygranej suzuki:-(((
gojda - 18:22 piątek, 30 września 2011 | linkuj
No to ja się też dopiszę :) w realu miałam wrażenie że jesteś bardzo wyciągnięta na rowerze. Zastanawiałam się czy aby rama nie za duża, ale każdy lubi co innego.
Może warto byłoby siodełko bliżej i krótszy mostek.
Ja mam 162-3 i ramę 15,5. większej bym nie zniesła :)
Krótka rama to i lepiej na zjazdach. MAMBA - 20:10 środa, 28 września 2011 | linkuj
Może warto byłoby siodełko bliżej i krótszy mostek.
Ja mam 162-3 i ramę 15,5. większej bym nie zniesła :)
Krótka rama to i lepiej na zjazdach. MAMBA - 20:10 środa, 28 września 2011 | linkuj
A co do Twojej pozycji na rowerze (BTW może zrobisz jakąś ankietę w tej sprawie :))) to ja widząc Cię w Ustroniu i Istebnej (na niezbyt stromych podjazdach) miałem wrażenie że jesteś dość mocno pochylona, tylko nie wiem czy wynika to ze zbyt dużej ramy czy może właśnie siedzisz na tyle siodełka.
slawek76 - 19:29 środa, 28 września 2011 | linkuj
Wielkie dzięki za info, ja szczerze mówiąc nie jeżdżę maratonów, tylko tak dla przyjemności po "moim" Beskidzie Sądeckim, no i po trasach "maratonowych" też i wszystko jest OK tylko wolniej na zjazdach :-) - bo przecież z nikom się nie ścigam. Szukam zawsze tras trudnych, nawet takich gdzie trzeba rower ponieść i pobiec. Ale muszę się kiedyś wybrać na jakiś start może właśnie do Istebnej bo lubię to miejsce - tak dla adrenaliny. Gratuluję wszystkim kolegom wyników no i ukończenia !
No i tak nieśmiało powiem Iza, że też zwróciłem uwagę na ten odjazd siodełkiem do tyłu, ale to do regulacji :-))) KrzysiekFunBike - 19:43 wtorek, 27 września 2011 | linkuj
No i tak nieśmiało powiem Iza, że też zwróciłem uwagę na ten odjazd siodełkiem do tyłu, ale to do regulacji :-))) KrzysiekFunBike - 19:43 wtorek, 27 września 2011 | linkuj
Jasny gwint niezłe wyzwanie dla mnie. Lubię takie podjazdy ;)
Maks - 19:17 wtorek, 27 września 2011 | linkuj
Ten podjazd przed Ochodzitą ma 25-30% w najstromszym miejscu, ja tam nie kombinowałem - 1-1 i jechane ;).
Nastromienie nie jest jeszcze największą przeszkodą, najgorsze jest to że trzeba go zrobić w tempie, bo jak przednie koło zacznie myszkować i zjedzie z płyty to koniec :). klosiu - 18:58 wtorek, 27 września 2011 | linkuj
Nastromienie nie jest jeszcze największą przeszkodą, najgorsze jest to że trzeba go zrobić w tempie, bo jak przednie koło zacznie myszkować i zjedzie z płyty to koniec :). klosiu - 18:58 wtorek, 27 września 2011 | linkuj
Podjazd po płytach wynagrodził nas pięknymi widokami
Gorski - 15:36 wtorek, 27 września 2011 | linkuj
Gorski - 15:36 wtorek, 27 września 2011 | linkuj
Tutaj filmik jak inni podjeżdżają: http://www.youtube.com/watch?v=q1PHGjgSmE0&feature=player_detailpage#t=337s
Maks - 14:11 wtorek, 27 września 2011 | linkuj
Mariusz nie wykluczam że to moje wrażenie ;) Po prostu kąt udo łydka wydaje mi się trochę za bardzo rozwarty szczególnie na podjeździe, ale mogę się mylić ;)
Maks - 13:57 wtorek, 27 września 2011 | linkuj
Gratki za walkę do końca! :)
Maks, ty jechałeś kiedyś Istebną? Na tym zdjęciu jest podjazd pod Ochodzitą, jest stromy, a na zdjęciu widać jakby było płasko, stąd dziwne wrażenie. klosiu - 13:41 wtorek, 27 września 2011 | linkuj
Maks, ty jechałeś kiedyś Istebną? Na tym zdjęciu jest podjazd pod Ochodzitą, jest stromy, a na zdjęciu widać jakby było płasko, stąd dziwne wrażenie. klosiu - 13:41 wtorek, 27 września 2011 | linkuj
Chodzi mi o to, że bardzo jesteś przesunięta do tyłu, zwłaszcza na podjeździe to widać na zdjęciu. Chyba ta rama jest dla Ciebie za krótka ?. Nie bolały Ciebie kolana przy podjazdach ?
Ale mogę się mylić warto jednak przejść się do kogoś kto ustali Ci pozycję najbardziej optymalną dla Ciebie i Twojego zdrowia.
Maks - 13:32 wtorek, 27 września 2011 | linkuj
Ale mogę się mylić warto jednak przejść się do kogoś kto ustali Ci pozycję najbardziej optymalną dla Ciebie i Twojego zdrowia.
Maks - 13:32 wtorek, 27 września 2011 | linkuj
Iza albo mi się wydaje albo Twoja pozycja na rowerze jest jakaś dziwna ?
Maks - 11:45 wtorek, 27 września 2011 | linkuj
Mam takie szybkie pytanie, jakie nachylenie miał tam najdłuższy podjazd, no i jaką długość. No i na jakim przełożeniu normalnie go robicie?
Z góry dzięki KrzysiekFunBike - 08:40 wtorek, 27 września 2011 | linkuj
Z góry dzięki KrzysiekFunBike - 08:40 wtorek, 27 września 2011 | linkuj
w poprzednich latach też jechałem - tym razem, przy takim przełożeniu, nie było szans.
a co do osób "motywujących" to mam tak samo - nie zawsze działa to na mnie tak jak powinno slawek76 - 07:55 wtorek, 27 września 2011 | linkuj
a co do osób "motywujących" to mam tak samo - nie zawsze działa to na mnie tak jak powinno slawek76 - 07:55 wtorek, 27 września 2011 | linkuj
Taaak, ten podjazd też pamiętam - zwłaszcza że jeszcze nigdy nie podchodziłem na asfalcie :))
slawek76 - 07:39 wtorek, 27 września 2011 | linkuj
Na tym podjeździe łatwiej jechać środkiem.
U mnie znów pojawił się problem techniczny – tym razem tuż przed pierwszym bufetem urwała się linka od tylnej przerzutki. Udało mi się ustawić wózek tylko na tyle że zamiast na najmniejszej koronce łańcuch był na jednej wyżej. I tak przez kolejne ponad 30 km jechałem mając trzy przełożenia – przednie :)) Lekko nie było, mniej strome podjazdy wjeżdżałem ale im bardziej pod górę tym ciężej. Musiałem stawać na pedałach żeby jakoś się toczyć a przy bardzo stromych podjazdach pozostało dawać z buta. Jeszcze na żadnym maratonie tyle się nie nachodziłem. No i mocno męczyły mnie skurcze mięśni – właściwie każdy dłuższy podjazd się nimi kończył – do takiej siłowej jazdy nie jestem przyzwyczajony. Natomiast super zjazdy całkowicie rekompensowały mi ten wysiłek – bardzo lubię ten maraton właśnie z uwagi na zjazdy – i szybkie i techniczne. slawek76 - 07:18 wtorek, 27 września 2011 | linkuj
U mnie znów pojawił się problem techniczny – tym razem tuż przed pierwszym bufetem urwała się linka od tylnej przerzutki. Udało mi się ustawić wózek tylko na tyle że zamiast na najmniejszej koronce łańcuch był na jednej wyżej. I tak przez kolejne ponad 30 km jechałem mając trzy przełożenia – przednie :)) Lekko nie było, mniej strome podjazdy wjeżdżałem ale im bardziej pod górę tym ciężej. Musiałem stawać na pedałach żeby jakoś się toczyć a przy bardzo stromych podjazdach pozostało dawać z buta. Jeszcze na żadnym maratonie tyle się nie nachodziłem. No i mocno męczyły mnie skurcze mięśni – właściwie każdy dłuższy podjazd się nimi kończył – do takiej siłowej jazdy nie jestem przyzwyczajony. Natomiast super zjazdy całkowicie rekompensowały mi ten wysiłek – bardzo lubię ten maraton właśnie z uwagi na zjazdy – i szybkie i techniczne. slawek76 - 07:18 wtorek, 27 września 2011 | linkuj
Komentować mogą tylko znajomi. Zaloguj się · Zarejestruj się!