Czwartek, 12 września 2013
Lubinka i trochę Figurek jeszcze...
Po wczorajszej „porze deszczowej” dzisiaj nadszedł słoneczny dzień.
No to nie było wyjścia, trzeba było wyjechać na rower i rozruszać nie ruszane wczoraj kości.
Po drodze wstąpiłam z KMT-em do BikeBrothers, bo przerzutki coś nie tak chodziły już w piątek, jakieś dziwne dźwięki itd. A jakoś tak zeszło, że od piątku nie miałam za bardzo czasu się temu przyjrzeć. Miłosz popatrzył fachowym okiem, poprawił, naprawił i jest dobrze.
No to mogłam pojechać dalej… ale jakoś szczerze muszę przyznać.. nie za bardzo miałam dzisiaj ochotę na jakieś rowerowe szaleństwa.
No to sobie tak leniwie jechałam, nogi za bardzo kręcić nie chciały. Pierwszy podjazd .. oj ciężko, ciężko.
Tak sobie pojeździłam … Zgłobice, Błonie, kawałek niebieskim nad Dunajcem, potem do góry na Lubinkę.
Nie chciało mi się specjalnie na Lubinkę podjeżdżać. Tak ciężko podjeżdżało mi się w kierunku Lubinki od Szczepanowic, że przez moment pomyślałam: nie jadę na Lubinkę, zjeżdżam do Błonia i do domu.
Ale jednak .. pojechałam.
Nieubłaganie nadeszła pora, kiedy popołudniowe jeżdżenie trzeba będzie już bardzo ograniczyć.
Szybko robi się ciemno i nie jest za ciepło. Wkrótce będzie jazda tylko z lampkami i pewnie tylko po asfalcie, ewentualnie Las Radłowski, bo po ciemku na zjazdy nie będę się wybierać.
Ale jakoś się nie martwię tym. Mam plany, chcę wrócić do biegania, może basen.
Mam też sporo nowych książek do przeczytania:), wreszcie będzie na to więcej czasu. Więc jakoś jesień mnie nie przygnębia.
A zresztą moja działalność rowerowa i tak staje się w tej chwili działalnością poboczną, bo wciąż wypatruje figurek. I to jest jakby główny cel moich wypraw:).
Dzisiaj na 32 km, było ich 16…
Ciekawe czy ktoś kiedyś zrobił ich ewidencję np. na terenie jednej gminy?
Nie będzie tak spektakularnych zdjęć jak wtorkowa MB Ogrodowa, ale coś tam udało mi się zrobić.
No to zaczynamy.
W kategorii OGRODOWA.
Niestety zdjęcie nie wyszło dobrze ( pod słońce). Niestety nie ma krasnali, łabędzia itd.
Ale jest wiatraczek, są słoneczniki, jest zadaszenie.

Ta Figurka zwróciła moją uwagę swoim wyrazem twarzy i położeniem na wzniesieniu.
W sumie biorąc pod uwagę fakt, że patrzy na cmentarz, to ten dziwny wyraz twarzy nie powinien dziwić.

A ostatnie Figury będą w kategorii rozmiar xxl.
Na zdjęciu może tego tak nie widać, ale Ona była duża.
Taka mniej więcej mojego wzrostu.

I wokół niej była cała infrastruktura…
Ogrodzenie, bramka, drzwi, mostek, fosa.

A to już MB MOŚCICKA.
Nie wiem czy to prawda, ale kolega mi mówił, że kiedyś stała w kościele, wewnątrz.
Ciężko mi to sobie wyobrazić , bo jest naprawdę ogromna.
Zdjęcie też nie oddaje jej monumentalności, ale uwierzcie na słowo.



I to tyle na dzisiaj, ale to nie jest zapewne koniec, bo złapałam bakcyla wypatrywania figurek, więc jeszcze pewnie co nieco wypatrzę.
A żeby nie było monotonnie, że tylko rower i Bozie, to na koniec cytat.
Przeczytałam ostatnio w Wysokich Obcasach Extra, wywiad z filozofem, prof. Tadeuszem Gadaczem. Bardzo ciekawy wywiad.
Wyjątkowo utkwił mi w pamięci ten fragment:
„… ze względu na to, że jest coraz trudniej z tym co nazywamy wykształceniem, przede wszystkim coraz trudniej jest z czytaniem. Wykształcenie nie może się sprowadzać do dysponowania zasobami znajdującymi się w komputerze. Jeden z moich studentów, gdy nie był w stanie odpowiedzieć na kolejne pytanie z filozofii nowożytnej, zapytał: dlaczego wymagam od niego tej wiedzy, przecież on ją ma w twardej pamięci. Mnie to bardzo zaskoczyło, powiedziałem: „ To jest bardzo intersujące, co pan mówi, bo myśmy musieli korzystać z pamięci miękkiej, bo nie było jeszcze wtedy twardej, ale różnica jest bardziej zasadnicza, jak zabraknie prądu w Krakowie, to pana wykształcenie się skończy, a moje zostanie…”
Słuszna uwaga.
No to nie było wyjścia, trzeba było wyjechać na rower i rozruszać nie ruszane wczoraj kości.
Po drodze wstąpiłam z KMT-em do BikeBrothers, bo przerzutki coś nie tak chodziły już w piątek, jakieś dziwne dźwięki itd. A jakoś tak zeszło, że od piątku nie miałam za bardzo czasu się temu przyjrzeć. Miłosz popatrzył fachowym okiem, poprawił, naprawił i jest dobrze.
No to mogłam pojechać dalej… ale jakoś szczerze muszę przyznać.. nie za bardzo miałam dzisiaj ochotę na jakieś rowerowe szaleństwa.
No to sobie tak leniwie jechałam, nogi za bardzo kręcić nie chciały. Pierwszy podjazd .. oj ciężko, ciężko.
Tak sobie pojeździłam … Zgłobice, Błonie, kawałek niebieskim nad Dunajcem, potem do góry na Lubinkę.
Nie chciało mi się specjalnie na Lubinkę podjeżdżać. Tak ciężko podjeżdżało mi się w kierunku Lubinki od Szczepanowic, że przez moment pomyślałam: nie jadę na Lubinkę, zjeżdżam do Błonia i do domu.
Ale jednak .. pojechałam.
Nieubłaganie nadeszła pora, kiedy popołudniowe jeżdżenie trzeba będzie już bardzo ograniczyć.
Szybko robi się ciemno i nie jest za ciepło. Wkrótce będzie jazda tylko z lampkami i pewnie tylko po asfalcie, ewentualnie Las Radłowski, bo po ciemku na zjazdy nie będę się wybierać.
Ale jakoś się nie martwię tym. Mam plany, chcę wrócić do biegania, może basen.
Mam też sporo nowych książek do przeczytania:), wreszcie będzie na to więcej czasu. Więc jakoś jesień mnie nie przygnębia.
A zresztą moja działalność rowerowa i tak staje się w tej chwili działalnością poboczną, bo wciąż wypatruje figurek. I to jest jakby główny cel moich wypraw:).
Dzisiaj na 32 km, było ich 16…
Ciekawe czy ktoś kiedyś zrobił ich ewidencję np. na terenie jednej gminy?
Nie będzie tak spektakularnych zdjęć jak wtorkowa MB Ogrodowa, ale coś tam udało mi się zrobić.
No to zaczynamy.
W kategorii OGRODOWA.
Niestety zdjęcie nie wyszło dobrze ( pod słońce). Niestety nie ma krasnali, łabędzia itd.
Ale jest wiatraczek, są słoneczniki, jest zadaszenie.

Ogrodowa© lemuriza1972
Ta Figurka zwróciła moją uwagę swoim wyrazem twarzy i położeniem na wzniesieniu.
W sumie biorąc pod uwagę fakt, że patrzy na cmentarz, to ten dziwny wyraz twarzy nie powinien dziwić.

Patrząca z wysoka© lemuriza1972
A ostatnie Figury będą w kategorii rozmiar xxl.
Na zdjęciu może tego tak nie widać, ale Ona była duża.
Taka mniej więcej mojego wzrostu.

Za zamkniętymi drzwiami© lemuriza1972
I wokół niej była cała infrastruktura…
Ogrodzenie, bramka, drzwi, mostek, fosa.

Rzut oka na otoczenie© lemuriza1972
A to już MB MOŚCICKA.
Nie wiem czy to prawda, ale kolega mi mówił, że kiedyś stała w kościele, wewnątrz.
Ciężko mi to sobie wyobrazić , bo jest naprawdę ogromna.
Zdjęcie też nie oddaje jej monumentalności, ale uwierzcie na słowo.

Matka Boska sprzed Kościoła w Mościcach© lemuriza1972

A tak wygląda z tyłu© lemuriza1972

I jeszcze kategoria rozmiar xxl© lemuriza1972
I to tyle na dzisiaj, ale to nie jest zapewne koniec, bo złapałam bakcyla wypatrywania figurek, więc jeszcze pewnie co nieco wypatrzę.
A żeby nie było monotonnie, że tylko rower i Bozie, to na koniec cytat.
Przeczytałam ostatnio w Wysokich Obcasach Extra, wywiad z filozofem, prof. Tadeuszem Gadaczem. Bardzo ciekawy wywiad.
Wyjątkowo utkwił mi w pamięci ten fragment:
„… ze względu na to, że jest coraz trudniej z tym co nazywamy wykształceniem, przede wszystkim coraz trudniej jest z czytaniem. Wykształcenie nie może się sprowadzać do dysponowania zasobami znajdującymi się w komputerze. Jeden z moich studentów, gdy nie był w stanie odpowiedzieć na kolejne pytanie z filozofii nowożytnej, zapytał: dlaczego wymagam od niego tej wiedzy, przecież on ją ma w twardej pamięci. Mnie to bardzo zaskoczyło, powiedziałem: „ To jest bardzo intersujące, co pan mówi, bo myśmy musieli korzystać z pamięci miękkiej, bo nie było jeszcze wtedy twardej, ale różnica jest bardziej zasadnicza, jak zabraknie prądu w Krakowie, to pana wykształcenie się skończy, a moje zostanie…”
Słuszna uwaga.
- DST 32.00km
- Czas 01:40
- VAVG 19.20km/h
- Sprzęt KTM
- Aktywność Jazda na rowerze
Wtorek, 10 września 2013
Bitwa o Bozię- część druga
Dzisiaj wyruszyłam z mocnym postanowieniem zadania dotkliwego ciosu Sufie w naszej Bitwie o Bozię czy też Poje Dynku ( nazwa własna Sufy).
Poświęciłam piękną , słoneczną pogodę ( a tym samym jazdę w jakieś ciekawsze rejony) i pojechałam w kierunku Łęgu Tarnowskiego ( wiedziałam co robię). Niezorientowanym wyjaśniam – Łęg Tarnowski.. płasko i dość brzydko niestety.
Z Tarnowa do łęgu jechałam nawet główną drogą, wśród spalin, aut i z narażeniem życia:).
Wiele jestem w stanie poświęcić by tę bitwę wygrać.
W Łęgu spotkałam Sławka Nosala na jego piękniej szosie. Zapytał gdzie jadę.. Hm.. zawahałam się, bo cóż tu powiedzieć?
Jadę „polować” na Bozie…?
Musiałabym opowiedzieć całą skomplikowaną historię począwszy od zniknięcia śluńskiej Bozi.
A oto efekty mojej pracy.
Pierwsza Matka Boska ma swą siedzibę przy ulicy księdza Indyka na moim osiedlu. Na tej ulicy jest jeszcze komisariat policji i mieszka też Alek.
Nazwałam ją Słoneczną, bo na plecach ma słońce.
Proszę również zwrócić uwagę na to co za nią.

Niestety zdjęcie drugiej MB nie wyszło mi.
Nazwałam ją 3 w 1, bo jak się dobrze przyjrzycie, to jest i krzyż i Matka Boska, a na dole jeszcze jedna Matka Boska ( figurka).

Tę znalazłam w Łęgu Tarnowskim. W rękach ma coś zielonego kręconego i jakoś tak chyli się ku upadkowi w moje lewo.

A teraz hit dnia.
Oprócz krasnali były jeszcze kaczki, ale wyszły poza kadr.
Na zdjęciu nie widać, ale jest też fontanna.
Mnie zafascynował błękitny łabędź.

I co Ty na to Sufa?
Broń się.
Teraz nastąpi przerwa, bo zbliża się pora deszczowa.
A na koniec, coś co obiecałam kiedyś.
Ulice w Klikowej ( taka dzielnica Tarnowa)
Chciałam zaznaczyć , że przy tej pierwszej jest Komenda Policji – Izba Dziecka.



Poświęciłam piękną , słoneczną pogodę ( a tym samym jazdę w jakieś ciekawsze rejony) i pojechałam w kierunku Łęgu Tarnowskiego ( wiedziałam co robię). Niezorientowanym wyjaśniam – Łęg Tarnowski.. płasko i dość brzydko niestety.
Z Tarnowa do łęgu jechałam nawet główną drogą, wśród spalin, aut i z narażeniem życia:).
Wiele jestem w stanie poświęcić by tę bitwę wygrać.
W Łęgu spotkałam Sławka Nosala na jego piękniej szosie. Zapytał gdzie jadę.. Hm.. zawahałam się, bo cóż tu powiedzieć?
Jadę „polować” na Bozie…?
Musiałabym opowiedzieć całą skomplikowaną historię począwszy od zniknięcia śluńskiej Bozi.
A oto efekty mojej pracy.
Pierwsza Matka Boska ma swą siedzibę przy ulicy księdza Indyka na moim osiedlu. Na tej ulicy jest jeszcze komisariat policji i mieszka też Alek.
Nazwałam ją Słoneczną, bo na plecach ma słońce.
Proszę również zwrócić uwagę na to co za nią.

Matka Boska Słoneczna© lemuriza1972
Niestety zdjęcie drugiej MB nie wyszło mi.
Nazwałam ją 3 w 1, bo jak się dobrze przyjrzycie, to jest i krzyż i Matka Boska, a na dole jeszcze jedna Matka Boska ( figurka).

3 w 1© lemuriza1972
Tę znalazłam w Łęgu Tarnowskim. W rękach ma coś zielonego kręconego i jakoś tak chyli się ku upadkowi w moje lewo.

Z zielonym kręconym© lemuriza1972
A teraz hit dnia.
Oprócz krasnali były jeszcze kaczki, ale wyszły poza kadr.
Na zdjęciu nie widać, ale jest też fontanna.
Mnie zafascynował błękitny łabędź.

Matka Boska Ogrodowa© lemuriza1972
I co Ty na to Sufa?
Broń się.
Teraz nastąpi przerwa, bo zbliża się pora deszczowa.
A na koniec, coś co obiecałam kiedyś.
Ulice w Klikowej ( taka dzielnica Tarnowa)
Chciałam zaznaczyć , że przy tej pierwszej jest Komenda Policji – Izba Dziecka.

Pierwsza ulica© lemuriza1972

Druga ulica© lemuriza1972

Trzecia ulica© lemuriza1972

Czwarta ulica© lemuriza1972
- DST 40.00km
- Czas 01:40
- VAVG 24.00km/h
- Sprzęt Kellys Magnus
- Aktywność Jazda na rowerze
Niedziela, 8 września 2013
Bitwa o Bozię - cześć pierwsza

"Orła" cień© lemuriza1972
Dzisiaj droga powrotna czyli Mielec- Tarnów. Pierwsze kilometry bardzo ciężkie, wiało potężnie, a na plecach plecak znacznie cięższy niż wczoraj, bo trochę zakupów zrobiłam.
Kiedy skręciłam na Radgoszcz w Radomyślu zrobiło się trochę lepiej. Tylko słońce na takiej wysokości, że czerwone szkła w okularach to był bardzo zły wybór.
Czas dokładnie taki sam, jak wczoraj. Jakoś niestety nie ma formy, żeby pojechać szybciej.
A teraz będzie o Bitwie o Bozię.
Sufie się wydaje, że ładne Bozie na Ślunsku ma, ale myślę, że jest w błędzie.
Wyzwanie przyjął, ale powiedział, że idziemy na jakość a nie ilość.
Na ilość zdecydowanie by przegrał, bo w Małopolsce Bozi jest co nie miara. Podczas dzisiejszej jazdy ( 69 km) naliczyłam 43 Bozie, a mogłam jeszcze kilka przegapić. Ciężko się jedzie rzucając co chwilę głową na prawo i lewo.
Tych symboli religijnych jest w Polsce cała masa i mnie się to bardzo podoba, taki nasz lokalny koloryt, tradycja .
Dzisiaj będzie tylko preludium. Wstęp, bo nie miałam czasu co chwilę się zatrzymywać, wszak chciałam do domu zdążyć przez zmrokiem.
Na początek takie coś z Odporyszowa i niech mi Sufa znajdzie coś podobnego na Ślunsku.

Odporyszów© lemuriza1972
A to była pierwsza Matka Boska, która zwróciła moją uwagę. Zwróciła moją uwagę niecodziennym wyrazem twarzy.

Matka Boska Czarnobrwia© lemuriza1972
A to w kategorii „ Bozia i współczesność”

Z przekaźnikiem w tle© lemuriza1972
To w kategorii „ Bozia w miejscowościach, których nazwy nie wymieni cudzodziemiec”

W Żdżarach© lemuriza1972
I ta , która jest numerem jeden dzisiaj.

Matka Boska Prosząca© lemuriza1972
- DST 69.00km
- Czas 02:50
- VAVG 24.35km/h
- Sprzęt Kellys Magnus
- Aktywność Jazda na rowerze
Niedziela, 8 września 2013
Tarnów-Mielec
Tym razem upału nie było, więc postanowiłam pojechać wariant dłuższy czyli Dąbrowa Tarnowska, Radgoszcz itd.
Tuż przed podjazdem w Odporyszowie nagle ktoś za moim plecami powiedział: Cześć..
Zdzwiona byłam, odwracam się, a tu Grzesiek.
Grzesiek, z którym kiedyś dużo jeździliśmy razem na rowerze i trzeba przyznać, że jazdy to były bardzo pożyteczne, bo Grzesiek ma moc w nogach, pod górki darł mocno, a ja starałam się nadążyć.
Grzesiek jechał za Dąbrowę, za którą skręcał na Luszowice, wiec pojechaliśmy ten kawałek razem.
A potem już samotność długodystansowca. No nie jechało się rewelacyjnie, bo wiało, a że wyjechałam o 8.30, to było jeszcze dość chłodno.
Także czas nierewelacyjny.
Przed Mielcem zaczęła się delikatna odcinka prądu. Widocznie śniadanie to było za mało, jak na prawie 3 godziny jazdy.
A w Mielcu pooglądałam nowo otwarty ( wreszcie ) stadion.
Ładny jest. Inauguracja odbyła się tydzień temu, a ja za 3 tygodnie będę na meczu ze Stalą Rzeszów.
Wieczorem poszłyśmy z siostrą na mecz piłki ręcznej. Wygrany przez Stal.
Atmosfera świetna. W Mielcu zawsze byli świetni kibice.



Tuż przed podjazdem w Odporyszowie nagle ktoś za moim plecami powiedział: Cześć..
Zdzwiona byłam, odwracam się, a tu Grzesiek.
Grzesiek, z którym kiedyś dużo jeździliśmy razem na rowerze i trzeba przyznać, że jazdy to były bardzo pożyteczne, bo Grzesiek ma moc w nogach, pod górki darł mocno, a ja starałam się nadążyć.
Grzesiek jechał za Dąbrowę, za którą skręcał na Luszowice, wiec pojechaliśmy ten kawałek razem.
A potem już samotność długodystansowca. No nie jechało się rewelacyjnie, bo wiało, a że wyjechałam o 8.30, to było jeszcze dość chłodno.
Także czas nierewelacyjny.
Przed Mielcem zaczęła się delikatna odcinka prądu. Widocznie śniadanie to było za mało, jak na prawie 3 godziny jazdy.
A w Mielcu pooglądałam nowo otwarty ( wreszcie ) stadion.
Ładny jest. Inauguracja odbyła się tydzień temu, a ja za 3 tygodnie będę na meczu ze Stalą Rzeszów.
Wieczorem poszłyśmy z siostrą na mecz piłki ręcznej. Wygrany przez Stal.
Atmosfera świetna. W Mielcu zawsze byli świetni kibice.

Stadion otwarty© lemuriza1972

Raz jeszcze stadion© lemuriza1972

Na meczu piłki ręcznej© lemuriza1972

Zaczyna się mecz© lemuriza1972
- DST 69.00km
- Czas 02:50
- VAVG 24.35km/h
- Sprzęt Kellys Magnus
- Aktywność Jazda na rowerze
Piątek, 6 września 2013
Oszukany KTM

Tatry w oddali© lemuriza1972
Cytat z bloga Labudu:
„ Tam zaczyna z nami rozmawiać jakiś Pan, zagaduje o sprzęcie, widać coś się zna. Chciałby mieć Scotta, KTM`a by nie chciał, ale widział że lekko KTM-y chodzą bo go kiedyś wyprzedziła jakaś Pani na KTM-ie i widać było że jechało jej się lekko a jechała szybko. hmm, mimo wszystko kampania reklamowa KTMa się nie powiodła bo Pan jeździ Kellysem.”
Hm… przeczytałam zadumałam się i pomyślałam, że mnie oszukano:).
Bo skoro KTM-y lekko chodzą ( czy jeżdżą), to z moim coś chyba nie tak. Ledwie się rusza pod górę, przyspieszać nie chce, jakiś wybrakowany chyba jest:).
A może mi się po prostu trafił leń największy ze wszystkich KTM-ów???
Dzisiaj zabrałam go na jazdę, chociaż pewnie był zaskoczony, a może nawet zły ( co tłumaczyło by różne przypadki, które mi się przytrafiły), bo w piątki rzadko jeżdżę. Piątek to dzień dla domu. Ale wszystko się poprzesuwało, dzień dla domu był wczoraj, więc dzisiaj był dzień dla KTM-a.
Na pewno jednak nie dzień dla mnie. Niemrawa ta jazda była , z małymi kłopotami i jakimś dziwnymi myślami ( np. podczas pierwszego podjazdu na Marcinkę „ Jakie maratony… przecież kompletnie siły nie masz…”) ale spuśćmy na to zasłonę milczenia.
Spotkaliśmy się pod kościółkiem na Tuchowskiej. Chciałam go nawet obejrzeć, bo Krysia powiedziała, że w środku jest piękny, ale kiedy zbliżyłam się do ogrodzenia i zobaczyłam na ławkach wokół kościoła ludzi, zrezygnowałam. Mój strój mnie powstrzymał.

Spotkanie pod Kościółkiem© lemuriza1972
Skład dzisiejszy rozszerzony: Krysia, Marcin, Staszek, Krzysiek, a pod koniec trasy dołączył jeszcze Dawid czyli Labudu .
Zaczęliśmy podjazdem szutrowym na Marcinkę. Początek nawet w miarę, potem coraz bardziej opadałam z sił.
Rower szwankował.. przerzutki coś niefajnie chodzą. Obawiam się trochę czy to nie również wina haka ( w przypadku tylnej), ale cóż.. trzeba to sprawdzić. Generalnie mordowałam się dzisiaj z nimi.
Kilkaset metrów przed przekaźnikiem zadzwonił mi telefon i to całkowicie wybiło mnie z rytmu. Takie rwane podjazdy nie są dobre. Co prawda jak już wsiadłam na rower, to dość mocno sobie przycisnęłam pod przekaźnik, ale to i tak nie to samo, co ciągła jazda pod górę przez te ok 2 km.
No i potem sobie jedziemy, Krzysiek ma nas poprowadzić na jakiś super nowy podjazd.
Trzeba przyznać – podjazd słuszny, naprawdę konkretny. Najpierw asfaltowa ścianka , a potem długo teren. Bardzo długo .. i to taki, że trzeba było walczyć o utrzymanie się na rowerze. Naprawdę podjazd wart poznania.
Potem już trochę bardziej znane ścieżki. M.in. zjazd , którym jechaliśmy podczas rajdu Sokoła ( tylko wtedy był pełen błota). Zjechaliśmy i okazało się, że zgubił się nam Staszek. Za chwilę zjechał i wtedy doszliśmy do wniosku, że wracamy i podjeżdżamy. No więc znowu trzeba było włożyć dużo sił w tę jazdę.

Staszek zjeżdża© lemuriza1972

Krysia podjeżdża© lemuriza1972
A potem różne ścieżki już bardziej znane ( zjazd z maratonu), ale już podjazd w kierunku Tarnowa nieznany mi ( Krysia mówiła, że ostatni maraton tarnowski tędy prowadził, ale ja nie pamiętam). Słabo znam te akurat okolice. Trzeba będzie jednak zapamiętać te ścieżki, bo fajne.
Powoli robi się ciemno, a mnie rozładowuje się lampka. Ot taki dzień dzisiaj…Ale zaczyna się bajkowy krajobraz.. zachodzi słońce, pięknie widać Tatry, znowu mgły unoszące się na łąkami.
Tylko żal, że nie mam dobrego aparatu, żeby zrobić w tych ciemnościach fajne zdjęcia.
Wracamy przez Skrzyszów i tam chłopaki podkręcają tempo tak, że momentami jedziemy 38 km/h. No nieźle jak na górala i terenowe opony.
Po drodze mała scysja z Panią z Auta, która każe ( nie wiedzieć czemu) jechać nam chodnikiem.
Wjeżdżamy do miasta. Tam jakiś gość wymusza pierwszeństwo na Marcinie i Marcin cudem unika kolizji ( a jedzie na swoim nowym szybkim KTM. Może on trafił na ten szybki egzemplarz?).
W okolicach sądu z podporządkowanej ulicy wyjeżdża dziewczyna na rowerze, na którym wiezie swoją koleżankę. Pyta czy może dołączyć.
Mówię, ze jasne, a ona na to: udanych świąt..
No cóż.. zielone kręcone chyba robi w tym mieście furorę.
Za chwilę dołącza do nas następny gość.
Pyta Labudu czy może z nami jechać, tyle ze nie ma hamulców.
Ma jakiś dziwny rower, ja się nie znam.. jakiś taki do skakania…
Labudu się śmieje, że jeszcze chwila , a zrobiła się z tego masa krytyczna.

Gdzieś tam© lemuriza1972

Marcinka w oddali© lemuriza1972

W Tarnowie© lemuriza1972
W jednym z ostatnich wpisów Sufa sfotografował dla mnie dwie ślunskie Bozie ( bo myśli, że u nich są ładniejsze).
Więc podejmuje wyzwanie i zamierzam kilka z nich sfotografować, a jest ich co nie miara. Jedną mam nawet na osiedlu.
Ślunskie Bozie nie dadzą rady małopolskim. Nasze są ładniejsze i jest ich zdecydowanie więcej. Zwyciężmy.
Chociaż ta dzisiejsza… no cóż..musiał artysta mieć gorszy dzień. Może akurat były imieniny jakiegoś kolegi?
Ale ja jeszcze znajdę takie piękne, najpiękniejsze…

Jedna z wielu w naszej okolicy© lemuriza1972
- DST 49.00km
- Teren 15.00km
- Czas 02:36
- VAVG 18.85km/h
- Sprzęt KTM
- Aktywność Jazda na rowerze
Czwartek, 5 września 2013
Pozdrowienia dla kota Leona
Piosenka pochodzi z płyty „Opowieści z Ziemi”. Płyty tej miałam przyjemność posłuchać podczas wizyty w domu Prezesa Darka ( Gomola Trans Airco), którą tę płytę, przywieźli wraz z żoną z wakacji w Bieszczadach. Fajne klimaty, prawda?
A mnie dzisiaj ogarnął leń. Miał być rower, już ciuchy leżały przygotowane, a potem coś mi „odbiło” i stwierdziłam, że rower będzie jutro.
Ale , że ogarnęły mnie wyrzuty sumienia, to posprzątałam zaś cały dom, a potem jeszcze trochę poćwiczyłam.
No i nawet udało mi się śmieci wyrzucić i kiedy tak zmierzałam do śmietnika, a raczej mówiąc po ślunsku , bo ślunska mowa jest u mnie na topie obecnie, hasioka , ujrzałam obok tegoż hasioka wielkie wzgórze żwiru.
Musi być, będziemy mieć Hołda Race na osiedlu. Wieści poszły w świat, teraz wszyscy będą chcieli mieć u siebie takie wyścigi.
Krysia, trzeba te gusła szybko odprawić i biodro wyleczyć, bo się nam znowu szykują Mistrzostwa Wszechświata Drugiego Planu!
No i to by było w zasadzie tyle na dzisiaj. Jeszcze tylko fragment powieści, którą mam przyjemność obecnie czytać ( nominowana do Nagrody Nike tegorocznej „ Ciemno, prawie noc” Joanny Bator, skądinąd polecam bo i język fajny i historia bardzo ciekawa, a do tego osadzona w realiach miasta Wałbrzych, co co prawda na Dolnym Śląsku leży, ale zawsze to Śląsk, a i jakaś „hołda” niejedna pewnie się tam znajdzie, a już GG na edycję nadchodzącą niejedną fajną hołdę i zjazd z niej Wam pewnie wynajdzie, szkoda, ale nie będzie mnie tam niestety). A cytat będzie, bo…. Bo mi się ten fragment spodobał. Tytułem wstępu zanim cytat nastąpi.
Rzecz o tym, że ktoś podpalił schronisko ze 120 kotami , które wraz z właścicielką , starszą panią, spłonęły w pożarze.
„ Do tej pory nie znaleziono sprawców i ta zbrodnia nie budzi emocji, bo kogo obchodzi stara wariatka i gromada niechcianych zwierząt? „ Smród stamtąd ciągnął” krzywi się mieszkaniec Rusinowej, z którym na zamieszczonym w sieci filmiku rozmawia blond dziennikarka lokalnej telewizji Sandra Pędrak- Pyrzycka. „ Smród ciągł od sierciuchów” Mieszkaniec marszczy nos, ale wygląda na istotę myjącą się o wiele rzadziej niż przeciętny kot”
Z pozdrowieniami dla wszystkich kotów, a zwłaszcza kota Leona.
A tu jeszcze fotorelacja z Wisły:

" i po co ci to kobieto?"© lemuriza1972

Z kamerą wśród Grabczan© lemuriza1972

Ojej, jaka zgraja za mną... trzeba brać nogi za pas© lemuriza1972

Ała.. co za grubodziarnisty beskidzki szuter!© lemuriza1972

Znowu mnie gonią© lemuriza1972

Coś widzę przed sobą© lemuriza1972

... wezmę to z prawej© lemuriza1972

Ciemność widzę© lemuriza1972

Powoli© lemuriza1972

Spokojnie© lemuriza1972

Zmierzamy do celu© lemuriza1972

Tylko kaj ten cel???© lemuriza1972
- Aktywność Jazda na rowerze
Środa, 4 września 2013
Jak dopadła nas dzisiaj Patologia
Dopadła nas dzisiaj Patologia. Bardzo dopadła.
Ot paradoks – można przejechać cały maraton w Beskidach bez jednego wahnięcia na zdjazdach, a można spektakularnie polec w podtarnowskim lesie.
Bywa.
Jednym słowem zasłużyłam dzisiaj znowu na ksywę, którą niegdyś ( po pamiętnym locie na Wale gdzie lądowałam malowniczo, aczkolwiek bez telemarku) przypisał mi Mirek czyli ANGELINA.
Dzisiaj był debiut moich nowych rękawiczek, które wyglądają ( a raczej wyglądały) tak:

Ktoś powie- białe i mało praktyczne jeśli chodzi o mtb, ale przecież jak już działać , to najlepiej w białych rękawiczkach.
Z tymże moje długo bielą nie lśniły, co winą jest ewidentną patologii , która nas dopadła.
Zbiórka dzisiaj przed Bike Brothers o 17.30, ale zanim wyjechaliśmy to było zapewne dużo póżniej, i wziąwszy pod uwagę fakt, że ciemno się już robi dość szybko, czasu na jazdę niewiele mieliśmy.

Zaproponowałam więc Panieńską Górę i Las Milowski, bo wiedziałam, że zdążymy się trochę po lesie pokręcić i jak dobrze pójdzie to „za dnia” z lasu wyjedziemy.
No to szybko w kierunku mostu w Zgłobicach, przez Isep do Wielkiej Wsi i już jesteśmy na niebieskim pieszym i walczymy z Panieńską.
Poległam tym razem na drugim trudniejszym odcinku, który ostatnio udało mi się pokonać. Myślę, że po prostu za mało się dzisiaj starałam. Poległ również Marcin, dała radę Krysia i dał radę Labudu. Widziałam jednak, że Panieńska nie tylko mnie przyspiesza gwałtownie puls.
I tak było fajnie i wesoło. Jechałam pierwsza, bo byłam dzisiaj kierownikiem wycieczki.
Jechałam, zobaczyłam przed sobą wielki PATOL. Inaczej nazwać tego nie można, bo pewnie ze dwa metry miał i składał się z dwóch części.
Ale się nie przestraszyłam ( a szkoda, że nie ), nie okazałam pokory i zostałam posmagana…. Labudu powiedział potem, że gdyby ten patol był suchy, to po prostu by się złamał ( tak też myślałam, że się stanie i przejadę sobie bezpiecznie). Patyk jednak postanowił pokazać mi gdzie moje miejsce ( czyli blisko matki ziemi). Dziwnym zbiegiem okoliczności znowu jechał za mną Marcin, pomimo tego, że dostał już kiedyś zakaz jechania za mną – bo kiedy tak jest, to zawsze coś się dzieje.
Marcin twierdzi, że podbiło mi masakrycznie tylne koło, że gałąż jakby sprężynowała i postawiło rower w pionie.
Może i tak było, ja tam nie wiem. Wiem jedno, że nagle rąbnęłam o matkę ziemię z impetem, zaryłam twarzą w panieńską glebę i podnosiłam się powoli zastanawiając się czy mam wszystkie zęby.
Zęby zostały na swoim miejscu, warga też, aczkolwiek w jednym momencie osięgnęłam to , za co niektóre kobiety płacą wielkie pieniądze. Wargi mam bowiem w tej chwili bardzo pełne. Botokosowe rzecz można.
Nadgarstek też ucierpiał. Jakaś gula na nim urosła, no i bolał przez całą jazdę, ale na szczęście już jest lepiej.
No to się pozbierałam, obejrzałam ( zwłaszcza nowe ubrudzone już rękawiczki ) i pojechaliśmy dalej.
Daleko nie zajechaliśmy, a Labudu zgubił czujnik od licznika. Repecił się tam w krzakach długo, ale w końcu znalazł i pojechaliśmy dalej.
Jakieś 10 minut potem, jadąc za Labudu, znowu zostałam zaatakowana przez dość duży patol i wjechałam w tylne koło Labudu, który nagle się zatrzymał.
Po wyjeździe z Lasu , podziwiając widoki ( Tatry w oddali i zachodzące słonce) spostrzegliśmy, że nie ma Krysi i Marcina. Labudu wrócił po nich, za chwilę przyjechali wszyscy i śmiali się jakby co najmniej w tym lesie po jednym zielonym kręconym wypalili.
Okazało się, ża Labudu powiedział:
Menda, chyba skrzywiła mi przerzutkę
Marcin zapytał: Kto Iza?
Labudu: nie… gałąź…
A potem okazało się, że w lesie nic nie palili tylko Krysia postanowiła wykazać się niesamowitą solidarnością ze mną ( po raz kolejny) i zaliczyła bliskie spotkanie z matką ziemią, aczkolwiek z pewnością nie tak widowiskowe jak moje.
A potem to już powrót w ciemnościach, wśród mgieł unoszących się nad wzgórzami…. Po prostu jesienne klimaty.
Niestety Krysi coś weszło w biodro i ja pewne podejrzenia mam. Ponieważ kolega Sufa ma problemy z biodrem i ponieważ żarliwie się ostatnio modli w intencji Krystyny, boję się, że te modlitwy poszły w trochę złym kierunku, bo jednak modlitw Sufy to ja się obawiam, a może bardziej reakcji Pana Boga na te modlitwy. Tak więc myślę, sobie, że całkiem możliwe, że to co miał w biodrze Sufa weszło teraz w Krysię.
Trzeba będzie chyba jakieś gusła, a może nawet egozorcyzmy odprawić, bo tak być nie może, żeby dziewczyna pedałować nie mogła.
A jak napisałam wczoraj: Bóg tkwi w szczegółach, a diabeł jest wszędzie...








A generalnie to jesień idzie. Co widać, słychać i czuć.
Ot paradoks – można przejechać cały maraton w Beskidach bez jednego wahnięcia na zdjazdach, a można spektakularnie polec w podtarnowskim lesie.
Bywa.
Jednym słowem zasłużyłam dzisiaj znowu na ksywę, którą niegdyś ( po pamiętnym locie na Wale gdzie lądowałam malowniczo, aczkolwiek bez telemarku) przypisał mi Mirek czyli ANGELINA.
Dzisiaj był debiut moich nowych rękawiczek, które wyglądają ( a raczej wyglądały) tak:

Moje nowe rękawiczki:)© lemuriza1972
Ktoś powie- białe i mało praktyczne jeśli chodzi o mtb, ale przecież jak już działać , to najlepiej w białych rękawiczkach.
Z tymże moje długo bielą nie lśniły, co winą jest ewidentną patologii , która nas dopadła.
Zbiórka dzisiaj przed Bike Brothers o 17.30, ale zanim wyjechaliśmy to było zapewne dużo póżniej, i wziąwszy pod uwagę fakt, że ciemno się już robi dość szybko, czasu na jazdę niewiele mieliśmy.

Zbiórka przed BB© lemuriza1972
Zaproponowałam więc Panieńską Górę i Las Milowski, bo wiedziałam, że zdążymy się trochę po lesie pokręcić i jak dobrze pójdzie to „za dnia” z lasu wyjedziemy.
No to szybko w kierunku mostu w Zgłobicach, przez Isep do Wielkiej Wsi i już jesteśmy na niebieskim pieszym i walczymy z Panieńską.
Poległam tym razem na drugim trudniejszym odcinku, który ostatnio udało mi się pokonać. Myślę, że po prostu za mało się dzisiaj starałam. Poległ również Marcin, dała radę Krysia i dał radę Labudu. Widziałam jednak, że Panieńska nie tylko mnie przyspiesza gwałtownie puls.
I tak było fajnie i wesoło. Jechałam pierwsza, bo byłam dzisiaj kierownikiem wycieczki.
Jechałam, zobaczyłam przed sobą wielki PATOL. Inaczej nazwać tego nie można, bo pewnie ze dwa metry miał i składał się z dwóch części.
Ale się nie przestraszyłam ( a szkoda, że nie ), nie okazałam pokory i zostałam posmagana…. Labudu powiedział potem, że gdyby ten patol był suchy, to po prostu by się złamał ( tak też myślałam, że się stanie i przejadę sobie bezpiecznie). Patyk jednak postanowił pokazać mi gdzie moje miejsce ( czyli blisko matki ziemi). Dziwnym zbiegiem okoliczności znowu jechał za mną Marcin, pomimo tego, że dostał już kiedyś zakaz jechania za mną – bo kiedy tak jest, to zawsze coś się dzieje.
Marcin twierdzi, że podbiło mi masakrycznie tylne koło, że gałąż jakby sprężynowała i postawiło rower w pionie.
Może i tak było, ja tam nie wiem. Wiem jedno, że nagle rąbnęłam o matkę ziemię z impetem, zaryłam twarzą w panieńską glebę i podnosiłam się powoli zastanawiając się czy mam wszystkie zęby.
Zęby zostały na swoim miejscu, warga też, aczkolwiek w jednym momencie osięgnęłam to , za co niektóre kobiety płacą wielkie pieniądze. Wargi mam bowiem w tej chwili bardzo pełne. Botokosowe rzecz można.
Nadgarstek też ucierpiał. Jakaś gula na nim urosła, no i bolał przez całą jazdę, ale na szczęście już jest lepiej.
No to się pozbierałam, obejrzałam ( zwłaszcza nowe ubrudzone już rękawiczki ) i pojechaliśmy dalej.
Daleko nie zajechaliśmy, a Labudu zgubił czujnik od licznika. Repecił się tam w krzakach długo, ale w końcu znalazł i pojechaliśmy dalej.
Jakieś 10 minut potem, jadąc za Labudu, znowu zostałam zaatakowana przez dość duży patol i wjechałam w tylne koło Labudu, który nagle się zatrzymał.
Po wyjeździe z Lasu , podziwiając widoki ( Tatry w oddali i zachodzące słonce) spostrzegliśmy, że nie ma Krysi i Marcina. Labudu wrócił po nich, za chwilę przyjechali wszyscy i śmiali się jakby co najmniej w tym lesie po jednym zielonym kręconym wypalili.
Okazało się, ża Labudu powiedział:
Menda, chyba skrzywiła mi przerzutkę
Marcin zapytał: Kto Iza?
Labudu: nie… gałąź…
A potem okazało się, że w lesie nic nie palili tylko Krysia postanowiła wykazać się niesamowitą solidarnością ze mną ( po raz kolejny) i zaliczyła bliskie spotkanie z matką ziemią, aczkolwiek z pewnością nie tak widowiskowe jak moje.
A potem to już powrót w ciemnościach, wśród mgieł unoszących się nad wzgórzami…. Po prostu jesienne klimaty.
Niestety Krysi coś weszło w biodro i ja pewne podejrzenia mam. Ponieważ kolega Sufa ma problemy z biodrem i ponieważ żarliwie się ostatnio modli w intencji Krystyny, boję się, że te modlitwy poszły w trochę złym kierunku, bo jednak modlitw Sufy to ja się obawiam, a może bardziej reakcji Pana Boga na te modlitwy. Tak więc myślę, sobie, że całkiem możliwe, że to co miał w biodrze Sufa weszło teraz w Krysię.
Trzeba będzie chyba jakieś gusła, a może nawet egozorcyzmy odprawić, bo tak być nie może, żeby dziewczyna pedałować nie mogła.
A jak napisałam wczoraj: Bóg tkwi w szczegółach, a diabeł jest wszędzie...

Z Sufą na Hołda Race© lemuriza1972

Się coś ociągają:)© lemuriza1972

W Lesie Milowskim© lemuriza1972

Na Panieńskiej Górze© lemuriza1972

Mgła nad terenami wroga© lemuriza1972

Jeszcze trochę widoczków© lemuriza1972

Marcin, Krysia i Labudu© lemuriza1972

Zachód słońca© lemuriza1972

Tatry w oddali© lemuriza1972
A generalnie to jesień idzie. Co widać, słychać i czuć.

Jesień idzie© lemuriza1972
- DST 48.00km
- Teren 15.00km
- Czas 02:28
- VAVG 19.46km/h
- Aktywność Jazda na rowerze
Wtorek, 3 września 2013
W Krainie Czarów czyli na Hołda RAce
Po dla jednych bardzo udanym, dla drugich mniej, występie gościnnym w Wiśle, udałyśmy się za pilotem Sufą w dalszą drogę czyli na Ślunsk:). Ślunsk okazał się Krainą Czarów ( Czarną Krainą), no bo ledwie byłyśmy w Chorzowie a tu nagle w Bytomiu jesteśmy, kościół z daleka jakiś podziwiamy, dojeżdżamy bliżej nieco, a tu napis Poczta Polska, po trasie wyścigu xc chodzimy, nie było zjazdu, a nagle zjazd się pojawił, bo go chłopaki z Gomoli wymyślili sobie zrobić ( chyba po to żeby fajne zdjęcia mieć, bo działo się na tym zjeździe oj działo), ludzie jakimś dziwnym językiem mówili: kaj Iza masz rower?
o.. keta mu spadła
( wiecie co to keta, ha?).
A krajobrazy były tam takie:

Podobno Bóg tkwi w szczegółach, a diabeł jest wszędzie.
Tutaj na pewno był.

No, ale od początku.
Prezes Gomola Trans Airco czyli Darek jego Rodzina , dwa koty i dwa psy udzielili nam gościny w tej Krainie Czarów, co byśmy mogły na drugi dzień pooglądać z bliska Hołda Race czyli jedyny w swoim rodzaju wyścig na terenie byłej kopalni.
Niektórzy ( proszę zerknąć na bloga kolegi Sufy) wyścig ten nazwali Mistrzostwami Świata w kolarstwie górniczym, co zważywaszy na to że na jednym zjeździe widziałam kolegę z łopatą ma zapewne swoje uzasadnienie.
Kolega niby po każdym przejeździe coś tam odsypywał, co by się chłopakom i dziewczynom lepiej jechało, ale ja to mam spore wątpliwości, czy naprawdę tak było, czy czasem nie kopał dołków, bo jakoś dziwnym trafem pełno paparazzich w tym miejscu było.
No, ale znowu zasadniczo od tematu odbiegłam.
Pobudka o 4.30. Prezes zaspał, bo bateria mu się w telefonie rozładowała, no i Hołda Race mógł być zagrożony, ale po co się w domu ma psa? Pies Prezesa obudził i niedługo potem byliśmy już na miejscu, gdzie miały zostać rozegrane te jedyne w swoim rodzaju zawody.
A Prezes wygląda tak:

Była 6.00 rano, zaczął padać deszcz…
Robiło się coraz bardziej bajkowo…

Na terenie tej byłej kopalni dzisiaj jest m.in. pole golfowe .


Pani Krystyna namawiała mnie na start w tych zawodach, ale maraton dnia poprzedniego i kolejna nieprzespana noc dały mi się we znaki.
I nawet przysnęłam na chwilę w samochodzie. Na nogi postawiła mnie dopiero bułka z salami, przygotowana przez szwagra Prezesa.
Chyba trzeba będzie pomyśleć o takiej diecie przedmaratonowej. Skoro po takiej bułce skacze się potem tak wysoko, no to może i pod górę będzie się jechać szybciej?
Na nogi postawiło mnie też niewątpliwie spotkanie z Jarkiem Miodońskim, którego wracając ze sklepu , spotkałyśmy.
Padał deszcz, potem padać przestał, ściągnęłam więc kaptur, a Jarek na to:
A co ci się stało? Polowy włosów nie masz….
Popatrzyłyśmy z Krysią na siebie zdumione.
Pomyślałam: Przebóg… no ciężki miałam ubiegły rok, trochę włosy traciłam, ale żeby aż tak…?
Sprawa się wyjaśniła , bo Jarek chyba mnie dawno nie widział i o długość włosów mu chodziło. Uffff….
W każdym bądź razie otrzeźwiło mnie to zupełnie.
Jarek stanął w Biurze Zawodów, a Wiola, która robiła zapisy zapytała: ( młoda jest trzeba jej wybaczyć, nie startuje długo).
„Jak się pan nazywa?”
Towarzystwo wokół prychnęło śmiechem. Powiedziałam: no nie, nie znają cię tutaj.
Krysia powiedziała: sława przemija.
A kolega Jarka powiedział: Bob Marley.
No bo Jarek wygląda tak:

Powoli zaczynał się czas na rozpoczęcie zawodów, a chłopaki i dziewczyny z Gomoli powoli wszystko wokół zmieniali.
Nagle pojawiły się namioty, stoiska, tor przeszkód dla dzieci i inne atrakcje.
A ja i Sufa poszliśmy sobie na trasę i taki o to sposobem cały dzień spędziłam na tej trasie. Potem dołączyła do nas Krysia i Mamba. I tak sobie chodziliśmy obserwując najpierw rozgrzewkę, a potem zawody.


A zawody sobie jechały trasą zupełnie niezwykłą jak już wspomniałam, no bo i pole golfowe było, i Rock Garden był i Sztywny Pal Azji oraz również Mordor i jakieś żwirowisko zupełnie nieprawdpodobne.
I nawet szyb górniczy o wdzięcznej nazwie.. Krystyna.



A zawodnicy czasem mieli kłopoty…

A my mnóstwo atrakcji…



Bywały momenty dramatyczne….

A w Rock Gardenie był trójkąt bermudzki na którym większość popełniała błędy i padała, niektórzy to nawet wpadali na fotografa Sufę, tak więc…





Zawody jednak odbywały się gdzieś tam w tle, bo na plan pierwszy wysunęły się mistrzostwa świata a nawet rzec można Wszechświata drugiego planu, w którym prym wiodła Pani Krystyna.





Jedno, było zdumiewające, bo całą trasę przeszliśmy ale ani jednej Bozi nie było, ale może w sumie nic dziwnego w tym nie ma, bo przecież z Sufą chodziłyśmy, a on nawet jednej Bozi nie potrafi znaleźć już tyle czasu…
Podsumowując: Wyścig z rozmachem na terenie bajkowym, kawał dobrej roboty wykonany przez Gomola Trans Airco (trasę chwaliły takie sławy, jak Mirek Bienasz i Jarek vel Bob Marley). Brawo.
Ja tylko jedno pytanko mam ( Do Sufy):
Skoro były mistrzostwa drugiego planu to kaj medale Sufa?
o.. keta mu spadła
( wiecie co to keta, ha?).
A krajobrazy były tam takie:

Księżycowe krajobrazy© lemuriza1972
Podobno Bóg tkwi w szczegółach, a diabeł jest wszędzie.
Tutaj na pewno był.

Mordor© lemuriza1972
No, ale od początku.
Prezes Gomola Trans Airco czyli Darek jego Rodzina , dwa koty i dwa psy udzielili nam gościny w tej Krainie Czarów, co byśmy mogły na drugi dzień pooglądać z bliska Hołda Race czyli jedyny w swoim rodzaju wyścig na terenie byłej kopalni.
Niektórzy ( proszę zerknąć na bloga kolegi Sufy) wyścig ten nazwali Mistrzostwami Świata w kolarstwie górniczym, co zważywaszy na to że na jednym zjeździe widziałam kolegę z łopatą ma zapewne swoje uzasadnienie.
Kolega niby po każdym przejeździe coś tam odsypywał, co by się chłopakom i dziewczynom lepiej jechało, ale ja to mam spore wątpliwości, czy naprawdę tak było, czy czasem nie kopał dołków, bo jakoś dziwnym trafem pełno paparazzich w tym miejscu było.
No, ale znowu zasadniczo od tematu odbiegłam.
Pobudka o 4.30. Prezes zaspał, bo bateria mu się w telefonie rozładowała, no i Hołda Race mógł być zagrożony, ale po co się w domu ma psa? Pies Prezesa obudził i niedługo potem byliśmy już na miejscu, gdzie miały zostać rozegrane te jedyne w swoim rodzaju zawody.
A Prezes wygląda tak:

Prezes© lemuriza1972
Była 6.00 rano, zaczął padać deszcz…
Robiło się coraz bardziej bajkowo…

Rozładunek© lemuriza1972
Na terenie tej byłej kopalni dzisiaj jest m.in. pole golfowe .

Pole golfowe© lemuriza1972

Pole golfowe2© lemuriza1972
Pani Krystyna namawiała mnie na start w tych zawodach, ale maraton dnia poprzedniego i kolejna nieprzespana noc dały mi się we znaki.
I nawet przysnęłam na chwilę w samochodzie. Na nogi postawiła mnie dopiero bułka z salami, przygotowana przez szwagra Prezesa.
Chyba trzeba będzie pomyśleć o takiej diecie przedmaratonowej. Skoro po takiej bułce skacze się potem tak wysoko, no to może i pod górę będzie się jechać szybciej?
Na nogi postawiło mnie też niewątpliwie spotkanie z Jarkiem Miodońskim, którego wracając ze sklepu , spotkałyśmy.
Padał deszcz, potem padać przestał, ściągnęłam więc kaptur, a Jarek na to:
A co ci się stało? Polowy włosów nie masz….
Popatrzyłyśmy z Krysią na siebie zdumione.
Pomyślałam: Przebóg… no ciężki miałam ubiegły rok, trochę włosy traciłam, ale żeby aż tak…?
Sprawa się wyjaśniła , bo Jarek chyba mnie dawno nie widział i o długość włosów mu chodziło. Uffff….
W każdym bądź razie otrzeźwiło mnie to zupełnie.
Jarek stanął w Biurze Zawodów, a Wiola, która robiła zapisy zapytała: ( młoda jest trzeba jej wybaczyć, nie startuje długo).
„Jak się pan nazywa?”
Towarzystwo wokół prychnęło śmiechem. Powiedziałam: no nie, nie znają cię tutaj.
Krysia powiedziała: sława przemija.
A kolega Jarka powiedział: Bob Marley.
No bo Jarek wygląda tak:

Jarek zwany Dramatem© lemuriza1972
Powoli zaczynał się czas na rozpoczęcie zawodów, a chłopaki i dziewczyny z Gomoli powoli wszystko wokół zmieniali.
Nagle pojawiły się namioty, stoiska, tor przeszkód dla dzieci i inne atrakcje.
A ja i Sufa poszliśmy sobie na trasę i taki o to sposobem cały dzień spędziłam na tej trasie. Potem dołączyła do nas Krysia i Mamba. I tak sobie chodziliśmy obserwując najpierw rozgrzewkę, a potem zawody.

Sufa fotograf© lemuriza1972

Trasa© lemuriza1972
A zawody sobie jechały trasą zupełnie niezwykłą jak już wspomniałam, no bo i pole golfowe było, i Rock Garden był i Sztywny Pal Azji oraz również Mordor i jakieś żwirowisko zupełnie nieprawdpodobne.
I nawet szyb górniczy o wdzięcznej nazwie.. Krystyna.

Krystyna i Jarek w Rock Garden© lemuriza1972

Na trasie© lemuriza1972

Mordor© lemuriza1972
A zawodnicy czasem mieli kłopoty…

" Nie ma mowy, nie da rady zjechać"© lemuriza1972
A my mnóstwo atrakcji…

A może zagramy w golfa?© lemuriza1972

Frakcja tarnowska czyli kibice z Tarnowa, kolarze też© lemuriza1972

Iza, Krystyna i nieczynna Krystyna w tle© lemuriza1972
Bywały momenty dramatyczne….

Po zielonym kręconym bywa i tak© lemuriza1972
A w Rock Gardenie był trójkąt bermudzki na którym większość popełniała błędy i padała, niektórzy to nawet wpadali na fotografa Sufę, tak więc…

Wypijmy za błędy© lemuriza1972

Kibicowanie w Rock Garden© lemuriza1972

Czasem trzeba trochę oddychnąć© lemuriza1972

Eliminacja... konkurencji© lemuriza1972

Jadą, czy się boją?© lemuriza1972
Zawody jednak odbywały się gdzieś tam w tle, bo na plan pierwszy wysunęły się mistrzostwa świata a nawet rzec można Wszechświata drugiego planu, w którym prym wiodła Pani Krystyna.

Mistrzyni:)© lemuriza1972

Wysoko, wysoko:)© lemuriza1972

Mistrzostwa Świata a może nawet Wszech... drugiego planu© lemuriza1972

Gomola zadbała nawet o zapas na trasie:)© lemuriza1972

Mordor czy jak mu tam było© lemuriza1972

Trochę węgla się przywiozło:)© lemuriza1972
Jedno, było zdumiewające, bo całą trasę przeszliśmy ale ani jednej Bozi nie było, ale może w sumie nic dziwnego w tym nie ma, bo przecież z Sufą chodziłyśmy, a on nawet jednej Bozi nie potrafi znaleźć już tyle czasu…
Podsumowując: Wyścig z rozmachem na terenie bajkowym, kawał dobrej roboty wykonany przez Gomola Trans Airco (trasę chwaliły takie sławy, jak Mirek Bienasz i Jarek vel Bob Marley). Brawo.
Ja tylko jedno pytanko mam ( Do Sufy):
Skoro były mistrzostwa drugiego planu to kaj medale Sufa?
- Aktywność Jazda na rowerze
Niedziela, 1 września 2013
Jak skoczyłyśmy do Wisły ( na maraton)
No tak.
Zupełnie jakoś tak niespodziewanie i nieplanowanie , w drodze na Hołda Race ( ale niekoniecznie po drodze) skoczyłysmy do Wisły na Bikemaraton.
A było to tak .. wyjazd na Hołdę, był od dawna planowany.
Podczas niedzielnej jazdy, a właściwie "przed" Krysia zapytała mnie czy chcę wystartować w Wiśle?
Jakiej Wiśle? - pomyślałam. Nie wiedziałam bowiem, że w sobotę jest jakiś maraton w Wiśle i że my tam będziemy.
No... i powiedziała i już było .. po mnie, bo no jak to być na miejscu i nie wystartować w maratonie? Mój entuzjazm trochę opadł, kiedy zobaczyłam, że na 42 km jest 1900 m przewyższenia, bo jedyny maraton, który w tym roku jechałam, o tak dużym przewyższeniu to była Piwniczna.
A to było prawie dwa miesiące temu.
No, ale ta myśl o maratonie już była we mnie "zasiana" i wiedziałam, że na 99% pojadę.
Relacja z maratonu jutro. Dzisiaj tylko króciutko : trasa fajna, kondycyjnie wymagająca, technicznie mniej, chociaż zjazdy do bardzo łatwych na pewno nie należały ( ale to takie zjazdy jak lubię, luźne kamienie, z gatunku takich większych, nie takie mega szutrowe szerokie drogi - a takich się spodziewałam, więc na plus byłam zaskoczona, jak zobaczyłam, że to jednak nie takie szutry klasyczne).
Ze swojej jazdy ( z wyjątkiem zjazdów) nie jestem zadowolona, (kiepski dość czas).
miejsce w kategorii 2 , ale jechało tylko 3 panie z K4, wiec to miejsce jest mało znaczące i niewiele mówiące:).
Krysia była zmuszona jechać mega ( dziwny regulamin od tego roku u Grabka, kobietom na giga wstęp zabroniony).
Pojechała bardzo dobrze, bardzo dobry czas i 3 miejsce w K3.
A przed maratonem, szukając wc znalazłyśmy coś takiego.. no i Krysia odleciała:)

Relacja jutro, a osobny wpis poświęcę Hołda Race, ale to wtedy jak Sufa zamieści swoje zdjęcia.
Bo do tego wpisu te zdjęcia obowiązkowo być muszą:)
Zupełnie jakoś tak niespodziewanie i nieplanowanie , w drodze na Hołda Race ( ale niekoniecznie po drodze) skoczyłysmy do Wisły na Bikemaraton.
A było to tak .. wyjazd na Hołdę, był od dawna planowany.
Podczas niedzielnej jazdy, a właściwie "przed" Krysia zapytała mnie czy chcę wystartować w Wiśle?
Jakiej Wiśle? - pomyślałam. Nie wiedziałam bowiem, że w sobotę jest jakiś maraton w Wiśle i że my tam będziemy.
No... i powiedziała i już było .. po mnie, bo no jak to być na miejscu i nie wystartować w maratonie? Mój entuzjazm trochę opadł, kiedy zobaczyłam, że na 42 km jest 1900 m przewyższenia, bo jedyny maraton, który w tym roku jechałam, o tak dużym przewyższeniu to była Piwniczna.
A to było prawie dwa miesiące temu.
No, ale ta myśl o maratonie już była we mnie "zasiana" i wiedziałam, że na 99% pojadę.
Relacja z maratonu jutro. Dzisiaj tylko króciutko : trasa fajna, kondycyjnie wymagająca, technicznie mniej, chociaż zjazdy do bardzo łatwych na pewno nie należały ( ale to takie zjazdy jak lubię, luźne kamienie, z gatunku takich większych, nie takie mega szutrowe szerokie drogi - a takich się spodziewałam, więc na plus byłam zaskoczona, jak zobaczyłam, że to jednak nie takie szutry klasyczne).
Ze swojej jazdy ( z wyjątkiem zjazdów) nie jestem zadowolona, (kiepski dość czas).
miejsce w kategorii 2 , ale jechało tylko 3 panie z K4, wiec to miejsce jest mało znaczące i niewiele mówiące:).
Krysia była zmuszona jechać mega ( dziwny regulamin od tego roku u Grabka, kobietom na giga wstęp zabroniony).
Pojechała bardzo dobrze, bardzo dobry czas i 3 miejsce w K3.
A przed maratonem, szukając wc znalazłyśmy coś takiego.. no i Krysia odleciała:)

"Lecę , bo chcę"© lemuriza1972
Relacja jutro, a osobny wpis poświęcę Hołda Race, ale to wtedy jak Sufa zamieści swoje zdjęcia.
Bo do tego wpisu te zdjęcia obowiązkowo być muszą:)
- Aktywność Jazda na rowerze
Sobota, 31 sierpnia 2013
Bike Maraton Wisła
&feature=youtu.be
Bike Maraton Wisła
Maraton nr 41
Kategoria: miejsce 2
Open : 344
Jak już wspomniałam we wcześniejszym wpisie, ten maraton „wyszedł” mi trochę przypadkowo.
Pojechałam, bo skoro i tak miałyśmy być w Wiśle, pomyślałam, że skorzystam z okazji przejechania maratonu w górach. Tym bardziej, że Wierchomla mi nie wyszła.
Obawy były, bo chociaż technicznie nie bardzo trudno, to przewyższenie słuszne ( jak podawali na stronie orga prawie 1900m ) na 42 km.
Czyli jest co jechać.
W Wiśle byłyśmy wcześnie, ot dobrodziejstwo autostrady, którą teraz do Krakowa można dostać się tak szybko.
Niestety wyjątkowo tego dnia moje nastawienie psychiczne było złe.
Wczesna pobudka ( 4.30) dawała znać o sobie, chociaż to był najmniejszy problem. Poprzedniego wieczoru dotarły do mnie niezbyt dobre informacje z Mielca, a to spowodowało dość spory stres i napięcie i takie dość duże „oderwanie się” od tego maratonu.
Dość powiedzieć, że pierwszą rzeczą jaką zrobiłam po przejechaniu mety był telefon do siostry. Przez całą trasę gdzieś tam z tyłu głowy była myśl. A takim napięciu nie jedzie się fajnie. Dawno nie czułam się tak źle prze maratonem. Z trudem przełykałam śniadanie, ręce mi się trzęsły.
Psychika z powodów powiedzmy pozasportowych tego dnia siadła mi nieco.
Ale to nie zmienia faktu, że fizycznie nie jestem do tego sezonu przygotowana i na trasie to odczuwam.
Jako, że to był mój pierwszy start u Grabka w tym roku ( ba, nawet od 3 lat), przypadł mi zaszczytny 7 sektor startowy. Co to oznacza przekonałam się dopiero jak peleton ruszył.
W sektorze staliśmy z Michałem Plebankiem z Tarnowa patrząc przed siebie i nie wierząc własnym oczom, że tyle osób mamy przed sobą. Nie wiem.. to było 400, 500?
U Grabka start wszystkich dystansów, nawet mini odbywa się jednocześnie.
Generalnie wyjeżdżając na rozgrzewkę , czułyśmy się trochę wyobcowane. Znajomych twarzy nie ma, atmosfera też trochę inna niż u GG i na Cyklo.
Jak zobaczyłyśmy żółto- czarne stroje teamu z Katowic ( znane nam z GG), to była radość.
I radość była kiedy w sektorze ktoś do mnie podszedł i powiedział:
Macham ci i macham, a ty nic.
Versus, krakowski Zielony, tym razem ubrany na niebiesko-czerwono w barwach swojego drugiego teamu. Powiedziałam mu, że maskuje się i dlaczego nie na zielono, a on na to: że w Rowerowaniu jeździ dla przyjemności, a dzisiaj przyjechał do roboty.
Był też Jaciu ( Topór) z synem,. I Versus i Jaciu jechali jako asysta z dziećmi na mini.
Pogoda dopisała, słonce, przyjemna temperatura, chociaż na pierwszym podjeździe grzało niemiłosiernie.
Ten start z 7 sektora, wraz z dzieciakami z mini, to był start jakiego jeszcze nie przeżyłam.
Ruszyliśmy wolno, byłam zdziwiona co tak wolno.. w końcu zaczęłam wyprzedzać, co łatwe na deptaku w Wiśle nie było, ale jakoś udawało się przemykać.
I tak niestety nie udało się zająć jakiejś dogodnej pozycji przed pierwszym podjazdem, bo sił to aż tyle nie mam, żeby tyle luda wyprzedzić. A podjazd po chwili zrobił się węższy i bardziej nastromiony i zaczęły się problemy.
Podobne jak na Obidzy w Piwnicznej, z tymże zwielokrotnione. Dla wielu osób to był podjazd zbyt siłowy, nie dawały sobie na nim rady, spadały z rowerów. Ja też musiałam schodzić, chyba ze 3 razy, kiedy nagle przede mną ktoś się zatrzymywał. Ciężko to opisać, ale no .. trudny początek.
Oczywiście ja to wszystko rozumiem, to jest przecież impreza amatorska i ludzie prezentują bardzo różny poziom i chwała im za to, ze wsiadają na rowery, ale puszczanie mini z mega i giga, to jednak nieporozumienie, za dużo stresu kosztuje to i tych z mini i tych z mega i giga i stwarza niebezpieczne sytuacje.
Ten pierwszy podjazd był asfaltowo-płytowy, miał 5 km, ale oceniam go na trudniejszy niż ten na Wierchomlę , chociaż na Wierchomlę był szuter. Nastromienie było jednak dużo mniejsze.
Potem zjazd i jestem na rozjeździe na mega. Martwiłam się, że nie zdążę ( limit czasu), ale spokojnie, ten limit był na tyle rozsądny, że naprawdę bez spinania się , można było zdążyć.
No i po rozjeździe zaczął się maraton. Przeludniło się, bo mini pojechało w swoją stronę , a na mega zaczęły się ostre podjazdy. Jeden za drugim.
Niby nietrudne technicznie, ale sztywne, a co za tym idzie męczące.
Między tymi podjazdami na szczęście było trochę zjazdów. I tu spotkała mnie niespodzianka, bo to nie były zjazdy szutrowe, takie jakich się spodziewałam i takie jakie ćwiczyłam w czwartek, a zjazdy z niedużymi, luźnymi, ostrymi kamieniami ( momentami przypominające te w okolicy Przehyby i Wlk. Rogacza), a takie zjazdy to ja bardzo lubię.
Na nich czuję się pewnie, jakoś dużo bezpieczniej czuję się na takich kamieniach, niż na drogach w całości szutrowych. Te zjazdy były fajne, urozmaicone i byłam mile zaskoczona, że u Grabka można sobie tak fajnie pozjeżdżać. Było parę fajnych singli, były korzenie.
Chyba idzie ten cykl w dobrym kierunku ( jeśli tak wyglądają pozostałe edycje).
Oczywiście do niektórych zjazdów z tras Golonki, to tym zjazdom dużo brakowało, ale było się gdzie „wyszaleć”. W mojej części stawki ludzie nie zjeżdżali rewelacyjnie, więc czułam się momentami jak mistrz zjazdu. Fajne uczucie.
Ale z podjeżdżaniem było zdecydowanie gorzej.
No tak to już jest w tym roku. Ale kiedy się mocy nie robi, kiedy nie ma podjazdowych treningów, tylko wycieczki, no to raczej trudno o jakąś moc.
A może są jakieś inne przyczyny? Nie wiem, myślę, zastanawiam się. Waga najgorsza nie jest, chociaż gdyby było 2 kg mniej to by pewnie było lepiej.
Wytrzymałościowo jest nieźle. To zapewne zasługa jazd z Adamem i Krysią, ale mocy nie ma wielkiej. Takiej jak kiedyś na pewno nie ma.
Ale i tak pomimo tego zdarzało mi się na podjazdach panów wyprzedzać.
W pewnym momencie ujrzałam kolegę Bikeholika, stał na poboczu. Okazało się, że złapał kapcia. Zaczął biec z rowerem. Potem spotkałam go raz jeszcze na trasie, przedstawił mi się, bo nie znaliśmy się wcześniej i powiedział, ze wtedy jak go mijałam nie miał dętki.
No szkoda, ze się nie zgadaliśmy, bo przecież dałabym mu swoją.
To w ogóle był maraton rekordowy chyba pod względem ilości złapanych gum.
Podejrzewam, że u wielu osób zaszwankował wybór ogumienia. Owszem było sucho, nawet bardzo, ale to są Beskidy i o tym trzeba pamiętać. Tu są ostre kamienie.
Naprawdę było gdzie przeciąć oponę, dobić.
W którymś momencie trasy spotkałam Michała Plebanka, jak wkładał dętkę. Zły jak osa. Nie dziwię się. Potem okazało się, że złapał dwie gumy tego dnia.
No i tak sobie jechałam, walcząc ze złymi myślami. Oddalając je od siebie. Jak mogłam mobilizowałam się, ale to była walka głownie z samą sobą, a nie z przeciwnikami. Na horyzoncie żadnej dziewczyny, więc trudniej o mobilizację, chociaż oczywiście widząc jakiegoś pana przed sobą, powtarzałam sobie: trzeba do niego dojechać, trzeba go minąć.
Czasem się udawało. Niestety za kolejnym bufetem zaczął się największy koszmarek tego dnia. Bardzo długiiiii , pewnie co najmniej kilometrowy ( nie potrafię sobie przypomnieć jak długo to mogło trwać) podpych po luźnych kamieniach. Stromy…
To było straszne… ja kiepsko chodzę, wolno, męczę się ogromnie chodząc z rowerem, który waży w końcu 11, 6 kg, więc trochę tego „żelastwa” podepchać trzeba. Na tym podpychu wyprzedziła mnie masa ludzi. No cóż.. trudno.
Oprócz pięknych krajobrazów, na które czasem udało mi się rzucić okiem ( a te tereny lubię wyjątkowo, bo to naprawdę piękne góry i doskonałe miejsce do jazdy na rowerze), było kilka bardzo miłych akcentów.
Np. Kibice, którzy bili brawo, dopingowali. Dwie Panie krzyczały do mnie: kobieta, kobieta… jest pani pierwsza…
Uśmiechnęłam się mówiąc: na pewno nie.
One: ale dla nas jest pani pierwsza.
Generalnie kibice bardzo miło zawsze reagują na widok kobiety jadącej w maratonie, doceniając jej wysiłek. To jest bardzo budujące, wtedy pomimo zmęczenia uśmiecham się zawsze i dziękuję.
Mijał mnie też jakiś chłopak mówiąc: Jak idzie? Ty jeździsz u Golonki, prawda?
Ja: no.. w zasadzie to w tym roku byłam tylko w Piwnicznej.
On: fajna pogoda była…prawda?
W którymś momencie, jakaś pani na mój widok powiedziała do dziecka: przejdziemy jak on przejedzie.
Dziecko oburzone: to nie on! To dziewczyna!
Była też niespodzianka w postaci ostatniego terenowego zjazdu, naprawdę bardzo fajnego, niełatwego.
No i do mety. Jadąc do niej, ostatnie kilometry ( pewnie jakieś 2), to był już asfalt, próbowałam dogonić kogoś jadącego przede mną i wpadłam na tę metę z impetem, ale dogonić mi się nie udało.
Na mecie Krysia ze swoimi Gomolami.
Okazało się, że była 3 w kategorii ( bardzo dobry czas! Jest mocarz, ja przy niej jestem cienias nad cieniasami).
Niestety na dekorację nie zdążyłyśmy. Byłyśmy przekonane, ze jest o 16, poszłyśmy się przebrać, jak wróciłyśmy było już po.
Na zakończenie dnia w Wiśle, pizza w towarzystwie Sufy i Marcina z Gomoli, którzy potem byli naszymi pilotami w drodze na Śląsk, a konkretnie do Chorzowa, gdzie miałyśmy spędzić noc.
Ale o tym w odcinku jutrzejszym
Cdn
PS Dzisiaj tylko krótki zwiastun jak było na Śląsku podczas kibicowania zawodnikom na Hołda Race











Bike Maraton Wisła
Maraton nr 41
Kategoria: miejsce 2
Open : 344
Jak już wspomniałam we wcześniejszym wpisie, ten maraton „wyszedł” mi trochę przypadkowo.
Pojechałam, bo skoro i tak miałyśmy być w Wiśle, pomyślałam, że skorzystam z okazji przejechania maratonu w górach. Tym bardziej, że Wierchomla mi nie wyszła.
Obawy były, bo chociaż technicznie nie bardzo trudno, to przewyższenie słuszne ( jak podawali na stronie orga prawie 1900m ) na 42 km.
Czyli jest co jechać.
W Wiśle byłyśmy wcześnie, ot dobrodziejstwo autostrady, którą teraz do Krakowa można dostać się tak szybko.
Niestety wyjątkowo tego dnia moje nastawienie psychiczne było złe.
Wczesna pobudka ( 4.30) dawała znać o sobie, chociaż to był najmniejszy problem. Poprzedniego wieczoru dotarły do mnie niezbyt dobre informacje z Mielca, a to spowodowało dość spory stres i napięcie i takie dość duże „oderwanie się” od tego maratonu.
Dość powiedzieć, że pierwszą rzeczą jaką zrobiłam po przejechaniu mety był telefon do siostry. Przez całą trasę gdzieś tam z tyłu głowy była myśl. A takim napięciu nie jedzie się fajnie. Dawno nie czułam się tak źle prze maratonem. Z trudem przełykałam śniadanie, ręce mi się trzęsły.
Psychika z powodów powiedzmy pozasportowych tego dnia siadła mi nieco.
Ale to nie zmienia faktu, że fizycznie nie jestem do tego sezonu przygotowana i na trasie to odczuwam.
Jako, że to był mój pierwszy start u Grabka w tym roku ( ba, nawet od 3 lat), przypadł mi zaszczytny 7 sektor startowy. Co to oznacza przekonałam się dopiero jak peleton ruszył.
W sektorze staliśmy z Michałem Plebankiem z Tarnowa patrząc przed siebie i nie wierząc własnym oczom, że tyle osób mamy przed sobą. Nie wiem.. to było 400, 500?
U Grabka start wszystkich dystansów, nawet mini odbywa się jednocześnie.
Generalnie wyjeżdżając na rozgrzewkę , czułyśmy się trochę wyobcowane. Znajomych twarzy nie ma, atmosfera też trochę inna niż u GG i na Cyklo.
Jak zobaczyłyśmy żółto- czarne stroje teamu z Katowic ( znane nam z GG), to była radość.
I radość była kiedy w sektorze ktoś do mnie podszedł i powiedział:
Macham ci i macham, a ty nic.
Versus, krakowski Zielony, tym razem ubrany na niebiesko-czerwono w barwach swojego drugiego teamu. Powiedziałam mu, że maskuje się i dlaczego nie na zielono, a on na to: że w Rowerowaniu jeździ dla przyjemności, a dzisiaj przyjechał do roboty.
Był też Jaciu ( Topór) z synem,. I Versus i Jaciu jechali jako asysta z dziećmi na mini.
Pogoda dopisała, słonce, przyjemna temperatura, chociaż na pierwszym podjeździe grzało niemiłosiernie.
Ten start z 7 sektora, wraz z dzieciakami z mini, to był start jakiego jeszcze nie przeżyłam.
Ruszyliśmy wolno, byłam zdziwiona co tak wolno.. w końcu zaczęłam wyprzedzać, co łatwe na deptaku w Wiśle nie było, ale jakoś udawało się przemykać.
I tak niestety nie udało się zająć jakiejś dogodnej pozycji przed pierwszym podjazdem, bo sił to aż tyle nie mam, żeby tyle luda wyprzedzić. A podjazd po chwili zrobił się węższy i bardziej nastromiony i zaczęły się problemy.
Podobne jak na Obidzy w Piwnicznej, z tymże zwielokrotnione. Dla wielu osób to był podjazd zbyt siłowy, nie dawały sobie na nim rady, spadały z rowerów. Ja też musiałam schodzić, chyba ze 3 razy, kiedy nagle przede mną ktoś się zatrzymywał. Ciężko to opisać, ale no .. trudny początek.
Oczywiście ja to wszystko rozumiem, to jest przecież impreza amatorska i ludzie prezentują bardzo różny poziom i chwała im za to, ze wsiadają na rowery, ale puszczanie mini z mega i giga, to jednak nieporozumienie, za dużo stresu kosztuje to i tych z mini i tych z mega i giga i stwarza niebezpieczne sytuacje.
Ten pierwszy podjazd był asfaltowo-płytowy, miał 5 km, ale oceniam go na trudniejszy niż ten na Wierchomlę , chociaż na Wierchomlę był szuter. Nastromienie było jednak dużo mniejsze.
Potem zjazd i jestem na rozjeździe na mega. Martwiłam się, że nie zdążę ( limit czasu), ale spokojnie, ten limit był na tyle rozsądny, że naprawdę bez spinania się , można było zdążyć.
No i po rozjeździe zaczął się maraton. Przeludniło się, bo mini pojechało w swoją stronę , a na mega zaczęły się ostre podjazdy. Jeden za drugim.
Niby nietrudne technicznie, ale sztywne, a co za tym idzie męczące.
Między tymi podjazdami na szczęście było trochę zjazdów. I tu spotkała mnie niespodzianka, bo to nie były zjazdy szutrowe, takie jakich się spodziewałam i takie jakie ćwiczyłam w czwartek, a zjazdy z niedużymi, luźnymi, ostrymi kamieniami ( momentami przypominające te w okolicy Przehyby i Wlk. Rogacza), a takie zjazdy to ja bardzo lubię.
Na nich czuję się pewnie, jakoś dużo bezpieczniej czuję się na takich kamieniach, niż na drogach w całości szutrowych. Te zjazdy były fajne, urozmaicone i byłam mile zaskoczona, że u Grabka można sobie tak fajnie pozjeżdżać. Było parę fajnych singli, były korzenie.
Chyba idzie ten cykl w dobrym kierunku ( jeśli tak wyglądają pozostałe edycje).
Oczywiście do niektórych zjazdów z tras Golonki, to tym zjazdom dużo brakowało, ale było się gdzie „wyszaleć”. W mojej części stawki ludzie nie zjeżdżali rewelacyjnie, więc czułam się momentami jak mistrz zjazdu. Fajne uczucie.
Ale z podjeżdżaniem było zdecydowanie gorzej.
No tak to już jest w tym roku. Ale kiedy się mocy nie robi, kiedy nie ma podjazdowych treningów, tylko wycieczki, no to raczej trudno o jakąś moc.
A może są jakieś inne przyczyny? Nie wiem, myślę, zastanawiam się. Waga najgorsza nie jest, chociaż gdyby było 2 kg mniej to by pewnie było lepiej.
Wytrzymałościowo jest nieźle. To zapewne zasługa jazd z Adamem i Krysią, ale mocy nie ma wielkiej. Takiej jak kiedyś na pewno nie ma.
Ale i tak pomimo tego zdarzało mi się na podjazdach panów wyprzedzać.
W pewnym momencie ujrzałam kolegę Bikeholika, stał na poboczu. Okazało się, że złapał kapcia. Zaczął biec z rowerem. Potem spotkałam go raz jeszcze na trasie, przedstawił mi się, bo nie znaliśmy się wcześniej i powiedział, ze wtedy jak go mijałam nie miał dętki.
No szkoda, ze się nie zgadaliśmy, bo przecież dałabym mu swoją.
To w ogóle był maraton rekordowy chyba pod względem ilości złapanych gum.
Podejrzewam, że u wielu osób zaszwankował wybór ogumienia. Owszem było sucho, nawet bardzo, ale to są Beskidy i o tym trzeba pamiętać. Tu są ostre kamienie.
Naprawdę było gdzie przeciąć oponę, dobić.
W którymś momencie trasy spotkałam Michała Plebanka, jak wkładał dętkę. Zły jak osa. Nie dziwię się. Potem okazało się, że złapał dwie gumy tego dnia.
No i tak sobie jechałam, walcząc ze złymi myślami. Oddalając je od siebie. Jak mogłam mobilizowałam się, ale to była walka głownie z samą sobą, a nie z przeciwnikami. Na horyzoncie żadnej dziewczyny, więc trudniej o mobilizację, chociaż oczywiście widząc jakiegoś pana przed sobą, powtarzałam sobie: trzeba do niego dojechać, trzeba go minąć.
Czasem się udawało. Niestety za kolejnym bufetem zaczął się największy koszmarek tego dnia. Bardzo długiiiii , pewnie co najmniej kilometrowy ( nie potrafię sobie przypomnieć jak długo to mogło trwać) podpych po luźnych kamieniach. Stromy…
To było straszne… ja kiepsko chodzę, wolno, męczę się ogromnie chodząc z rowerem, który waży w końcu 11, 6 kg, więc trochę tego „żelastwa” podepchać trzeba. Na tym podpychu wyprzedziła mnie masa ludzi. No cóż.. trudno.
Oprócz pięknych krajobrazów, na które czasem udało mi się rzucić okiem ( a te tereny lubię wyjątkowo, bo to naprawdę piękne góry i doskonałe miejsce do jazdy na rowerze), było kilka bardzo miłych akcentów.
Np. Kibice, którzy bili brawo, dopingowali. Dwie Panie krzyczały do mnie: kobieta, kobieta… jest pani pierwsza…
Uśmiechnęłam się mówiąc: na pewno nie.
One: ale dla nas jest pani pierwsza.
Generalnie kibice bardzo miło zawsze reagują na widok kobiety jadącej w maratonie, doceniając jej wysiłek. To jest bardzo budujące, wtedy pomimo zmęczenia uśmiecham się zawsze i dziękuję.
Mijał mnie też jakiś chłopak mówiąc: Jak idzie? Ty jeździsz u Golonki, prawda?
Ja: no.. w zasadzie to w tym roku byłam tylko w Piwnicznej.
On: fajna pogoda była…prawda?
W którymś momencie, jakaś pani na mój widok powiedziała do dziecka: przejdziemy jak on przejedzie.
Dziecko oburzone: to nie on! To dziewczyna!
Była też niespodzianka w postaci ostatniego terenowego zjazdu, naprawdę bardzo fajnego, niełatwego.
No i do mety. Jadąc do niej, ostatnie kilometry ( pewnie jakieś 2), to był już asfalt, próbowałam dogonić kogoś jadącego przede mną i wpadłam na tę metę z impetem, ale dogonić mi się nie udało.
Na mecie Krysia ze swoimi Gomolami.
Okazało się, że była 3 w kategorii ( bardzo dobry czas! Jest mocarz, ja przy niej jestem cienias nad cieniasami).
Niestety na dekorację nie zdążyłyśmy. Byłyśmy przekonane, ze jest o 16, poszłyśmy się przebrać, jak wróciłyśmy było już po.
Na zakończenie dnia w Wiśle, pizza w towarzystwie Sufy i Marcina z Gomoli, którzy potem byli naszymi pilotami w drodze na Śląsk, a konkretnie do Chorzowa, gdzie miałyśmy spędzić noc.
Ale o tym w odcinku jutrzejszym
Cdn
PS Dzisiaj tylko krótki zwiastun jak było na Śląsku podczas kibicowania zawodnikom na Hołda Race

Na Hołda Race na zawodników czekała nie tylko trudna trasa, ale i inne niebezpieczeństwa:)© lemuriza1972

Hurra, udało mu się:)© lemuriza1972

Zjeżdżamy© lemuriza1972

Będzie na potem:)© lemuriza1972

Wisła BM - na trasie© lemuriza1972

Jedziemy w Wiśle© lemuriza1972

Na drugim planie© lemuriza1972

Chłopaki ze Śląska ( Marcin, Grześ, Sufa i NN), Krystyna z Tarnowa© lemuriza1972

Sufa odbiera medal© lemuriza1972

Gomola wygrywa© lemuriza1972

Po maratonie© lemuriza1972
- DST 42.00km
- Teren 32.00km
- Czas 03:53
- VAVG 10.82km/h
- Sprzęt KTM
- Aktywność Jazda na rowerze