Wpisy archiwalne w miesiącu
Kwiecień, 2014
Dystans całkowity: | 804.00 km (w terenie 150.00 km; 18.66%) |
Czas w ruchu: | 40:11 |
Średnia prędkość: | 20.01 km/h |
Maksymalna prędkość: | 64.00 km/h |
Liczba aktywności: | 16 |
Średnio na aktywność: | 50.25 km i 2h 30m |
Więcej statystyk |
Piątek, 11 kwietnia 2014
"Wredny ojciec, wredna matka":)
Taka dzisiaj piosenka, bo przecież.. w każdym z was, nas .. jest wariat:).
I taki fragment ( spodobało mi się bardzo zdanie o pływaniu):
„ Większość ludzi nie chce pływać dopóki nie nauczy się pływania” Czy to nie dowcipne? Oczywiście nie chcą pływać! Urodzili się przecież dla ziemi, nie dla wody. I oczywiście nie chcą myśleć, gdyż stworzeni zostali do życia, a nie do myślenia. Tak, a kto myśli i kto z myślenia czyni sprawę najważniejszą, ten może wprawdzie w tej dziedzinie zajść daleko, ale taki człowiek zamienił ziemię na wodę i musi kiedyś utonąć”.
H. Hesse „ Wilk stepowy”
Po kilku latach maratonowej „gorączki” ogarnął mnie taki jakiś.. spokój jeśli chodzi o ten temat w moim życiu.
Tak sobie właśnie dzisiaj pomyślałam. Zapytał mnie ktoś niedawno: jak tam Iza, będziesz rywalizować z „naszą” zawodniczką? Uśmiechnęłam się. Ze spokojem przyjęłam to pytanie.
Za chwilę następne pytanie: A ile km przejechałaś w tym roku?
Odpowiadam, że tysiąc.
1000 ? tylko tyle?
No tylko tyle. I co? I nic. Świat się skończy? No nie.
„Ich” zawodniczka też zapewne będzie ode mnie lepsza. Bo ciężko trenuje, bo dla niej to sprawa priorytetowa, bo wreszcie jest ode mnie młodsza, ma też więcej zapału chyba, bo jeździ w maratonach krócej ode mnie. No i nic. Mnie to nie martwi. Będzie lepsza. Nie ona jedna. No jasne – chciałoby się być dobrym. Mieć dobre wyniki. Jasne. To przyjemne. Nawet bardzo. Ale w tym sezonie bardziej niż kiedykolwiek ważne będzie dla mnie to, żeby mieć z tego wielką frajdę, która niekoniecznie wiąże się z super wynikiem. I przede wszystkim myślę o tym żeby w ogóle było dane mi wystartować w tych wyścigach, w których chciałabym wystartować. Bo okoliczności są jakie są i nie jestem tak do końca w pełni dyspozycyjna . W tym sezonie najważniejsze będą dla mnie spotkania z ludźmi, a taką okazję będą mi dawać maratony. Chyba najbardziej mnie to w tym wszystkim cieszy. No i uczucie spełnienia.. na mecie. A ono niekoniecznie musi się wiązać z super wynikiem, prawda?
A poza tym jest jeszcze tyle innych rzeczy… do zrobienia. I one zaczynają wysuwać się na pierwszy plan.
Napisała kiedyś w felietonie w Przeglądzie Sportowym Justyna Kowalczyk, ze będzie startować dopóki będzie jej to sprawiać przyjemność. I ja tak myślę… do niczego zmuszać się nie zamierzam. Jeśli to przestanie cieszyć, powiem sobie „ dość”. Na razie jeszcze cieszy. Nie w takim stopniu jak kiedyś, ale cieszy. To wiem. Tylko już zupełnie inaczej niż kiedyś. I pogodziłam się z tym faktem. I przyjmuję go ze spokojem.
Pogoda dzisiaj była delikatnie mówiąc niezbyt zachęcająca do opuszczenia ciepłego domu, ale opuściłam go, ubrana jak na zimowe jeżdżenie niemalże. Trasa płaska, więc bez większych emocji, przygód i widoków niestety, ale jakoś w tę mglistą pogodę nie chciało mi się wyruszać na górki, bo i tak bym nic nie zobaczyła. Pojechałam sobie więc do Borzęcina przez Las Radłowski , niebieskim szlakiem rowerowym do samego Borzęcina, potem do Bielczy i przez Las do domu. Taka jazda bez większej historii.
Może jutro będzie lepiej?br>
Spotkany po drodze © lemuriza1972
Kaczeńce jakieś takie mocno osamotnione © lemuriza1972
„ Większość ludzi nie chce pływać dopóki nie nauczy się pływania” Czy to nie dowcipne? Oczywiście nie chcą pływać! Urodzili się przecież dla ziemi, nie dla wody. I oczywiście nie chcą myśleć, gdyż stworzeni zostali do życia, a nie do myślenia. Tak, a kto myśli i kto z myślenia czyni sprawę najważniejszą, ten może wprawdzie w tej dziedzinie zajść daleko, ale taki człowiek zamienił ziemię na wodę i musi kiedyś utonąć”.
H. Hesse „ Wilk stepowy”
Po kilku latach maratonowej „gorączki” ogarnął mnie taki jakiś.. spokój jeśli chodzi o ten temat w moim życiu.
Tak sobie właśnie dzisiaj pomyślałam. Zapytał mnie ktoś niedawno: jak tam Iza, będziesz rywalizować z „naszą” zawodniczką? Uśmiechnęłam się. Ze spokojem przyjęłam to pytanie.
Za chwilę następne pytanie: A ile km przejechałaś w tym roku?
Odpowiadam, że tysiąc.
1000 ? tylko tyle?
No tylko tyle. I co? I nic. Świat się skończy? No nie.
„Ich” zawodniczka też zapewne będzie ode mnie lepsza. Bo ciężko trenuje, bo dla niej to sprawa priorytetowa, bo wreszcie jest ode mnie młodsza, ma też więcej zapału chyba, bo jeździ w maratonach krócej ode mnie. No i nic. Mnie to nie martwi. Będzie lepsza. Nie ona jedna. No jasne – chciałoby się być dobrym. Mieć dobre wyniki. Jasne. To przyjemne. Nawet bardzo. Ale w tym sezonie bardziej niż kiedykolwiek ważne będzie dla mnie to, żeby mieć z tego wielką frajdę, która niekoniecznie wiąże się z super wynikiem. I przede wszystkim myślę o tym żeby w ogóle było dane mi wystartować w tych wyścigach, w których chciałabym wystartować. Bo okoliczności są jakie są i nie jestem tak do końca w pełni dyspozycyjna . W tym sezonie najważniejsze będą dla mnie spotkania z ludźmi, a taką okazję będą mi dawać maratony. Chyba najbardziej mnie to w tym wszystkim cieszy. No i uczucie spełnienia.. na mecie. A ono niekoniecznie musi się wiązać z super wynikiem, prawda?
A poza tym jest jeszcze tyle innych rzeczy… do zrobienia. I one zaczynają wysuwać się na pierwszy plan.
Napisała kiedyś w felietonie w Przeglądzie Sportowym Justyna Kowalczyk, ze będzie startować dopóki będzie jej to sprawiać przyjemność. I ja tak myślę… do niczego zmuszać się nie zamierzam. Jeśli to przestanie cieszyć, powiem sobie „ dość”. Na razie jeszcze cieszy. Nie w takim stopniu jak kiedyś, ale cieszy. To wiem. Tylko już zupełnie inaczej niż kiedyś. I pogodziłam się z tym faktem. I przyjmuję go ze spokojem.
Pogoda dzisiaj była delikatnie mówiąc niezbyt zachęcająca do opuszczenia ciepłego domu, ale opuściłam go, ubrana jak na zimowe jeżdżenie niemalże. Trasa płaska, więc bez większych emocji, przygód i widoków niestety, ale jakoś w tę mglistą pogodę nie chciało mi się wyruszać na górki, bo i tak bym nic nie zobaczyła. Pojechałam sobie więc do Borzęcina przez Las Radłowski , niebieskim szlakiem rowerowym do samego Borzęcina, potem do Bielczy i przez Las do domu. Taka jazda bez większej historii.
Może jutro będzie lepiej?br>

Spotkany po drodze © lemuriza1972

Kaczeńce jakieś takie mocno osamotnione © lemuriza1972
A na koniec fragment wywiadu z Dorotą Miśkiewicz ( dla niezorientowanych, Dorota jest wokalistką, córką Henryka Miśkiewicza, jazzmana):
„ Nie bywa pani bohaterką portali plotkarskich.
- Ależ zdarzyło mi się . Kiedyś powiedziałam, że nie jestem tak popularna, by pisali o mnie na Pudelku. Więc Pudelek postanowił zadośćuczynić tej tęsknocie, zamieszczając moje zdjęcie. Takie pierwsze lepsze z brzegu. W rezultacie bohaterem większości komentarzy był mój świecący nos, a jeden z moich ulubionych wpisów brzmiał mniej więcej tak: „ Ma wredne oczy, więc ma wredną matkę lub ojca”.
- Ależ zdarzyło mi się . Kiedyś powiedziałam, że nie jestem tak popularna, by pisali o mnie na Pudelku. Więc Pudelek postanowił zadośćuczynić tej tęsknocie, zamieszczając moje zdjęcie. Takie pierwsze lepsze z brzegu. W rezultacie bohaterem większości komentarzy był mój świecący nos, a jeden z moich ulubionych wpisów brzmiał mniej więcej tak: „ Ma wredne oczy, więc ma wredną matkę lub ojca”.
( WO Ekstra)
A na koniec taka całkiem sympatyczna piosenka, usłyszana dzisiaj w Radiu Kraków.
PS właśnie Marek Niedżwiecki powiedział, ze jutro jest... Dzień Łasucha.
Dobra wiadomość, prawda? ( dla łasuchów rzecz jasna)>
„ Nie bywa pani bohaterką portali plotkarskich.
- Ależ zdarzyło mi się . Kiedyś powiedziałam, że nie jestem tak popularna, by pisali o mnie na Pudelku. Więc Pudelek postanowił zadośćuczynić tej tęsknocie, zamieszczając moje zdjęcie. Takie pierwsze lepsze z brzegu. W rezultacie bohaterem większości komentarzy był mój świecący nos, a jeden z moich ulubionych wpisów brzmiał mniej więcej tak: „ Ma wredne oczy, więc ma wredną matkę lub ojca”.
- Ależ zdarzyło mi się . Kiedyś powiedziałam, że nie jestem tak popularna, by pisali o mnie na Pudelku. Więc Pudelek postanowił zadośćuczynić tej tęsknocie, zamieszczając moje zdjęcie. Takie pierwsze lepsze z brzegu. W rezultacie bohaterem większości komentarzy był mój świecący nos, a jeden z moich ulubionych wpisów brzmiał mniej więcej tak: „ Ma wredne oczy, więc ma wredną matkę lub ojca”.
( WO Ekstra)
A na koniec taka całkiem sympatyczna piosenka, usłyszana dzisiaj w Radiu Kraków.
PS właśnie Marek Niedżwiecki powiedział, ze jutro jest... Dzień Łasucha.
Dobra wiadomość, prawda? ( dla łasuchów rzecz jasna)>
- DST 50.00km
- Teren 12.00km
- Czas 02:07
- VAVG 23.62km/h
- Sprzęt Kellys Magnus
- Aktywność Jazda na rowerze
Wtorek, 8 kwietnia 2014
Marcinka , Słona Góra i o książkach trochę:)
Moja ulubiona piosenka z płyty Lenny Valentino. Koncert Artura Rojka w Krakowie podobno był wspaniały. Bardzo żałuję, że mnie tam nie było, ale wszystkiego w życiu mieć się nie da ( zresztą jak przeczytałam dzisiaj w książce, o której będzie poniżej :
" nie wszystko można mieć. Bo po co?". No właśnie: po co?:).
A dzisiaj.. dzisiaj nic nie było tak jakbym chciała, no oprócz pogody, bo pogoda wyśmienita.
Urlop, tak więc okazja aby pojechać na Wtorek MTB i takiż tez zamiar miałam ( jeszcze wczoraj). Niestety musiałam zrezygnować , bo dzisiaj mogłabym być zbytnim balastem dla grupy. Zdecydowałam się więc pojechać sama. Trasa miała być modyfikowana w miarę rozwoju sytuacji ( i mojej mocy bądź niemocy, bo dzisiaj obawa o tę drugą była wielka).
KTM dostał nowy łańcuch i zaraz jak wyjechałam , to wiedziałam, że łatwo nie będzie. Zaczął sobie „skakać” po kasecie. Początkowo nie bardzo się tym przejmowałam. Bywa przecież, że łańcuch potrzebuje czasu żeby się ułożyć. Ale kiedy podczas wjazdu na Marcinkę zaczął bardzo wariować, byłam już zaniepokojona. Całkowicie zaniepokojona byłam w momencie, kiedy podczas pierwszych metrów podjazdu na Słoną Górę czerwonym pieszym szlakiem, łańcuch zaciągnęło, a ja stanęłam w miejscu. Zjechałam na dół, spróbowałam jeszcze raz. Nic z tego. No więc pojechałam przez Radlną i na Słoną wjechałam ze Świebodzina ( za kościołem), bo tam podjazd mniej nastromiony.
Po tym podjeździe zdecydowałam się wrócić do domu, bo żadna to była przyjemność z jazdy.
Byłam dzisiaj nastawiona na męczarnię na podjazdach ( taki stan zdrowotny), ale … nie było źle. Naprawdę jestem zdzwiona. Końcówkę podjazdu na Marcinkę podjechałam tak szybko, jak to podjeżdżałam „ za młodych lat” czyli w okolicach pierwszego maratonu tarnowskiego.
Tym bardziej żal mi było wracać do domu, bo był czas i ochota na kręcenie, no tylko rower kręcić nie chciał. Pewnie kaseta do wymiany. Niestety.
A tak na marginesie to świat się bardzo pięknie zazielenił. I co by nie powiedzieć i co by się nie działo, ta zieleń wielką nadzieję zawsze daje… na lepsze, na przyszłość, na życie.
Trochę wiosny na pieszym czerwonym szlaku © lemuriza1972A tak na marginesie to świat się bardzo pięknie zazielenił. I co by nie powiedzieć i co by się nie działo, ta zieleń wielką nadzieję zawsze daje… na lepsze, na przyszłość, na życie.

A ja w takich dniach dziękuję LOSOWI, że mogę wyjść z domu. Że mam taką możliwość, że jestem zdrowa, że mam ręce, nogi, które prowadzą mnie tam gdzie chce. Że mogę popatrzeć na świat. I że chce mi się żyć.

I jeszcze odrobina wiosny © lemuriza1972
„ Zaraz dzień
Jeszcze jeden
Zrób co możesz”
Cz. Miłosz
Czytam właśnie dość osobliwą książkę Soni Raduńskiej ( która z wykształcenia jest psychologiem). Nosi ta książka tytuł „Solo”. Osobliwa – bo nie ma w niej właściwie żadnej fabuły. Książką składa się z zapisków autorki, coś w rodzaju dziennika, ale nie do końca. Dużo cytatów. Dużo rozważań o książkach, świecie, samotności itd. Autorka cytuje Anne Fadiman:
„Ilekroć wprowadzaliśmy się do nowego domu, stolarz stawiał ćwierć mili półek na książki, po wyprowadzce następni właściciele palili nimi w piecu”
I Sonia Raduńska: „ Wolę moje , zwykłe tanie meble, wypełnione książkami niż najdoskonalsze designerskie sprzęty, książek pozbawione”.
Mam tak samo. Moje tanie sosnowe regały. Wolę.
Kiedyś ktoś zapytał mnie: a po co ci te książki?
Hm.. jak to wytłumaczyć komuś kto nie czuje podobnie? Że sentyment, że wspomnienia, że przyjemność z ich posiadania, przyjemność ze świadomości, że są pod ręką i w każdej chwili można po nie sięgnąć. Że one wreszcie też tworzą jakiś rodzaj klimatu mojego mieszkania? Że mieszkania bez książek, dla mnie są mało ciekawe, chociażby były bardzo luksusowe?
Mam taki rytuał.. dwa razy do roku , poświęcam trochę czasu i odkurzam wszystkie moje książki, układam je od nowa i nad każdą trochę sobie „dumam”. Przypominam sobie kiedy ją kupiłam albo od kogo dostałam, w jakim okresie czytałam, o czym jest. I cały czas przy tym się uśmiecham. Właśnie po to chyba je też mam. Żeby się uśmiechać ( nie tylko kiedy je czytam), ale też wtedy kiedy na nie patrzę.
" Podoba mi się tu, wśród moich książek. Moja biblioteka jest dla mnie tak podniecająca jak dla niektórych kalendarz Pirelli. Żaden film, żadne zdjęcie , nie dadzą mi takiej radości, takiego poczucia bogactwa, jak kartkowanie stron. Cichy akt czytania ma w sobie coś wzniosłego, intymnego".
Umberto Eco
- DST 40.00km
- Teren 6.00km
- Czas 01:58
- VAVG 20.34km/h
- Sprzęt KTM
- Aktywność Jazda na rowerze
Niedziela, 6 kwietnia 2014
Mielec-Tarnów
Moja jak na razie najbardziej ulubiona piosenka z płyty Artura Rojka.
Płytę przesłuchałam dwa razy, ale muszę przesłuchać jeszcze co najmniej kilka.
Podoba mi się. Nie tak, żebym się w niej bezgranicznie „zakochała” , ale podoba mi się. Nie było mnie w weekend w domu, więc nie było okazji do słuchania.
Nadrobię to.
Właśnie sobie pomyślałam dzisiaj, że ze mną jest tak trochę dziwnie. Bo z jednej strony uwielbiam IB i gdyby ktoś zapytał „dlaczego?”, to oczywiście oprócz tego, że zwyczajnie zakochana jestem w głosie Gutka ( bo głos ma fenomenalny i mało jest osób, które tak potrafią śpiewać na żywo, ale trzeba na żywo go po prostu zobaczyć!), to uwielbiam Indiosów za energię w piosenkach, za takie mocno pozytywne przesłania , za optymizm. Słucham ich, bo dają mi dużo pozytywnej energii. Chce mi się bardzo żyć, kiedy ich słucham!
Z drugiej strony lubię posępną, smutną, depresyjną Kaśkę Nosowską i równie depresyjny Myslovitz. Ale cóż… w wywiadzie, który tutaj gdzieś wkleiłam, Banach powiedział, że jeśli lubi się muzykę, trzeba słuchać różnej muzyki , nie tylko jednego gatunku. Bo gdybyśmy słuchali jednego gatunku, to byłoby zupełnie podobnie jakbyśmy całe życie jedli tylko i wyłącznie zupę pomidorową.
Dzisiejsza moja jazda z Mielca do Tarnowa była zupełnie odmienna niż ta wczorajsza. I jaki inny czas! Wczoraj jechałam 3 godziny 12 minut, dzisiaj 2 godziny 38 minut i jest to mój najlepszy czas na ten trasie. Nie jest on może jakiś super rewelacyjny, ale myślę, że jak na tę część sezonu, jak na dodatkowe kilogramy na plecach, to jest niezły. Ostatnie 10 km jechało mi się już bardzo ciężko. Czułam zmęczenie. Zresztą jak tylko ruszyłam dzisiaj to czułam zmęczenie dniem wczorajszym, nogi po prostu przy tym wczorajszym wietrze dostały za swoje.
Ale jakoś całkiem fajnie sie przejechało!
I tak 1000 km w tym sezonie mam za sobą.
Właśnie sobie pomyślałam dzisiaj, że ze mną jest tak trochę dziwnie. Bo z jednej strony uwielbiam IB i gdyby ktoś zapytał „dlaczego?”, to oczywiście oprócz tego, że zwyczajnie zakochana jestem w głosie Gutka ( bo głos ma fenomenalny i mało jest osób, które tak potrafią śpiewać na żywo, ale trzeba na żywo go po prostu zobaczyć!), to uwielbiam Indiosów za energię w piosenkach, za takie mocno pozytywne przesłania , za optymizm. Słucham ich, bo dają mi dużo pozytywnej energii. Chce mi się bardzo żyć, kiedy ich słucham!
Z drugiej strony lubię posępną, smutną, depresyjną Kaśkę Nosowską i równie depresyjny Myslovitz. Ale cóż… w wywiadzie, który tutaj gdzieś wkleiłam, Banach powiedział, że jeśli lubi się muzykę, trzeba słuchać różnej muzyki , nie tylko jednego gatunku. Bo gdybyśmy słuchali jednego gatunku, to byłoby zupełnie podobnie jakbyśmy całe życie jedli tylko i wyłącznie zupę pomidorową.
Dzisiejsza moja jazda z Mielca do Tarnowa była zupełnie odmienna niż ta wczorajsza. I jaki inny czas! Wczoraj jechałam 3 godziny 12 minut, dzisiaj 2 godziny 38 minut i jest to mój najlepszy czas na ten trasie. Nie jest on może jakiś super rewelacyjny, ale myślę, że jak na tę część sezonu, jak na dodatkowe kilogramy na plecach, to jest niezły. Ostatnie 10 km jechało mi się już bardzo ciężko. Czułam zmęczenie. Zresztą jak tylko ruszyłam dzisiaj to czułam zmęczenie dniem wczorajszym, nogi po prostu przy tym wczorajszym wietrze dostały za swoje.
Ale jakoś całkiem fajnie sie przejechało!
I tak 1000 km w tym sezonie mam za sobą.
- DST 69.00km
- Czas 02:38
- VAVG 26.20km/h
- Sprzęt Kellys Magnus
- Aktywność Jazda na rowerze
Sobota, 5 kwietnia 2014
Tarnów- Mielec
Wyjechałam z domu przed godziną 9. Jak tylko wsiadłam na
rower zrozumiałam, że łatwo nie będzie tego dnia. Było zimno i wiał spory
wiatr.
Ale do zimna jakoś szybko się przyzywczaiłam i przestałam je odczuwać tak dotkliwie, a wiatr póki co nie był jeszcze taki bardzo dokuczający.
Ale stał się dokuczający, już za Żabnem.
Do tego stopnia , że kiedy zaczęłam wjeżdżać na górkę z napisem Ave Maryja ( tak, tak jest taka w Odporyszowie) to zrozumiałam, że to trochę za dużo za jedynym zamachem ( górka – nawet jak jest niewielka, wiatr prosto w twarz i 5 kilogramowy plecak).
No, ale co było robić.. trzeba było jechać dalej.
Prawdziwy horror zaczął się jednak za Dąbrową. Trasa do samego Radomyśla właściwie taka niczym nie osłonięta ( mało domów, mało lasu).
Męka. Były momenty, że musiałam zrzucać na średnią tarczę! ( bo rower dosłownie stawał w miejscu).
Były momenty, że miałam ochotę rzucić rowerem do rowu. No, ale co by to dało? Nic. Więc trzeba było jechać dalej.
Jednym miłym akcentem tej jazdy, było to, że w Radomyślu jakiś chłopiec krzyknął do mnie: dawaj, kolarz, dawaj…Mając w pamięci niedawne słowa dziewczynki na Lubince ( to nie kolarz, to rowerzysta), ego mi urosło:).
Hm.. widocznie w tych okolicach jednak bardziej wyglądam na kolarza:)
A tak naprawdę.. zmagając się z tym wiatrem , to na pewno nie wyglądałam na kolarza:).
Tak wolno nie jechałam do Mielca NIGDY. Czas prawdziwie dramatyczny.
Kiedy dojechałam do mostu na Wisłoce ( w Mielcu już), wjechałam na ścieżkę na moście, a tam nadszedł taki podmuch wiatru, że niemalże wepchnął mnie pod jadące auto.
To było jakby 69 km jazdy non stop pod górę.
Dawno nie odczuwałam takiego bólu fizycznego i psychicznego podczas jazdy na rowerze. Zepsuł mi ten wiatr całą przyjemność z tej jazdy, a cieszyłam się na nią bardzo.
Na nic były gdzieś tam zakodowane w mojej głowie słowa: wiatr przyjacielem kolarza…
Zupełnie inne słowa cisnęły mi się na usta, ale je przemilczę.
Ale wiecie jak to jest, prawda?:)
Kiedy już weszłam do mieszkania mamy i siostry.. poczułam się jak po ciężkim maratonie. Poczułam radość z tego, że dałam radę pomimo tak niesprzyjających okoliczności. Poczułam radość z tego, że to był dobry trening – ten wiatr i ten ciężki plecak. Poczułam radość, że przejechałam pierwszą nieco dłuższą trasę w tym roku.
Ale do zimna jakoś szybko się przyzywczaiłam i przestałam je odczuwać tak dotkliwie, a wiatr póki co nie był jeszcze taki bardzo dokuczający.
Ale stał się dokuczający, już za Żabnem.
Do tego stopnia , że kiedy zaczęłam wjeżdżać na górkę z napisem Ave Maryja ( tak, tak jest taka w Odporyszowie) to zrozumiałam, że to trochę za dużo za jedynym zamachem ( górka – nawet jak jest niewielka, wiatr prosto w twarz i 5 kilogramowy plecak).
No, ale co było robić.. trzeba było jechać dalej.
Prawdziwy horror zaczął się jednak za Dąbrową. Trasa do samego Radomyśla właściwie taka niczym nie osłonięta ( mało domów, mało lasu).
Męka. Były momenty, że musiałam zrzucać na średnią tarczę! ( bo rower dosłownie stawał w miejscu).
Były momenty, że miałam ochotę rzucić rowerem do rowu. No, ale co by to dało? Nic. Więc trzeba było jechać dalej.
Jednym miłym akcentem tej jazdy, było to, że w Radomyślu jakiś chłopiec krzyknął do mnie: dawaj, kolarz, dawaj…Mając w pamięci niedawne słowa dziewczynki na Lubince ( to nie kolarz, to rowerzysta), ego mi urosło:).
Hm.. widocznie w tych okolicach jednak bardziej wyglądam na kolarza:)
A tak naprawdę.. zmagając się z tym wiatrem , to na pewno nie wyglądałam na kolarza:).
Tak wolno nie jechałam do Mielca NIGDY. Czas prawdziwie dramatyczny.
Kiedy dojechałam do mostu na Wisłoce ( w Mielcu już), wjechałam na ścieżkę na moście, a tam nadszedł taki podmuch wiatru, że niemalże wepchnął mnie pod jadące auto.
To było jakby 69 km jazdy non stop pod górę.
Dawno nie odczuwałam takiego bólu fizycznego i psychicznego podczas jazdy na rowerze. Zepsuł mi ten wiatr całą przyjemność z tej jazdy, a cieszyłam się na nią bardzo.
Na nic były gdzieś tam zakodowane w mojej głowie słowa: wiatr przyjacielem kolarza…
Zupełnie inne słowa cisnęły mi się na usta, ale je przemilczę.
Ale wiecie jak to jest, prawda?:)
Kiedy już weszłam do mieszkania mamy i siostry.. poczułam się jak po ciężkim maratonie. Poczułam radość z tego, że dałam radę pomimo tak niesprzyjających okoliczności. Poczułam radość z tego, że to był dobry trening – ten wiatr i ten ciężki plecak. Poczułam radość, że przejechałam pierwszą nieco dłuższą trasę w tym roku.
- DST 69.00km
- Czas 03:12
- VAVG 21.56km/h
- Sprzęt Kellys Magnus
- Aktywność Jazda na rowerze
Czwartek, 3 kwietnia 2014
Próby
Dzisiaj taka piosenka, dla wszystkich Miłych dla mnie ludzi ( a jest ich całkiem sporo, za co codziennie Losowi dziękuję).
A dla zainteresowanych wywiad:
Dzisiaj nadszedł dzień testów. Magnus wreszcie dostał przeserwisowaną i ze zmienionym skokiem Rebę. Dostał też nowe gripy, nowe rogi i nabrał nowego jakby „lżejszego” wyglądu. Wygląda tak:

"Nowy" Magnus © lemuriza1972
Nie mogłam się od wczoraj doczekać, żeby go wypróbować. Dawno nie cieszyłam się aż tak z wyjazdu na rower. W sumie nie planowałam jakiegoś ekstra treningu, chciałam tylko wypróbować Magnusa, ale z tej próby wyszedł trening:). Całkiem porządny trening.
Próbie zostały poddane też nowe buty. Niestety stare zaczęły się „rozsypywać” już jesienią. Nie ma się co dziwić, bo swoje przeszły. Masę błotnych , golonkowych maratonów m.in. Trzeba więc było zbierać na nowe i rozglądnąć się za czymś fajnym. Pomogła mi Pani Krystyna, która zarekomendowała buty SIDI, zabrała mnie do Krakowa do jedynego sklepu, który nimi handluje . Kupiłam. Przyznam szczerze, że to moje czwarte buty na rower, ale pierwsze takie ładne. Mam nadzieję, że będą równie dobre jak ładne, bo chodzi głównie o to żeby były dobre, prawda? .Ponieważ to dobra firma, a i cena jest konkretna niestety, to mam nadzieję, że wytrzymają przynajmniej ze 3 sezony). Dzisiejszy test wypadł pomyślnie. A buty wyglądają tak: http://www.mbike.pl/Buty-SIDI-MTB-Eagle-Woman-Ver...
Jeśli zaś chodzi o Magnusa… jestem po prostu zachwycona. Po prostu płynie się nim teraz ( mało tego, ze wreszcie ma amortyzator a nie atrapę, to do tego jest lżejszy, bo stary amor był bardzo ciężki). Gdyby jeszcze w niego trochę zainwestować, zmienić w końcu napęd, pomyśleć o tarczy z tyłu, to naprawdę można byłoby nim nawet na te łatwiejsze wyścigi pojechać.
A póki co mam wartościowy rower treningowy i na pewno będę go wykorzystywać dużo częściej niż wcześniej.
Pojechałam najpierw przez Buczynę i do Szczepanowic niebieskim szlakiem. Kiedy dojechałam do asfaltu, skręciłam w lewo i pojechałam na podjazd pod sklepem. To jest podjazd, który ma niewiele ponad 1 km, ale miejscami ( na początku i na końcu) jest bardzo stromo ( świadczy o tym zresztą prędkość jak jechałam z góry 64 km/h).
Wjechałam. Jakoś dziwnie dość lekko mi się jechało. No to stwierdziłam, że zjadę na dół i podjadę jeszcze raz. Podjechałam. Zjechałam i skierowałam się w kierunku podjazdu za kościołem do Lasu na Lubince. To też jest dość nastromiony podjazd, ale też podjechało mi się dobrze. Ponad kilometr. Potem jeszcze nieco ponad 2 km delikatnego dość podjeżdżania terenem w lesie ( ale łatwym terenem). I dalej jedzie mi się dobrze. No to pomyślałam, że zjadę do Janowic pod dom weselny i zrobię sobie znowu te 5 km podjazdu. Zrobiłam. Tylko na kilka sekund zeszłam do 14 km/h, a generalnie nie schodziłam poniżej 15 . Kolosalna różnica w stosunku do przedwczoraj ( zdarzało mi się zejść do 11 km/h). No tyle, że przedwczoraj wiało mocno. Nie zmienia to jednak tego, że jechałam mocno, jak na obecną formę. Po prostu bardzo się zmobilizowałam. Urwałam 3 minuty w stosunku do wtorku. I sama nie wiem, czy to zasługa braku wiatru, „nowego” Magnusa, a może nowych magicznych butów?:)
Wiem jedno – dawno się tak nie zmobilizowałam na rowerze jak dzisiaj. Dawno nie miałam takiej przyjemności z podjazdowego zmęczenia. Po prostu.. jakaś bajka mi się dzisiaj przytrafiła. Taka Makroprzyjemność z treningu… Chciałabym żeby tak było zawsze. Bardzo bym chciała.
A w Buczynie i zawilce i kaczeńce też już:) © lemuriza1972
Szukam ostatnio wywiadów i informacji o Piotrze Banachu ( dla niezorientowanych: założyciel Hey i Indios Bravos), bo ogromnie mi ten człowiek imponuje. Cytat z wywiadu, który znalazłam w sieci:
„ Banach: Obecnie prym wiodą programy muzyczne, które dają uczestnikom popularność. Jest to droga na skróty. Bycie muzykiem nie polega na rozpoznawalności, lecz na wiarygodności, której nie zdobywa się w talent-show.
- Miałeś propozycję bycia jurorem?
Banach: Na szczęście nie, ponieważ to nie jest droga dla nas. Ocenianie przez pryzmat własnego gustu lub zeprezentowanej techniki wyklucza obiektywność. Zawsze się kogoś krzywdzi. A potem taki werdykt rodzi bunt. Jest to niewdzięczna rola”.
Zgadzam się z Banachem i dlatego nie oglądam takich programów. Trochę mi szkoda czasu, wolę w tym czasie posłuchać muzyki. Z płyt po prostu.
A na koniec dwie wersje tej samej piosenki. Sami oceńcie, która się Wam podoba bardziej. Ja od wczoraj zakochana w tej drugiej wersji, słucham jej bezustannie. Polecam, szczególnie w słuchawkach.
A dla zainteresowanych wywiad:
Dzisiaj nadszedł dzień testów. Magnus wreszcie dostał przeserwisowaną i ze zmienionym skokiem Rebę. Dostał też nowe gripy, nowe rogi i nabrał nowego jakby „lżejszego” wyglądu. Wygląda tak:

"Nowy" Magnus © lemuriza1972
Nie mogłam się od wczoraj doczekać, żeby go wypróbować. Dawno nie cieszyłam się aż tak z wyjazdu na rower. W sumie nie planowałam jakiegoś ekstra treningu, chciałam tylko wypróbować Magnusa, ale z tej próby wyszedł trening:). Całkiem porządny trening.
Próbie zostały poddane też nowe buty. Niestety stare zaczęły się „rozsypywać” już jesienią. Nie ma się co dziwić, bo swoje przeszły. Masę błotnych , golonkowych maratonów m.in. Trzeba więc było zbierać na nowe i rozglądnąć się za czymś fajnym. Pomogła mi Pani Krystyna, która zarekomendowała buty SIDI, zabrała mnie do Krakowa do jedynego sklepu, który nimi handluje . Kupiłam. Przyznam szczerze, że to moje czwarte buty na rower, ale pierwsze takie ładne. Mam nadzieję, że będą równie dobre jak ładne, bo chodzi głównie o to żeby były dobre, prawda? .Ponieważ to dobra firma, a i cena jest konkretna niestety, to mam nadzieję, że wytrzymają przynajmniej ze 3 sezony). Dzisiejszy test wypadł pomyślnie. A buty wyglądają tak: http://www.mbike.pl/Buty-SIDI-MTB-Eagle-Woman-Ver...
Jeśli zaś chodzi o Magnusa… jestem po prostu zachwycona. Po prostu płynie się nim teraz ( mało tego, ze wreszcie ma amortyzator a nie atrapę, to do tego jest lżejszy, bo stary amor był bardzo ciężki). Gdyby jeszcze w niego trochę zainwestować, zmienić w końcu napęd, pomyśleć o tarczy z tyłu, to naprawdę można byłoby nim nawet na te łatwiejsze wyścigi pojechać.
A póki co mam wartościowy rower treningowy i na pewno będę go wykorzystywać dużo częściej niż wcześniej.
Pojechałam najpierw przez Buczynę i do Szczepanowic niebieskim szlakiem. Kiedy dojechałam do asfaltu, skręciłam w lewo i pojechałam na podjazd pod sklepem. To jest podjazd, który ma niewiele ponad 1 km, ale miejscami ( na początku i na końcu) jest bardzo stromo ( świadczy o tym zresztą prędkość jak jechałam z góry 64 km/h).
Wjechałam. Jakoś dziwnie dość lekko mi się jechało. No to stwierdziłam, że zjadę na dół i podjadę jeszcze raz. Podjechałam. Zjechałam i skierowałam się w kierunku podjazdu za kościołem do Lasu na Lubince. To też jest dość nastromiony podjazd, ale też podjechało mi się dobrze. Ponad kilometr. Potem jeszcze nieco ponad 2 km delikatnego dość podjeżdżania terenem w lesie ( ale łatwym terenem). I dalej jedzie mi się dobrze. No to pomyślałam, że zjadę do Janowic pod dom weselny i zrobię sobie znowu te 5 km podjazdu. Zrobiłam. Tylko na kilka sekund zeszłam do 14 km/h, a generalnie nie schodziłam poniżej 15 . Kolosalna różnica w stosunku do przedwczoraj ( zdarzało mi się zejść do 11 km/h). No tyle, że przedwczoraj wiało mocno. Nie zmienia to jednak tego, że jechałam mocno, jak na obecną formę. Po prostu bardzo się zmobilizowałam. Urwałam 3 minuty w stosunku do wtorku. I sama nie wiem, czy to zasługa braku wiatru, „nowego” Magnusa, a może nowych magicznych butów?:)
Wiem jedno – dawno się tak nie zmobilizowałam na rowerze jak dzisiaj. Dawno nie miałam takiej przyjemności z podjazdowego zmęczenia. Po prostu.. jakaś bajka mi się dzisiaj przytrafiła. Taka Makroprzyjemność z treningu… Chciałabym żeby tak było zawsze. Bardzo bym chciała.

Szukam ostatnio wywiadów i informacji o Piotrze Banachu ( dla niezorientowanych: założyciel Hey i Indios Bravos), bo ogromnie mi ten człowiek imponuje. Cytat z wywiadu, który znalazłam w sieci:
„ Banach: Obecnie prym wiodą programy muzyczne, które dają uczestnikom popularność. Jest to droga na skróty. Bycie muzykiem nie polega na rozpoznawalności, lecz na wiarygodności, której nie zdobywa się w talent-show.
- Miałeś propozycję bycia jurorem?
Banach: Na szczęście nie, ponieważ to nie jest droga dla nas. Ocenianie przez pryzmat własnego gustu lub zeprezentowanej techniki wyklucza obiektywność. Zawsze się kogoś krzywdzi. A potem taki werdykt rodzi bunt. Jest to niewdzięczna rola”.
Zgadzam się z Banachem i dlatego nie oglądam takich programów. Trochę mi szkoda czasu, wolę w tym czasie posłuchać muzyki. Z płyt po prostu.
A na koniec dwie wersje tej samej piosenki. Sami oceńcie, która się Wam podoba bardziej. Ja od wczoraj zakochana w tej drugiej wersji, słucham jej bezustannie. Polecam, szczególnie w słuchawkach.
- DST 50.00km
- Teren 10.00km
- Czas 02:27
- VAVG 20.41km/h
- VMAX 64.00km/h
- Sprzęt Kellys Magnus
- Aktywność Jazda na rowerze
Wtorek, 1 kwietnia 2014
Beksa
W piątek premiera płyty Artura Rojka.
Płytę rzecz jasna już zamówiłam. Mam nadzieję, że dotrze do mnie w poniedziałek. Podobno jest dobra. Prezentują ją obecnie w Radiu Kraków. W niedzielę koncert w Krakowie, i bardzo żałuję, że nie mogę jechać:(.
Jako, że siedzę teraz mocno w temacie Beksińskich ( książkę skończyłam, ale oglądam i czytam wszystko co jest dostępne w sieci na temat obydwu Panów), piosenka ta skojarzyła mi się z Tomkiem Beksińskim. Nie dość, że tak na niego mówili znajomi ( Beksa), to jeszcze słowa bardzo pasują do tego co przeżywał.
Audycja nagrana na kilka dni przed samobójczą śmiercią.
Po wczorajszej niedyspozycji i przymusowym „siedzeniu” w domu, dzisiaj na szczęście zdrowie już dopisało i można było wyjechać.
Niby wiosna, ale chłód na zjazdach jest jeszcze bardzo, bardzo przejmujący. Myślałam, że wytrzymam dłużej, że „dociągnę” do 3 godzin, ale było mi zbyt zimno.
Trening podjazdowy dzisiaj, tak więc pojechałam w kierunku Lubinki. Pierwszy podjazd na Lubinkę, bocznym podjazdem Pana Adama ( jest krótszy, ale dużo bardziej nastromiony niż „serpentyny”). Tak więc jechałam sobie i jechałam i na samym końcu dojeżdżając do skrzyżowania z główną drogą , napotkałam grupę dzieci.
Któreś z nich krzyknęło: Ola, kolarz !
( bo Ola stała na środku drogi).
Pomijam już pomyłkę płci, w czasach gender i takich tam , w końcu dzieci mogą się pogubić, ale posłuchajcie co było dalej.
Ola niewzruszona stała na środku drogi, więc jej koleżanka raz jeszcze zawołała:
Ola, mówię ci.. kolarz!
Ola ( popatrzywszy na mnie wzrokiem lekko pogardliwym): nie kolarz, tylko rowerzysta…
Ot co… prawda wyszła na jaw ( chociaż ja specjalnie jej nigdy nie ukrywałam i zawsze twierdziłam, ze kolarzem nazywać się nie powinnam). Zupełnie jak w tej baśni było… Nowe szaty cesarza. Czasem trzeba dziecka, żeby się dowiedzieć Prawdy:).
Tak więc 1 km podjazdu , potem zjazd w dół, 2 km podjazdu serpentynami, zjazd w dół do Janowic ( na sam dół za dom weselny) i do góry 5 km. No cóż.. nie idzie mi to jeszcze żwawo, ale biorąc pod uwagę, że te 5 km robiłam mocno pod wiatr , to chyba nie było najgorzej. Wciąż jeszcze czeka mnie jednak masa pracy.
A na koniec film. Smutny, ale bardzo, bardzo ciekawy. Polecam bardzo mocno , jak i "Beksińskich. Portret podwójny" ( nie tylko dla tych, którzy byli fanami Zdzisława i Tomka, tę książkę po prostu czyta się świetnie, jest rzetelna, ciekawa, aż kipi od emocji. To duże przeżycie - jej przeczytanie ).
Pomijam już pomyłkę płci, w czasach gender i takich tam , w końcu dzieci mogą się pogubić, ale posłuchajcie co było dalej.
Ola niewzruszona stała na środku drogi, więc jej koleżanka raz jeszcze zawołała:
Ola, mówię ci.. kolarz!
Ola ( popatrzywszy na mnie wzrokiem lekko pogardliwym): nie kolarz, tylko rowerzysta…
Ot co… prawda wyszła na jaw ( chociaż ja specjalnie jej nigdy nie ukrywałam i zawsze twierdziłam, ze kolarzem nazywać się nie powinnam). Zupełnie jak w tej baśni było… Nowe szaty cesarza. Czasem trzeba dziecka, żeby się dowiedzieć Prawdy:).
Tak więc 1 km podjazdu , potem zjazd w dół, 2 km podjazdu serpentynami, zjazd w dół do Janowic ( na sam dół za dom weselny) i do góry 5 km. No cóż.. nie idzie mi to jeszcze żwawo, ale biorąc pod uwagę, że te 5 km robiłam mocno pod wiatr , to chyba nie było najgorzej. Wciąż jeszcze czeka mnie jednak masa pracy.
A na koniec film. Smutny, ale bardzo, bardzo ciekawy. Polecam bardzo mocno , jak i "Beksińskich. Portret podwójny" ( nie tylko dla tych, którzy byli fanami Zdzisława i Tomka, tę książkę po prostu czyta się świetnie, jest rzetelna, ciekawa, aż kipi od emocji. To duże przeżycie - jej przeczytanie ).
- DST 45.00km
- Czas 02:07
- VAVG 21.26km/h
- VMAX 48.00km/h
- Aktywność Jazda na rowerze