Niedziela, 30 czerwca 2013
III Rowerowy Rajd Sokołów
Miałam obawy jak w trakcie dzisiejszej jazdy zareaguje mój organizm , bo po wczorajszych prawie 90 km, mogło być różnie.
Ale jak widać Niedziele z Panem Adamem robią swoje i mój organizm jest już w stanie wytrzymać sporo.
Piękne słońce dzisiaj rano świeciło, ale prognozy mówiły, że po południu będzie deszcz. Tak więc plecak, w plecaku rękawki, kurtka przeciwdeszczowa. Miejsce zbiórki : Biedronka na Czerwonej, czeka już Mirek i pyta się: a co Ty tam masz w tym plecaku?
A właściwie to śmieje się ze mnie. Ot, szelma. Mniej już się śmiał, kiedy po rajdzie siedzieliśmy na Marcince, spadła temperatura i spadł deszcz i Mirek z radością ubierał moje rękawki:).
Przyjeżdża Krysia i ruszamy w kierunku Rynku.
Rynek w słońcu , w jednej jego części scena i ściana wspinaczkowa ( jest wspinaczkowy festiwal), w drugiej kolarze, rowerzyści… na różnych maszynach. Górale, szosy, trekkingi, rowery miejskie. Ruszamy o 10. Bardzo spokojnie przez miasto. Zawsze jestem pełna obaw jadąc w takiej dużej grupie, bo trzeba bardzo uważać i mieć oczy wkoło głowy. Na szczęście docieramy bez wypadków na parking pod basenem na Piłsudskiego, a tam dzielimy się na 3 grupy . Każda pojedzie na inny dystans.
Nasza , rzecz jasna dystans najdłuższy. W tym roku na szczęście mam kobiece towarzystwo, bo jedzie Krysia. Trasa w znacznej części płaska, dużo asfaltów, więc można dość szybko jechać, ale i tak chłopaki jakoś bardzo nie wyrywają do przodu, bo wiadomo, że jakby tak Buria, Krzysiek wydarli do przodu, to mogłabym sobie wracać do domu.
Jest trochę błotka, to lubię – jak jest trochę trudniej. Sądząc jednak po różnych reakcjach na to błoto i to jak niektórzy hamowali przed kałużami lub omijali je szerokim łukiem , o ile się dało, jestem jednak odosobniona w tej sympatii do błota:).
Jeden z kolegów zapytał mnie nawet, co mam taki rower ubłocony…
No właśnie, ja wiem, że dla Katemka to niezbyt dobrze, ale ja po prostu czasem lubię się w tym błocie potaplać. Zresztą gdzieś ćwiczyć trzeba, potem pojadę na maraton i nie da się hamować przed każdą błotną sekwencją, bo innym bardzo utrudniałabym jazdę. Prosta sprawa. Więc trenować jazdę w błocie też trzeba.
Najbardziej z tej trasy zapamiętałam dwie bardzo błotne sekwencje , jedna pod górę, druga w dół.
Niby nic, bo podczas Niedzieli z Panem Adamem to raczej codzienność, ale na tej trasie były to takie wisienki na torcie.
No i jeszcze fajny przejazd przez łąkę, szkoda tylko, że Krzysiek doradził uczestnikom zejście z rowerów, bo tam dało się jechać ( jechałam i zresztą nie tylko ja , bo widziałam kilka jadących osób) i jestem pewna, że co najmniej 80% jadących, spokojnie dałaby sobie radę. Tam w okolicach tej łąki były też najpiękniejsze dzisiejszego dnia widoki.
Kiedy wjeżdżałam na Marcinkę, dojechał do mnie jakiś kolega. Powiedział „ Cześć Iza”.
No i znowu konsternacja, jak to czasem zdarzało mi się na maratonach, bo nie kojarzę… Kolega jednak wybawił mnie z kłopotu, mówiąc, że się nie znamy, ale on czyta mojego bloga i że ja bardzo fajnie pisze i że jest z Wojnicza i , że zainspirowałam go do jazdy w kierunku Lubinki, Wału:).
Cieszę się. Nie piszę przecież tylko dla siebie. Cieszę się, że ktoś tam w jakiś sposób korzysta z tej mojej codziennej blogowej działalności. To bardzo miłe.
Pozdrawiam kolegę, imienia nie znam. Chyba się nie przedstawił, albo nie dosłyszałam.
Trasa nie była trudna, nawet chyba łatwiejsza od ubiegłorocznej. Porównując ją do naszych niedzielnych jazd, to można powiedzieć: bardzo łatwa.
No, ale taka być musiała, bo to miał być rajd, nie żaden trening ani wyścig. I jechały różne osoby, nie wszystkie z maratonowym doświadczeniem. Krzysiek wynalazł kilka naprawdę bardzo fajnych fragmentów. Nieznanych mi. Między innymi ten błotny zjazd. Super sprawa naprawdę. No i błotny podjazd też świetny. Lubię takie kiedy trzeba walczyć o przyczepność i walczyć z nastromieniem.
Tradycyjnie oczywiście posiadówka w restauracji na Górze św. Marcina. Dyplomy, jedzonko. Miło. Kiedy wracaliśmy, Krysia z Pawłem zauważyli, ze mam bardzo mało powietrza w tylnej oponie. No fakt.. ledwie dojechałam do domu.
Ciekawe kiedy to powietrze zaczęło mi uciekać, bo coś podejrzanie ciężko wjeżdżało mi się na Marcinkę. Może już wtedy powietrza było mało? A może to po prostu mój słabszy dzień, bo wielkiej mocy dzisiaj na podjazdach nie czułam.
Najcenniejszą sprawą podczas takich spotkań rowerowych są LUDZIE.
Bo mtb to nie tylko rowery, zawody, góry, błoto itd, ale to przede wszystkim LUDZIE.
Bardzo dziękuję zatem za okazję do spotkania organizatorom z Sokoła. Coraz więcej takich inicjatyw w naszym mieście ( vide: Kolarska Noc Świętojańska). Środowisko bardzo się integruje, między innymi też poprze Forum Rowerum.
I tak oto III Rajd Sokołów przeszedł do historii i weekend powoli przechodzi do historii. Dwa tygodnie zostały do Piwnicznej. Bardzo chciałabym pojechać. Nie wiem jednak czy jestem dostatecznie przygotowana. Na domiar złego być może w ciągu tych dwóch tygodni ze względu na pracę, będzie bardzo mało czasu na jeżdżenie. No zobaczymy za dwa tygodnie.
Kończy się czerwiec, dzisiaj przekroczyłam liczbę 1000 km przejechanych w tym miesiącu. To był dobry miesiąc pod względem jeżdżenia.
Kilometry dzisiejsze podaję wraz z tymi dojazdowymi z domu.







Ale jak widać Niedziele z Panem Adamem robią swoje i mój organizm jest już w stanie wytrzymać sporo.
Piękne słońce dzisiaj rano świeciło, ale prognozy mówiły, że po południu będzie deszcz. Tak więc plecak, w plecaku rękawki, kurtka przeciwdeszczowa. Miejsce zbiórki : Biedronka na Czerwonej, czeka już Mirek i pyta się: a co Ty tam masz w tym plecaku?
A właściwie to śmieje się ze mnie. Ot, szelma. Mniej już się śmiał, kiedy po rajdzie siedzieliśmy na Marcince, spadła temperatura i spadł deszcz i Mirek z radością ubierał moje rękawki:).
Przyjeżdża Krysia i ruszamy w kierunku Rynku.
Rynek w słońcu , w jednej jego części scena i ściana wspinaczkowa ( jest wspinaczkowy festiwal), w drugiej kolarze, rowerzyści… na różnych maszynach. Górale, szosy, trekkingi, rowery miejskie. Ruszamy o 10. Bardzo spokojnie przez miasto. Zawsze jestem pełna obaw jadąc w takiej dużej grupie, bo trzeba bardzo uważać i mieć oczy wkoło głowy. Na szczęście docieramy bez wypadków na parking pod basenem na Piłsudskiego, a tam dzielimy się na 3 grupy . Każda pojedzie na inny dystans.
Nasza , rzecz jasna dystans najdłuższy. W tym roku na szczęście mam kobiece towarzystwo, bo jedzie Krysia. Trasa w znacznej części płaska, dużo asfaltów, więc można dość szybko jechać, ale i tak chłopaki jakoś bardzo nie wyrywają do przodu, bo wiadomo, że jakby tak Buria, Krzysiek wydarli do przodu, to mogłabym sobie wracać do domu.
Jest trochę błotka, to lubię – jak jest trochę trudniej. Sądząc jednak po różnych reakcjach na to błoto i to jak niektórzy hamowali przed kałużami lub omijali je szerokim łukiem , o ile się dało, jestem jednak odosobniona w tej sympatii do błota:).
Jeden z kolegów zapytał mnie nawet, co mam taki rower ubłocony…
No właśnie, ja wiem, że dla Katemka to niezbyt dobrze, ale ja po prostu czasem lubię się w tym błocie potaplać. Zresztą gdzieś ćwiczyć trzeba, potem pojadę na maraton i nie da się hamować przed każdą błotną sekwencją, bo innym bardzo utrudniałabym jazdę. Prosta sprawa. Więc trenować jazdę w błocie też trzeba.
Najbardziej z tej trasy zapamiętałam dwie bardzo błotne sekwencje , jedna pod górę, druga w dół.
Niby nic, bo podczas Niedzieli z Panem Adamem to raczej codzienność, ale na tej trasie były to takie wisienki na torcie.
No i jeszcze fajny przejazd przez łąkę, szkoda tylko, że Krzysiek doradził uczestnikom zejście z rowerów, bo tam dało się jechać ( jechałam i zresztą nie tylko ja , bo widziałam kilka jadących osób) i jestem pewna, że co najmniej 80% jadących, spokojnie dałaby sobie radę. Tam w okolicach tej łąki były też najpiękniejsze dzisiejszego dnia widoki.
Kiedy wjeżdżałam na Marcinkę, dojechał do mnie jakiś kolega. Powiedział „ Cześć Iza”.
No i znowu konsternacja, jak to czasem zdarzało mi się na maratonach, bo nie kojarzę… Kolega jednak wybawił mnie z kłopotu, mówiąc, że się nie znamy, ale on czyta mojego bloga i że ja bardzo fajnie pisze i że jest z Wojnicza i , że zainspirowałam go do jazdy w kierunku Lubinki, Wału:).
Cieszę się. Nie piszę przecież tylko dla siebie. Cieszę się, że ktoś tam w jakiś sposób korzysta z tej mojej codziennej blogowej działalności. To bardzo miłe.
Pozdrawiam kolegę, imienia nie znam. Chyba się nie przedstawił, albo nie dosłyszałam.
Trasa nie była trudna, nawet chyba łatwiejsza od ubiegłorocznej. Porównując ją do naszych niedzielnych jazd, to można powiedzieć: bardzo łatwa.
No, ale taka być musiała, bo to miał być rajd, nie żaden trening ani wyścig. I jechały różne osoby, nie wszystkie z maratonowym doświadczeniem. Krzysiek wynalazł kilka naprawdę bardzo fajnych fragmentów. Nieznanych mi. Między innymi ten błotny zjazd. Super sprawa naprawdę. No i błotny podjazd też świetny. Lubię takie kiedy trzeba walczyć o przyczepność i walczyć z nastromieniem.
Tradycyjnie oczywiście posiadówka w restauracji na Górze św. Marcina. Dyplomy, jedzonko. Miło. Kiedy wracaliśmy, Krysia z Pawłem zauważyli, ze mam bardzo mało powietrza w tylnej oponie. No fakt.. ledwie dojechałam do domu.
Ciekawe kiedy to powietrze zaczęło mi uciekać, bo coś podejrzanie ciężko wjeżdżało mi się na Marcinkę. Może już wtedy powietrza było mało? A może to po prostu mój słabszy dzień, bo wielkiej mocy dzisiaj na podjazdach nie czułam.
Najcenniejszą sprawą podczas takich spotkań rowerowych są LUDZIE.
Bo mtb to nie tylko rowery, zawody, góry, błoto itd, ale to przede wszystkim LUDZIE.
Bardzo dziękuję zatem za okazję do spotkania organizatorom z Sokoła. Coraz więcej takich inicjatyw w naszym mieście ( vide: Kolarska Noc Świętojańska). Środowisko bardzo się integruje, między innymi też poprze Forum Rowerum.
I tak oto III Rajd Sokołów przeszedł do historii i weekend powoli przechodzi do historii. Dwa tygodnie zostały do Piwnicznej. Bardzo chciałabym pojechać. Nie wiem jednak czy jestem dostatecznie przygotowana. Na domiar złego być może w ciągu tych dwóch tygodni ze względu na pracę, będzie bardzo mało czasu na jeżdżenie. No zobaczymy za dwa tygodnie.
Kończy się czerwiec, dzisiaj przekroczyłam liczbę 1000 km przejechanych w tym miesiącu. To był dobry miesiąc pod względem jeżdżenia.
Kilometry dzisiejsze podaję wraz z tymi dojazdowymi z domu.

Z Krysią na tarnowskim Rynku© lemuriza1972

Chwila przerwy w jeździe i dzielimy się na 3 grupy© lemuriza1972

Jedziemy jeszcze przez Tarnów© lemuriza1972

Jadą chłopaki z Sokoła:)© lemuriza1972

Gdzieś tam, nie wiem gdzie:)© lemuriza1972

I trochę widoków© lemuriza1972

I trochę widoków© lemuriza1972

Jedzie Pani Krystyna© lemuriza1972
- DST 66.00km
- Teren 25.00km
- Czas 03:29
- VAVG 18.95km/h
- VMAX 61.00km/h
- Temperatura 25.0°C
- HRmax 165 ( 87%)
- HRavg 135 ( 71%)
- Kalorie 1200kcal
- Sprzęt KTM
- Aktywność Jazda na rowerze
Komentarze
To życzę jak najlepiej !
Sam chciałbym zakosztować zawodów GG, ale nie wiem jak się ułoży w pracy. Ew.pozostaje jeszcze Korbielów, Istebna bo Wałbrzych to już kosmiczne odległości. Lechita - 20:34 niedziela, 30 czerwca 2013 | linkuj
Sam chciałbym zakosztować zawodów GG, ale nie wiem jak się ułoży w pracy. Ew.pozostaje jeszcze Korbielów, Istebna bo Wałbrzych to już kosmiczne odległości. Lechita - 20:34 niedziela, 30 czerwca 2013 | linkuj
Komentować mogą tylko znajomi. Zaloguj się · Zarejestruj się!