Wpisy archiwalne w miesiącu
Maj, 2015
Dystans całkowity: | 747.00 km (w terenie 230.00 km; 30.79%) |
Czas w ruchu: | 41:44 |
Średnia prędkość: | 17.90 km/h |
Liczba aktywności: | 16 |
Średnio na aktywność: | 46.69 km i 2h 36m |
Więcej statystyk |
Sobota, 16 maja 2015
Leniwie
ta piosenka doskonale oddaje mój stosunek do maratonów i rywalizacji obecnie.
Na początku jest najłatwiej
Gdy się w pełni sił i wiary
Byka chwyta się za rogi
Z życiem bierze się za bary
Gdy się w pełni sił i wiary
Byka chwyta się za rogi
Z życiem bierze się za bary
No tak jest. Entuzjazm, radość.. potrzeba sprawdzenia się. Człowieka niesie FALA ENTUZJAZMU. Wiele nie myśli, nie kalkuluje, staje na starcie i do przodu. Pełen sił i pełen wiary. Dokładnie tak.
Potem jest niestety trudniej
Siły mniejsze, marna wiara
Już się nie gna tak do przodu
Wciąż się jednak człowiek stara
Siły mniejsze, marna wiara
Już się nie gna tak do przodu
Wciąż się jednak człowiek stara
No właśnie TAK! Siły już nie te, entuzjazm też nie ten, ale jeszcze się chce. Jeszcze człowiek potrafi wykrzesać z siebie resztki sił.
Jak to dalej będzie nie wiem?
Jestem gdzieś w połowie drogi
Jeszcze chce mi się wędrować
Lecz już trochę bolą nogi
Jestem gdzieś w połowie drogi
Jeszcze chce mi się wędrować
Lecz już trochę bolą nogi
TAK! Jeszcze się chce, ale już coraz mniej. Na horyzoncie inne plany, inne marzenia, więc powoli zbliżamy się do rozstania. Tak myślę, a jak będzie ? Zobaczymy.
Póki co jutro mam nadzieję stanę na stracie swojego kolejnego już maratonu. Łącznie z tymi nieukończonymi to będzie ok. pewnie 60 raz jak stanę na starcie.
Czy damy radę? Ja – stara, i on (KTM) stary. Postarzeliśmy się, taka rzeczywistość. Stara ona, stary on, a taka ładna miłość…:) Zawsze pozstanie w moich wspomnieniach, nawet jak już nie będzie jeździł. Zawsze zostanie w moich wspomnieniach te kilkadziesiąt maratonów. Niezły kawałek życia.

MAratonowe wspomnienia © Iza
A póki co dzisiaj na totalnym luzie i przy pięknej pogodzie (jutro podobno tak pięknie już niestety nie będzie), pojechałam najpierw na drugi koniec miasta do RUN shopu po jedyne akceptowalne w tej chwili dla mnie żele (Agisko). Generalnie upiekłam batony wczoraj, ale żele muszę ze sobą wziąć, bo na samych batonach nigdy nie jechałam maratonu, więc nie wiem czy dam radę. Agisko są bardzo drogie niestety, ale najbardziej „naturalne” na rynku.
Potem na myjkę, potem trochę oporządzania roweru, a potem „na pokrzywy”.
To trzymajcie kciuki jutro!
Zdjecia zrobione po drodze.
Cmentarz żydowski w Tarnowie © Iza
Taki jest widok jak się wjeżdża do Tarnowa od strony Mielca. Czasem widać tutaj Tatry (widziałam kiedyś!).

W Tarnowie © Iza
A na koniec wspomnienie mojego pierwszego krynickiego maratonu (wspominam tutaj o Pani Krystynie, wtedy znałyśmy się jeszcze słabo).
Na początku jest najłatwiej
Gdy się w pełni sił i wiary
Byka chwyta się za rogi
Z życiem bierze się za bary
Gdy się w pełni sił i wiary
Byka chwyta się za rogi
Z życiem bierze się za bary
No tak jest. Entuzjazm, radość.. potrzeba sprawdzenia się. Człowieka niesie FALA ENTUZJAZMU. Wiele nie myśli, nie kalkuluje, staje na starcie i do przodu. Pełen sił i pełen wiary. Dokładnie tak.
Potem jest niestety trudniej
Siły mniejsze, marna wiara
Już się nie gna tak do przodu
Wciąż się jednak człowiek stara
Siły mniejsze, marna wiara
Już się nie gna tak do przodu
Wciąż się jednak człowiek stara
No właśnie TAK! Siły już nie te, entuzjazm też nie ten, ale jeszcze się chce. Jeszcze człowiek potrafi wykrzesać z siebie resztki sił.
Jak to dalej będzie nie wiem?
Jestem gdzieś w połowie drogi
Jeszcze chce mi się wędrować
Lecz już trochę bolą nogi
Jestem gdzieś w połowie drogi
Jeszcze chce mi się wędrować
Lecz już trochę bolą nogi
TAK! Jeszcze się chce, ale już coraz mniej. Na horyzoncie inne plany, inne marzenia, więc powoli zbliżamy się do rozstania. Tak myślę, a jak będzie ? Zobaczymy.
Póki co jutro mam nadzieję stanę na stracie swojego kolejnego już maratonu. Łącznie z tymi nieukończonymi to będzie ok. pewnie 60 raz jak stanę na starcie.
Czy damy radę? Ja – stara, i on (KTM) stary. Postarzeliśmy się, taka rzeczywistość. Stara ona, stary on, a taka ładna miłość…:) Zawsze pozstanie w moich wspomnieniach, nawet jak już nie będzie jeździł. Zawsze zostanie w moich wspomnieniach te kilkadziesiąt maratonów. Niezły kawałek życia.

MAratonowe wspomnienia © Iza
A póki co dzisiaj na totalnym luzie i przy pięknej pogodzie (jutro podobno tak pięknie już niestety nie będzie), pojechałam najpierw na drugi koniec miasta do RUN shopu po jedyne akceptowalne w tej chwili dla mnie żele (Agisko). Generalnie upiekłam batony wczoraj, ale żele muszę ze sobą wziąć, bo na samych batonach nigdy nie jechałam maratonu, więc nie wiem czy dam radę. Agisko są bardzo drogie niestety, ale najbardziej „naturalne” na rynku.
Potem na myjkę, potem trochę oporządzania roweru, a potem „na pokrzywy”.
To trzymajcie kciuki jutro!
Zdjecia zrobione po drodze.

Cmentarz żydowski w Tarnowie © Iza
Taki jest widok jak się wjeżdża do Tarnowa od strony Mielca. Czasem widać tutaj Tatry (widziałam kiedyś!).

W Tarnowie © Iza
A na koniec wspomnienie mojego pierwszego krynickiego maratonu (wspominam tutaj o Pani Krystynie, wtedy znałyśmy się jeszcze słabo).
MTB Maraton Krynica 13 września 2008r.
Mogłabym mojej relacji z maratonu nadać identyczny tytuł jaki nosi jedna z moich ulubionych piosenek HEY czyli CZAS SPEŁNIENIA. Bo to był mój czas spełnienia. Kiedy w ub. roku , po przejechaniu tydzień wcześniej swojego pierwszego w życiu maratonu w Krakowie , przyjechalismy do Krynicy pokibicować maratończykom, aż żal serce ściskał, ze nie startuję. Ale wtedy było zdecydowanie za wcześnie na taki maraton jak w Krynicy , zwłaszcza, ze ten zeszłoroczny pozostanie w pamięci stratujących jako błotna masakra. Wtedy pomyślałam: w przyszłym roku tu wrócę i stanę na starcie...
Maraton w Krynicy był dla mnie „historyczny” pod kilkoma względami. Po pierwsze: to był mój 10 przejechany maraton, po drugie pierwszy w aż tak wymagającym górskim terenie, po trzecie pierwszy z taką ilością błota (chociaż to nie był taki znowu wybitnie błotny maraton, bo było dużo bardzo suchych odcinków), po czwarte: to był mój najwyższy maraton : największe przewyższenie 1700 m i tak wysoko na maratonie jeszcze nie byłam (Jaworzyna) i po piąte: chyba najważniejsze: po raz pierwszy ( nie liczac tegorocznych Michałowic, ale one były łatwe technicznie) przejechałam maraton nie zaliczając upadku (a było się gdzie przewrócić, oj było).
Krynica przywitała nas okropną pogodą. Było tak zimno ze nie chciało się wychodzić z auta. Zimowe , rowerowe rękawiczki, bluza z długim rękawem, na to koszulka i dodatkowo rękawki... tak trzeba było się ubrać ( i pomyśleć, ze tydzień temu jechałam tu w koszulce bez rękawów).
Start był wspólny z dystnsem mini, co niestey jest fatalnym rozwiązaniem. Podjazd, który w niedzielę zrobiłam ze średniej tarczy, z uwagi na korki pokonywać musiałam bardzo wolniutko i niestety ponieważ przede mną ludzie zsiadali z rowerów w ostatniej chwili to i ja musiałam bo nie było gdzie odbić w bok. Podjazd trochę nas rozgrzał, ale i tak było brrrr... zimno. Zmarzły mi palce u stóp (skutki dziś odczuwam niestety).
A potem zaczęła się zabawa, bo w lesie był dosyć długi odcinek błotny. Rower tanczył na błocie. Prześmieszne uczucie. Czułam się jak tańcząca z rowerem.... Na opnonach zebral się chyba z kilogram błota, a pomimo tego.... czułam taką radość! To było to. Trudno, wymagająca trasa, warunki trochę ekstermalne. I o to chodzi. Kawałek zjazdu (na szczescie szybkiego , szerokiego, szutrowego, można było odpocząć) i już wspinamy się na Jaworzynę. Na początku jest nawet fajnie, można jechać ze średniej tarczy. Potem trzeba zrzucać na młynek i powoli , mozolnie do góry. Długooooo... kilka dobrych kilometrów cały czas pod górę. Tuz przed szczytem odwracam się do tyłu i widzę kilka metrów za mną rywalkę z mojej kategorii ( z Bydgoszczy), którą minęłam na pierwszym podjeździe i myslałam, ze mam ją już z głowy....
Zjazd z Jaworzyny, króciutki odcinek, ale kamienie jak telewizory, tydzien temu nie udało mi się zjechać, a tu zjeżdzam!!!! Długiii zjazd, szeroki, po trawie i zaczynamy drogę na Runek. Gdzieś na zjeździe mija mnie moja rywalka. Cholera!!!! Ale niestety przytrafia się jej upadek, leży na środku ścieżki jak nieżywa, podjeżdżamy z jakąś dziewczyną, ona leży... brrrr.. chwila grozy. Mówi ze uderzyła się w klatkę piersiową i jakiś bezdech nastąpił, ale już jest dobrze. Upewniam się czy wszystko w porządku i odjeżdzam. Ale ona za chwilę znowu mnie dogania i przegania:(. Zaczynamy wspinać się na Runek, długi, szutrowy podjazd, momentami trzeba schodzić z roweru. Moja rywalkę mam przed sobą, idzie bardzo ciężko, jest już chyba barzo zmeczona, a jesteśmy dopiero na 20 km. Wyprzedzam ją... i teraz rzeczywiście mam ją z głowy. Nie widziałam jej już do konca trasy. Na mecie jest 15 min za mną. A przede mna jeszcze jedna dziewczyna z kategorii (z Katowic). Przez cały dystans jedziemy parwie równo, raz ja ją mijam, raz ona mnie.Mam ją cały czas na oku. Jak to w górach: kamienie, korzenie, podjazdy, zjazdy. I do tego miejscami bloto, miejscami slisko. Trzeba podwójnie uważać na zjazdach. Są takie , które muszę zjeść, bo w takich warunkach i przy moich umiejetnościach próba zjazdu byłaby samobójstewem. Zresztą myślę ze zjachali je tylko ci najlepsi i w dodatku na rowerach z pełną amortyzacją. Schodzenie tych zjazdów też nie nalżało do łatwych zadan bo były mokre i nogi ślizgały się, a przecież jeszcze trzeba było sprowadzić rower:). Ale udaje mi się zjechac kilka naprawdę trudnych zjazdów, nawet bym siebie nie podejrzewała, ze dam radę. Ba, mijam nawet facetów na zjazdach. Tak więc czuje coraz pewniej na zjazdach.
Z tego maratonu zapamiętam też goprowców przy ogniskach. Musiało być rzeczywiście bardzo zimno, skoro palili ogniska, ale ja od Jaworzyny kompletnie zimna nie czułam ( podjazdy rozgrzewają), a taka pogoda chyba bardziej odpowiada mi niż upał, bo przez niemal cały maraton czułam się dobrze, bez jakichs spektakularnych kryzysów. Nawet nie musiałam jeść tak dużo. Zapamiętam też temperaturę mojego picia z bidonu. Haha, było jak wyjęte z lodówki, więc rzeczywiście musiało być bardzo zimno. Do 40 km czułam się naprawdę fajnie, od 40 nadszedł lekki kryzys, ale nie aż taki straszny jak na poprzednich maratonach, kiedy na 10 km przed metą umierałam. Niestety pomimo, ze moja rywalka z Katowic jadąca przede mną też wyraźnie słabła, nie dałam rady dojechać do niej i na mecie była 40 sek. przede mną. O to byłam trochę zła na siebie bo moglam próbować jeszcze wykrzesać trochę sił. No ale ona jechała z pomocnikiem ( chyba bratem) , który na koncowych podjazdach „podpychał” ją i rower. Moje zabłocone buty i pedaly spd powodują , ze pomimo prób wytrzepania tego blota z podeszw butów nie mogę się wpiąć do pedałów. Nie jest to przyjemne , zwłaszcza na zjazdach jest bardzo niebezpiecznie .. Okropny zjazd z góry Parkowej zbiegam.... bo jechać... oj to byłaby pewna smierć. W ub roku były dawa warianty zjazdu : łatwy , trudny. W tym roku był już tylko trudny:).
Na mecie przyjemnie... stoi kolega z Tarnowa ( wita mnie brawami) i koleżanka, która właśnie ukonczyła dystans giga ( z niej to prawdziwa bikerka, przecyborg, najlepsza w Tarnowie). Kolega informuje mnie, że... byłam w swojej kategorii 6 !!!! Hurraaa!!! udało się, znowu czeka mnie dekoracja i jeden z celów zrealizowany. Ze zdumieniem stwierdzam , że to mój pierwszy maraton kiedy nie mamrotałam pod nosem w ani jednym momencie, ze „ to już mój ostatni start i więcej nie pojadę”. Wrecz przeciwnie , tłukły mi się takie mysli po głowie: ale super, świetna trasa , i to bloto:). Super. No ale czułam się naprawdę dobrze. Trasa bajkowa, fantastyczna, bardzo mecząca i wymagająca ( co wskazuje moja średnia 10 km/ha i czas jazdy 4 h 44 min.
to było to, mtb z prawdziwego zdarzenia.
Podczas dekoracji czeka na mnie jeszcze jedna niespodzianka: pomimo tylko trzech stratów w Powerade MTB Maraton w tym roku ( Bardo, Kraków, Krynica) załapuje się do 10 w klasyfikacji generalnej całego cyklu ( byłam IX) i dostaje sliczny medal:). Gdybym wystartowała tak ja planowałam w Szczwnicy i Istebnej byłabym wysoko... Tak więc maraton dla mnie bardzo udany. Podobno zdobyłam największą ilość punktów z tych wszystkich trzech startów, czyli właściwie można powiedzieć najlepszy start. Tylko , że wciąż nie mogę zejść z tego 6 miejsca i posunąc się chociaż jedno miejsce wyżej. Wczoraj było bardzo blisko. Ale i tak jestem szczęśliwa. Cele zrealizowane: pierwszy to był taki zeby w ogóle przejechać ten maraton i nie dać się pokonąc tej trudnej trasie, drugi zajecie co najmniej 6 miejsca. trzeci: przejechać bez upadku. Udało się:) P.S. a jednak udało się wskoczyć jedno miejsce wyżej, a to dzięki dyskwalifikacji kobiety z 4 miejsca.
Mogłabym mojej relacji z maratonu nadać identyczny tytuł jaki nosi jedna z moich ulubionych piosenek HEY czyli CZAS SPEŁNIENIA. Bo to był mój czas spełnienia. Kiedy w ub. roku , po przejechaniu tydzień wcześniej swojego pierwszego w życiu maratonu w Krakowie , przyjechalismy do Krynicy pokibicować maratończykom, aż żal serce ściskał, ze nie startuję. Ale wtedy było zdecydowanie za wcześnie na taki maraton jak w Krynicy , zwłaszcza, ze ten zeszłoroczny pozostanie w pamięci stratujących jako błotna masakra. Wtedy pomyślałam: w przyszłym roku tu wrócę i stanę na starcie...
Maraton w Krynicy był dla mnie „historyczny” pod kilkoma względami. Po pierwsze: to był mój 10 przejechany maraton, po drugie pierwszy w aż tak wymagającym górskim terenie, po trzecie pierwszy z taką ilością błota (chociaż to nie był taki znowu wybitnie błotny maraton, bo było dużo bardzo suchych odcinków), po czwarte: to był mój najwyższy maraton : największe przewyższenie 1700 m i tak wysoko na maratonie jeszcze nie byłam (Jaworzyna) i po piąte: chyba najważniejsze: po raz pierwszy ( nie liczac tegorocznych Michałowic, ale one były łatwe technicznie) przejechałam maraton nie zaliczając upadku (a było się gdzie przewrócić, oj było).
Krynica przywitała nas okropną pogodą. Było tak zimno ze nie chciało się wychodzić z auta. Zimowe , rowerowe rękawiczki, bluza z długim rękawem, na to koszulka i dodatkowo rękawki... tak trzeba było się ubrać ( i pomyśleć, ze tydzień temu jechałam tu w koszulce bez rękawów).
Start był wspólny z dystnsem mini, co niestey jest fatalnym rozwiązaniem. Podjazd, który w niedzielę zrobiłam ze średniej tarczy, z uwagi na korki pokonywać musiałam bardzo wolniutko i niestety ponieważ przede mną ludzie zsiadali z rowerów w ostatniej chwili to i ja musiałam bo nie było gdzie odbić w bok. Podjazd trochę nas rozgrzał, ale i tak było brrrr... zimno. Zmarzły mi palce u stóp (skutki dziś odczuwam niestety).
A potem zaczęła się zabawa, bo w lesie był dosyć długi odcinek błotny. Rower tanczył na błocie. Prześmieszne uczucie. Czułam się jak tańcząca z rowerem.... Na opnonach zebral się chyba z kilogram błota, a pomimo tego.... czułam taką radość! To było to. Trudno, wymagająca trasa, warunki trochę ekstermalne. I o to chodzi. Kawałek zjazdu (na szczescie szybkiego , szerokiego, szutrowego, można było odpocząć) i już wspinamy się na Jaworzynę. Na początku jest nawet fajnie, można jechać ze średniej tarczy. Potem trzeba zrzucać na młynek i powoli , mozolnie do góry. Długooooo... kilka dobrych kilometrów cały czas pod górę. Tuz przed szczytem odwracam się do tyłu i widzę kilka metrów za mną rywalkę z mojej kategorii ( z Bydgoszczy), którą minęłam na pierwszym podjeździe i myslałam, ze mam ją już z głowy....
Zjazd z Jaworzyny, króciutki odcinek, ale kamienie jak telewizory, tydzien temu nie udało mi się zjechać, a tu zjeżdzam!!!! Długiii zjazd, szeroki, po trawie i zaczynamy drogę na Runek. Gdzieś na zjeździe mija mnie moja rywalka. Cholera!!!! Ale niestety przytrafia się jej upadek, leży na środku ścieżki jak nieżywa, podjeżdżamy z jakąś dziewczyną, ona leży... brrrr.. chwila grozy. Mówi ze uderzyła się w klatkę piersiową i jakiś bezdech nastąpił, ale już jest dobrze. Upewniam się czy wszystko w porządku i odjeżdzam. Ale ona za chwilę znowu mnie dogania i przegania:(. Zaczynamy wspinać się na Runek, długi, szutrowy podjazd, momentami trzeba schodzić z roweru. Moja rywalkę mam przed sobą, idzie bardzo ciężko, jest już chyba barzo zmeczona, a jesteśmy dopiero na 20 km. Wyprzedzam ją... i teraz rzeczywiście mam ją z głowy. Nie widziałam jej już do konca trasy. Na mecie jest 15 min za mną. A przede mna jeszcze jedna dziewczyna z kategorii (z Katowic). Przez cały dystans jedziemy parwie równo, raz ja ją mijam, raz ona mnie.Mam ją cały czas na oku. Jak to w górach: kamienie, korzenie, podjazdy, zjazdy. I do tego miejscami bloto, miejscami slisko. Trzeba podwójnie uważać na zjazdach. Są takie , które muszę zjeść, bo w takich warunkach i przy moich umiejetnościach próba zjazdu byłaby samobójstewem. Zresztą myślę ze zjachali je tylko ci najlepsi i w dodatku na rowerach z pełną amortyzacją. Schodzenie tych zjazdów też nie nalżało do łatwych zadan bo były mokre i nogi ślizgały się, a przecież jeszcze trzeba było sprowadzić rower:). Ale udaje mi się zjechac kilka naprawdę trudnych zjazdów, nawet bym siebie nie podejrzewała, ze dam radę. Ba, mijam nawet facetów na zjazdach. Tak więc czuje coraz pewniej na zjazdach.
Z tego maratonu zapamiętam też goprowców przy ogniskach. Musiało być rzeczywiście bardzo zimno, skoro palili ogniska, ale ja od Jaworzyny kompletnie zimna nie czułam ( podjazdy rozgrzewają), a taka pogoda chyba bardziej odpowiada mi niż upał, bo przez niemal cały maraton czułam się dobrze, bez jakichs spektakularnych kryzysów. Nawet nie musiałam jeść tak dużo. Zapamiętam też temperaturę mojego picia z bidonu. Haha, było jak wyjęte z lodówki, więc rzeczywiście musiało być bardzo zimno. Do 40 km czułam się naprawdę fajnie, od 40 nadszedł lekki kryzys, ale nie aż taki straszny jak na poprzednich maratonach, kiedy na 10 km przed metą umierałam. Niestety pomimo, ze moja rywalka z Katowic jadąca przede mną też wyraźnie słabła, nie dałam rady dojechać do niej i na mecie była 40 sek. przede mną. O to byłam trochę zła na siebie bo moglam próbować jeszcze wykrzesać trochę sił. No ale ona jechała z pomocnikiem ( chyba bratem) , który na koncowych podjazdach „podpychał” ją i rower. Moje zabłocone buty i pedaly spd powodują , ze pomimo prób wytrzepania tego blota z podeszw butów nie mogę się wpiąć do pedałów. Nie jest to przyjemne , zwłaszcza na zjazdach jest bardzo niebezpiecznie .. Okropny zjazd z góry Parkowej zbiegam.... bo jechać... oj to byłaby pewna smierć. W ub roku były dawa warianty zjazdu : łatwy , trudny. W tym roku był już tylko trudny:).
Na mecie przyjemnie... stoi kolega z Tarnowa ( wita mnie brawami) i koleżanka, która właśnie ukonczyła dystans giga ( z niej to prawdziwa bikerka, przecyborg, najlepsza w Tarnowie). Kolega informuje mnie, że... byłam w swojej kategorii 6 !!!! Hurraaa!!! udało się, znowu czeka mnie dekoracja i jeden z celów zrealizowany. Ze zdumieniem stwierdzam , że to mój pierwszy maraton kiedy nie mamrotałam pod nosem w ani jednym momencie, ze „ to już mój ostatni start i więcej nie pojadę”. Wrecz przeciwnie , tłukły mi się takie mysli po głowie: ale super, świetna trasa , i to bloto:). Super. No ale czułam się naprawdę dobrze. Trasa bajkowa, fantastyczna, bardzo mecząca i wymagająca ( co wskazuje moja średnia 10 km/ha i czas jazdy 4 h 44 min.
to było to, mtb z prawdziwego zdarzenia.
Podczas dekoracji czeka na mnie jeszcze jedna niespodzianka: pomimo tylko trzech stratów w Powerade MTB Maraton w tym roku ( Bardo, Kraków, Krynica) załapuje się do 10 w klasyfikacji generalnej całego cyklu ( byłam IX) i dostaje sliczny medal:). Gdybym wystartowała tak ja planowałam w Szczwnicy i Istebnej byłabym wysoko... Tak więc maraton dla mnie bardzo udany. Podobno zdobyłam największą ilość punktów z tych wszystkich trzech startów, czyli właściwie można powiedzieć najlepszy start. Tylko , że wciąż nie mogę zejść z tego 6 miejsca i posunąc się chociaż jedno miejsce wyżej. Wczoraj było bardzo blisko. Ale i tak jestem szczęśliwa. Cele zrealizowane: pierwszy to był taki zeby w ogóle przejechać ten maraton i nie dać się pokonąc tej trudnej trasie, drugi zajecie co najmniej 6 miejsca. trzeci: przejechać bez upadku. Udało się:) P.S. a jednak udało się wskoczyć jedno miejsce wyżej, a to dzięki dyskwalifikacji kobiety z 4 miejsca.
- DST 35.00km
- Teren 5.00km
- Czas 01:57
- VAVG 17.95km/h
- Sprzęt KTM
- Aktywność Jazda na rowerze
Piątek, 15 maja 2015
Wspomnienia
Smażąc naleśniki (z pieczarkami były i sosem czosnkowym), popijałam herbatę z sokiem malinowym.
Sok malinowy jest firmy KROKUS (najlepszy dostępny w sklepach, jedyny jaki smakiem przypomina domowy).
Przypomniał mi się smak soku malinowego mojej Babci. Babcia mieszkała w małym miasteczku nad Sanem. Ogród miała w dawnej dolinie Sanu. Olbrzymi. Były tam warzywa, owoce (maliny, truskawki, porzeczki). Babcia robiła przetwory i gotowała pyszne, proste obiady. Do dzisiaj wspominam smak jej zupy ogórkowej i jarzynowej. Nigdy potem nie jadłam tak dobrych zup. Szkoda, że wtedy pewnie nie doceniałam tego. Smaki dzieciństwa. Najlepsze, bo wszystko było z ogrodu, zdrowe, smaczne. Gotowane z sercem. Jeśli macie jeszcze Babcie, ale Mamy, które gotują pyszności, docencie to. Póki jeszcze macie czas...
Dzisiaj jazda z Mirkiem, luźna i spokojna. Sporo sobie pogadaliśmy. Pojeździliśmy biegowymi ścieżkami Mirka (najlepsze ścieżki w Lesie Radłowskim, najbardziej mtbowskie).
Dotarły. Ten z Bikemaratonu, pewnie pozostanie nieużyty. Planowałam przejechać Myślenice, może Wisłę. Zamiast do Wisły pojadę jednak do Strzyżowa (wiele względów o tym zadecydowało, okoliczności niezależne ode mnie, ale i to, że Wisłę już jechałam dwa razy, a Strzyżów co prawda na giga, ale wiele lat temu, kiedy trasa była łatwiejsza).
Sok malinowy jest firmy KROKUS (najlepszy dostępny w sklepach, jedyny jaki smakiem przypomina domowy).
Przypomniał mi się smak soku malinowego mojej Babci. Babcia mieszkała w małym miasteczku nad Sanem. Ogród miała w dawnej dolinie Sanu. Olbrzymi. Były tam warzywa, owoce (maliny, truskawki, porzeczki). Babcia robiła przetwory i gotowała pyszne, proste obiady. Do dzisiaj wspominam smak jej zupy ogórkowej i jarzynowej. Nigdy potem nie jadłam tak dobrych zup. Szkoda, że wtedy pewnie nie doceniałam tego. Smaki dzieciństwa. Najlepsze, bo wszystko było z ogrodu, zdrowe, smaczne. Gotowane z sercem. Jeśli macie jeszcze Babcie, ale Mamy, które gotują pyszności, docencie to. Póki jeszcze macie czas...
Dzisiaj jazda z Mirkiem, luźna i spokojna. Sporo sobie pogadaliśmy. Pojeździliśmy biegowymi ścieżkami Mirka (najlepsze ścieżki w Lesie Radłowskim, najbardziej mtbowskie).
Dotarły. Ten z Bikemaratonu, pewnie pozostanie nieużyty. Planowałam przejechać Myślenice, może Wisłę. Zamiast do Wisły pojadę jednak do Strzyżowa (wiele względów o tym zadecydowało, okoliczności niezależne ode mnie, ale i to, że Wisłę już jechałam dwa razy, a Strzyżów co prawda na giga, ale wiele lat temu, kiedy trasa była łatwiejsza).

Tegoroczne numery startowe © Iza
W czeluściach komputera znalazłam moje maratonowe notatki.
Oto wspomnienia z pierwszego maratonu przejechanego w górach. To był mój drugi sezon startowy. Nie prowadziłam jeszcze bloga, ale pisałam "wspomnienia" z maratonów.
Bardo , 9 maja 2008r. Powerade MTB Marathon
Bardo, miejscowość w okolicach Kotliny Kłodzkiej. Przepiękne góry, krajobrazy, zieleń o tej porze roku najsoczystsza z soczystych. Byłam już kiedyś w tych okolicach , ale wtedy jeszcze na crossowym rowerze, czysto wycieczkowo i niemalże wyłącznie po asfalcie. Tym razem - maraton, pierwszy górski maraton, bo wcześniejsze przeze mnie przejechane to były raczej po terenach pagórkowatych. Od kiedy w ub roku przejechałam pierwszy maraton, wymyśliłam sobie nowe wyzwanie - przejechać maraton w górach. Teraz mam następne - przejechać maraton w górach przy kiepskiej pogodzie - błocie itd.:).Ale to już nie ode mnie zależy, a od pogody. Już tak mam , ze jak już coś mi sie uda, wymyślałam następne. Jechałam z dużymi obawami na ten maraton, a to dlatego ze mało kilometrów miałam wyjechanie w tym roku, właściwie żadnej dłuższej górskiej traski. Czułam, ze jeszcze nie jestem gotowa i jak sie okazało miałam rację:). Na starcie prawie nie widzę kobiet (co napawa mnie lekkim lękiem , nie chciałabym być ostatnią kobietą kończącą maraton. Te które są (w liczbie 23) w większości z jakiś teamów, klubów. Jednym słowem " wycinary", a ja wciąż nowicjusz uczący sie jazdy na rowerze górskim, nie mówiąc już o startach. Zaczynam zdecydowanie za ostro, nie chce żeby mnie wyprzedzali, bo z doświadczenia wiem ze potem bardzo ciężko będzie wyprzedzać. Tętno oscyluje niebezpieczne wokół 180 i około 3 km. stwierdzam, że jestem już ugotowana... Takie myśli przychodzą mi do głowy: zawrócić do mety... Zaczyna sie mozolne wspinanie pod górę. 15 km do góry po szutrze, kamieniach, w lesie. Potem upragnione (ha,ha nie sądziłam, ze kiedyś to napiszę)zjazdy. Cieszę się, ze odpocznę:). Dobre sobie - zjazdy są niebezpieczne, bardzo szybkie, szutrowe, na takich najłatwiej o upadek. Ale zjazdy o dziwo udaje mi sie pokonywać dobrze, nawet wyprzedzać na nich facetów:). Odpuszczam dwa - jakąś rynnę z piachu i kamienie jak telewizory Droga Krzyżowa) pod koniec dystansu. Resztę przejeżdżam bez wypadku a niestety upadam na zakręcie, w który wjechałam zbyt szybko. Upadam z impetem na lewy bok, tłukę głowę, policzek. Dwóch chłopaków z obsługi pyta czy gdzieś dzwonić: myślę sobie.. no nie po to tu przyjechałam, żeby schodzić z trasy. Wsiadam na rower i jadę, chociaż głowa boli i policzek też. Ktoś jedzie obok mnie i pyta czy wszystko w porządku. Mówię, ze tak i ze za dobrze szło i coś w końcu musiało sie przydarzyć. Chłopak się śmieje i mówi: jak dasz rade mówić to jest ok:). Jadę dalej , ból mija ( powróci po minięciu mety i na drugi dzień). Mozolnie pod górę,po szutrze, kamieniach itd. Jak wyjeżdżamy od czasu do czasu z lasu pokazują sie piękne panoramy Sudetów. Przepiękna trasa. Trochę błota, które udaje mi sie przejeżdżać ( dobre opony:)). Jakiś niewielki strumyczek - ale frajda tak przez strumyczek na rowerze... Jestem potwornie zmęczona i odliczam każdy kilometr do mety. I znowu te myśli natrętne: no nie... jestem taka słaba, nie nadaję się... więcej już nie pojadę na maraton... Takie myśli towarzyszyły mi na każdym poprzednio przejechanym maratonie. 2 kilometry przed metą mijaja mnie 3 kobiety. Jestem wściekła, ale nie mam siły ich gonić. Ledwie jadę i znowu jest ostro pod górę. Łapie mnie kolka, coś niebywałego , w życiu nie przytrafiło mi się to na rowerze! NO i nas sam koniec ten zjazd po wielkich kamieniach... Stoi jakiś kibic. Zaczynam zjeżdżać, on mówi: nieźle... Ale po chwili czuję ze koło dostaje poślizgu, więc ratuje sie przed upadkiem i resztę zjazdu schodzę mamrocząc pod nosem: chyba ich porypało. To pod adresem tego co wymyślał trasę. Niestety jak dla mnie za trudny zjazd na koniec kiedy nie ma sie już sił, koncentracja mocno osłabiona. Docieram do mety, tuz przed metą ostatni zjazd. Tuż przed metą jakis facet próbuje mnie wyprzedzić. Myślę sobie: o nie, nie nie… Jadę ile sił w nogach i przyjeżdżam przed nim. Wjeżdząm na metę i dosłownie czuję, ze jestem wycieńczona.To chyba było jak do tej pory najcięższe 50 km na rowerze w moim życiu:), ale wiem, ze te jeszcze bardziej cięzkie przede mną. Przez 15 min mamroczę, ze juz nigdy nie pojadę na żaden maraton, nigdy... Po 15 min. już myślę... kiedy i gdzie jest następny:). Bo to tak działa:). Jakieś niesamowite szczęście przepełnia człowieka i poczucie spełnienia i sama nie wiem jak jeszcze to nazwać:) Moje drżenie duszy:). Niesamowite drżenie duszy i motyle w brzuchu:). I okazuje się, ze w tym doborowym wycinarskim towarzystwie ( i vice mistrz świata juniorów i czołówka krajowa) , jedzie tak mało kobiet, ze w w mojej kategorii wiekowej jestem 6 na 9 kobiet, a od 6 miejsca staje sie na pudle:). Przyjemne prawda? No bo to prestiżowa edycja, nie lokalny maraton. Oczywiście przyjechałam pod koniec stawki, ale to byli prawie sami faceci. 257 osób, ja gdzieś tam w pierwszej trzydziestce od końca:). Juz dokładnie miejsca nie pamietam. następny maraton w Krośnie 24 maja, dokładnie w moje urodziny 36 zresztą:) ( lokalny), robię przetarcie przed wielkim świętem czyli pierwszym w historii maratonem w Tarnowie 31 maja. No i tak to było... Ale już było i trzeba myśleć o tym co będzie i trochę potrenować i zbierać siły.
I pierwszy maraton w Cyklo. Jak wiele jeśli chodzi o ten cykl zmieniło się od tamtego czasu.
24 maja 2008r. Krosno Cyklokarapty
Wczoraj przejechałam mój 6 maraton, chociaż trudno to nazwać maratonem mtb. To był lokalny maraton w Krośnie z cyklu CykloKarpaty. Gdybym przejeździła cały ten cykl pewnie miałabym wielkie szanse na koncowy duzy sukces w generalce:), a to dlatego, ze kobiet jak na lekarstwo (wczoraj było 7 i bądźmy szczerzy zdecydowanie słabsze niż te które startują w dużych cyklach typu Powerade czy Mio Fuji Bike Maraton). Niestety regulamin nie pozwalał startować kobietom na dystans długi, wiec musiałam jechać na krótki ( wyszło 39 km). No i niefajne to było, bo to nie był maraton mtb a kurcze jakieś kryterium uliczne:). Asfalt, drogi szutrowe. Trochę podjazdów oczywiście było. Trzeba było jechać szybko. Zalozyłam sobie po cichu ( chociaż byłam zmeczona poprzednim intensywnie spedzonym dniem i niezbyt wyspana), że będę 1 w swojej kategorii. Gnałam wiec cały dystans i jak na mnie to chyba szybko go przejechałam. Srednia wyszła mi prawie 25 km/ha, na te 39 km i 700 m przewyższenia. Jechał przede mną 13 latek, świetnie jechał. Wyprzedzał mnie często na podjazdach. Potem ja go wyprzedzałam i tak tasowalismy się całą trasę. Trochę z nim pogadałam w trakcie. Nie trenuje w żadnym klubie, bo ma za daleko. Mieszka we Frysztaku, taka wies miedzy Jasłem a Krosnem. Niesamowice ambitny i z wielką pasją. Jechaliśmy łeb w łeb, dopiero koncówke już przed stadionem przycisnęłam i dojechałam z minutę przed nim. Musiał go ten dystans i to szarpanie pod górę sporo kosztować i już nie dał rady. ale zaczekałam na niego na mecie i pogratulowałam mu bo to niesamowite było:). Potem okazało sie, ze na długim dystansie jechał jego dziadek. Fajnie nie? Oczywiście trochę sie zmeczyłam nie powiem, ale no to nie ma porównania z tymi prawie 50 km w Bardo ( gdzie jechałam 3 h 39 min, a tutaj jechałam 1 h 37 min, wiec sam czas pokazuje jakie różne to były trasy). No i po takim łatwym maratonie nie ma takiej satysfakcji po ukonczeniu, jak po tym trudnym. Ale... no więc tak: wśród kobiet byłam 2:), wśród wszystkich gdzieś w połowie stawki, w swojej kategorii wiekowej 1, wiec dopięłam swego. Po raz pierwszy stanęłam na najwyższym stopniu podium i chociaż konkurencji nie było zbyt wielkiej to zawsze cieszy. No i nafajniejsze z tego wszystkiego to piękna nagroda, śliczny kask dobrej firmy i licznik rowerowy. Miałam calkiem udane urodziny:).
Bardo , 9 maja 2008r. Powerade MTB Marathon
Bardo, miejscowość w okolicach Kotliny Kłodzkiej. Przepiękne góry, krajobrazy, zieleń o tej porze roku najsoczystsza z soczystych. Byłam już kiedyś w tych okolicach , ale wtedy jeszcze na crossowym rowerze, czysto wycieczkowo i niemalże wyłącznie po asfalcie. Tym razem - maraton, pierwszy górski maraton, bo wcześniejsze przeze mnie przejechane to były raczej po terenach pagórkowatych. Od kiedy w ub roku przejechałam pierwszy maraton, wymyśliłam sobie nowe wyzwanie - przejechać maraton w górach. Teraz mam następne - przejechać maraton w górach przy kiepskiej pogodzie - błocie itd.:).Ale to już nie ode mnie zależy, a od pogody. Już tak mam , ze jak już coś mi sie uda, wymyślałam następne. Jechałam z dużymi obawami na ten maraton, a to dlatego ze mało kilometrów miałam wyjechanie w tym roku, właściwie żadnej dłuższej górskiej traski. Czułam, ze jeszcze nie jestem gotowa i jak sie okazało miałam rację:). Na starcie prawie nie widzę kobiet (co napawa mnie lekkim lękiem , nie chciałabym być ostatnią kobietą kończącą maraton. Te które są (w liczbie 23) w większości z jakiś teamów, klubów. Jednym słowem " wycinary", a ja wciąż nowicjusz uczący sie jazdy na rowerze górskim, nie mówiąc już o startach. Zaczynam zdecydowanie za ostro, nie chce żeby mnie wyprzedzali, bo z doświadczenia wiem ze potem bardzo ciężko będzie wyprzedzać. Tętno oscyluje niebezpieczne wokół 180 i około 3 km. stwierdzam, że jestem już ugotowana... Takie myśli przychodzą mi do głowy: zawrócić do mety... Zaczyna sie mozolne wspinanie pod górę. 15 km do góry po szutrze, kamieniach, w lesie. Potem upragnione (ha,ha nie sądziłam, ze kiedyś to napiszę)zjazdy. Cieszę się, ze odpocznę:). Dobre sobie - zjazdy są niebezpieczne, bardzo szybkie, szutrowe, na takich najłatwiej o upadek. Ale zjazdy o dziwo udaje mi sie pokonywać dobrze, nawet wyprzedzać na nich facetów:). Odpuszczam dwa - jakąś rynnę z piachu i kamienie jak telewizory Droga Krzyżowa) pod koniec dystansu. Resztę przejeżdżam bez wypadku a niestety upadam na zakręcie, w który wjechałam zbyt szybko. Upadam z impetem na lewy bok, tłukę głowę, policzek. Dwóch chłopaków z obsługi pyta czy gdzieś dzwonić: myślę sobie.. no nie po to tu przyjechałam, żeby schodzić z trasy. Wsiadam na rower i jadę, chociaż głowa boli i policzek też. Ktoś jedzie obok mnie i pyta czy wszystko w porządku. Mówię, ze tak i ze za dobrze szło i coś w końcu musiało sie przydarzyć. Chłopak się śmieje i mówi: jak dasz rade mówić to jest ok:). Jadę dalej , ból mija ( powróci po minięciu mety i na drugi dzień). Mozolnie pod górę,po szutrze, kamieniach itd. Jak wyjeżdżamy od czasu do czasu z lasu pokazują sie piękne panoramy Sudetów. Przepiękna trasa. Trochę błota, które udaje mi sie przejeżdżać ( dobre opony:)). Jakiś niewielki strumyczek - ale frajda tak przez strumyczek na rowerze... Jestem potwornie zmęczona i odliczam każdy kilometr do mety. I znowu te myśli natrętne: no nie... jestem taka słaba, nie nadaję się... więcej już nie pojadę na maraton... Takie myśli towarzyszyły mi na każdym poprzednio przejechanym maratonie. 2 kilometry przed metą mijaja mnie 3 kobiety. Jestem wściekła, ale nie mam siły ich gonić. Ledwie jadę i znowu jest ostro pod górę. Łapie mnie kolka, coś niebywałego , w życiu nie przytrafiło mi się to na rowerze! NO i nas sam koniec ten zjazd po wielkich kamieniach... Stoi jakiś kibic. Zaczynam zjeżdżać, on mówi: nieźle... Ale po chwili czuję ze koło dostaje poślizgu, więc ratuje sie przed upadkiem i resztę zjazdu schodzę mamrocząc pod nosem: chyba ich porypało. To pod adresem tego co wymyślał trasę. Niestety jak dla mnie za trudny zjazd na koniec kiedy nie ma sie już sił, koncentracja mocno osłabiona. Docieram do mety, tuz przed metą ostatni zjazd. Tuż przed metą jakis facet próbuje mnie wyprzedzić. Myślę sobie: o nie, nie nie… Jadę ile sił w nogach i przyjeżdżam przed nim. Wjeżdząm na metę i dosłownie czuję, ze jestem wycieńczona.To chyba było jak do tej pory najcięższe 50 km na rowerze w moim życiu:), ale wiem, ze te jeszcze bardziej cięzkie przede mną. Przez 15 min mamroczę, ze juz nigdy nie pojadę na żaden maraton, nigdy... Po 15 min. już myślę... kiedy i gdzie jest następny:). Bo to tak działa:). Jakieś niesamowite szczęście przepełnia człowieka i poczucie spełnienia i sama nie wiem jak jeszcze to nazwać:) Moje drżenie duszy:). Niesamowite drżenie duszy i motyle w brzuchu:). I okazuje się, ze w tym doborowym wycinarskim towarzystwie ( i vice mistrz świata juniorów i czołówka krajowa) , jedzie tak mało kobiet, ze w w mojej kategorii wiekowej jestem 6 na 9 kobiet, a od 6 miejsca staje sie na pudle:). Przyjemne prawda? No bo to prestiżowa edycja, nie lokalny maraton. Oczywiście przyjechałam pod koniec stawki, ale to byli prawie sami faceci. 257 osób, ja gdzieś tam w pierwszej trzydziestce od końca:). Juz dokładnie miejsca nie pamietam. następny maraton w Krośnie 24 maja, dokładnie w moje urodziny 36 zresztą:) ( lokalny), robię przetarcie przed wielkim świętem czyli pierwszym w historii maratonem w Tarnowie 31 maja. No i tak to było... Ale już było i trzeba myśleć o tym co będzie i trochę potrenować i zbierać siły.
I pierwszy maraton w Cyklo. Jak wiele jeśli chodzi o ten cykl zmieniło się od tamtego czasu.
24 maja 2008r. Krosno Cyklokarapty
Wczoraj przejechałam mój 6 maraton, chociaż trudno to nazwać maratonem mtb. To był lokalny maraton w Krośnie z cyklu CykloKarpaty. Gdybym przejeździła cały ten cykl pewnie miałabym wielkie szanse na koncowy duzy sukces w generalce:), a to dlatego, ze kobiet jak na lekarstwo (wczoraj było 7 i bądźmy szczerzy zdecydowanie słabsze niż te które startują w dużych cyklach typu Powerade czy Mio Fuji Bike Maraton). Niestety regulamin nie pozwalał startować kobietom na dystans długi, wiec musiałam jechać na krótki ( wyszło 39 km). No i niefajne to było, bo to nie był maraton mtb a kurcze jakieś kryterium uliczne:). Asfalt, drogi szutrowe. Trochę podjazdów oczywiście było. Trzeba było jechać szybko. Zalozyłam sobie po cichu ( chociaż byłam zmeczona poprzednim intensywnie spedzonym dniem i niezbyt wyspana), że będę 1 w swojej kategorii. Gnałam wiec cały dystans i jak na mnie to chyba szybko go przejechałam. Srednia wyszła mi prawie 25 km/ha, na te 39 km i 700 m przewyższenia. Jechał przede mną 13 latek, świetnie jechał. Wyprzedzał mnie często na podjazdach. Potem ja go wyprzedzałam i tak tasowalismy się całą trasę. Trochę z nim pogadałam w trakcie. Nie trenuje w żadnym klubie, bo ma za daleko. Mieszka we Frysztaku, taka wies miedzy Jasłem a Krosnem. Niesamowice ambitny i z wielką pasją. Jechaliśmy łeb w łeb, dopiero koncówke już przed stadionem przycisnęłam i dojechałam z minutę przed nim. Musiał go ten dystans i to szarpanie pod górę sporo kosztować i już nie dał rady. ale zaczekałam na niego na mecie i pogratulowałam mu bo to niesamowite było:). Potem okazało sie, ze na długim dystansie jechał jego dziadek. Fajnie nie? Oczywiście trochę sie zmeczyłam nie powiem, ale no to nie ma porównania z tymi prawie 50 km w Bardo ( gdzie jechałam 3 h 39 min, a tutaj jechałam 1 h 37 min, wiec sam czas pokazuje jakie różne to były trasy). No i po takim łatwym maratonie nie ma takiej satysfakcji po ukonczeniu, jak po tym trudnym. Ale... no więc tak: wśród kobiet byłam 2:), wśród wszystkich gdzieś w połowie stawki, w swojej kategorii wiekowej 1, wiec dopięłam swego. Po raz pierwszy stanęłam na najwyższym stopniu podium i chociaż konkurencji nie było zbyt wielkiej to zawsze cieszy. No i nafajniejsze z tego wszystkiego to piękna nagroda, śliczny kask dobrej firmy i licznik rowerowy. Miałam calkiem udane urodziny:).
- DST 30.00km
- Teren 15.00km
- Czas 01:28
- VAVG 20.45km/h
- Sprzęt Kellys Magnus
- Aktywność Jazda na rowerze
Środa, 13 maja 2015
Wembley
Chyba już było, ale tak mi się skojarzyło. Na fali różnych wydarzeń.
Dobry tekst.
Hej, porozmawiajmy bez noży, krzyży i polowań,
Bez celowania w oczy,
duszenia w krtani i łamania nosów,
Bez płytkich oddechów i bólu,
co siedzi gdzieś w człowieku.
Trochę o wojnach światów, kto się boi, a kto słucha cichych głosów
Zza kwiatów.
Zza kwiatów.
Zza kwiatów.
Zza kwiatów.
Hej, porozmawiajmy, kiedy koty na dachach i z jesienią w powietrzu,
Bez łamania sobie karków
Bez przesadnej empatii, sądów i koszarów
I chociaż raz nie mówmy naraz.
Spróbujmy się postarać.
Spróbujmy się postarać.
Spróbujmy się postarać.
I zaplecze kuchenne również.
Zaplecze kuchenne © Iza
Wembley © Iza
Hej, porozmawiajmy bez noży, krzyży i polowań,
Bez celowania w oczy,
duszenia w krtani i łamania nosów,
Bez płytkich oddechów i bólu,
co siedzi gdzieś w człowieku.
Trochę o wojnach światów, kto się boi, a kto słucha cichych głosów
Zza kwiatów.
Zza kwiatów.
Zza kwiatów.
Zza kwiatów.
Hej, porozmawiajmy, kiedy koty na dachach i z jesienią w powietrzu,
Bez łamania sobie karków
Bez przesadnej empatii, sądów i koszarów
I chociaż raz nie mówmy naraz.
Spróbujmy się postarać.
Spróbujmy się postarać.
Spróbujmy się postarać.
Spróbujmy się postarać.
Dumna ogromnie z siebie, postanowiłam Mirkowi pokazać swoje odkrycie, czyli widokowy taras (doskonały do podziwiania przyrody, odpoczynku i uzupełniania izotników) w Zbylitowskiej Górze.
- Phi- powiedział Mirek – ja to miejsce znam.
Znałem go, jeszcze zanim ty dowiedziałaś się co to jest MTB.
No i duma ze mnie uleciała jak z przekłutego balonu. Pojechaliśmy dalej. W Buczynie Mirek znienacka powiedział:
- Skręcamy tutaj? – i nie czekając na moją odpowiedź skręcił w czerwony pieszy szlak.
Protestowałam, krzycząc coś, że mam stary rower, że stare opony (nie zdążyłam dodać, że ja też stara).
- Phi – powiedział Mirek – ja mam 5 letnie Pythony.
- A ja z przodu 5 letniego Bulldoga i z tyłu 5 letniego Pythona.
I nagle oczom moim ukazał się ZJAZD.
Krzyknęłam:
- Jakiś bardzo niebezpieczny?
- Phi – powiedział Mirek – wcale a wcale.
Po czym dodał:
- A taki.. zabić się można…
Po czym pomknęliśmy na naszym mocno przeterminowanych oponach po tym ZJEŹDZIE. I dalej na most w Zgłobicach, a stamtąd w kierunku Zakrzowa i początkowo trasą wojnickiego maratonu z 2013r. Uśmiechnęłam się na widok jednego z domów, przy leśnej szutrowej drodze, tam właśnie bowiem powstała słynna produkcja filmowa z Rodzynkami w głównej roli. Działo się:).
Potem skręciliśmy sobie w las. Oczom moim ukazała się cała masa sosen. Powiedziałam:
-O dużo sosen. Fajnie.
Mirek zapytał:
- A po co ci sosny?
- No na syrop z pędów sosny.
Mirek na to:
- A myślałem, że chcesz palnąć jak dzik w sosnę.
No cały Mirek:).
Pokręciliśmy po Lesie i udaliśmy się na Wembley w Kępie Bogumiłowickiej, pogadać i uzupełnić izotoniki. A na Wembley jest cała infrastruktura. Nawet szatnię chłopaki mają.
Szatnia na Wembley © IzaDumna ogromnie z siebie, postanowiłam Mirkowi pokazać swoje odkrycie, czyli widokowy taras (doskonały do podziwiania przyrody, odpoczynku i uzupełniania izotników) w Zbylitowskiej Górze.
- Phi- powiedział Mirek – ja to miejsce znam.
Znałem go, jeszcze zanim ty dowiedziałaś się co to jest MTB.
No i duma ze mnie uleciała jak z przekłutego balonu. Pojechaliśmy dalej. W Buczynie Mirek znienacka powiedział:
- Skręcamy tutaj? – i nie czekając na moją odpowiedź skręcił w czerwony pieszy szlak.
Protestowałam, krzycząc coś, że mam stary rower, że stare opony (nie zdążyłam dodać, że ja też stara).
- Phi – powiedział Mirek – ja mam 5 letnie Pythony.
- A ja z przodu 5 letniego Bulldoga i z tyłu 5 letniego Pythona.
I nagle oczom moim ukazał się ZJAZD.
Krzyknęłam:
- Jakiś bardzo niebezpieczny?
- Phi – powiedział Mirek – wcale a wcale.
Po czym dodał:
- A taki.. zabić się można…
Po czym pomknęliśmy na naszym mocno przeterminowanych oponach po tym ZJEŹDZIE. I dalej na most w Zgłobicach, a stamtąd w kierunku Zakrzowa i początkowo trasą wojnickiego maratonu z 2013r. Uśmiechnęłam się na widok jednego z domów, przy leśnej szutrowej drodze, tam właśnie bowiem powstała słynna produkcja filmowa z Rodzynkami w głównej roli. Działo się:).
Potem skręciliśmy sobie w las. Oczom moim ukazała się cała masa sosen. Powiedziałam:
-O dużo sosen. Fajnie.
Mirek zapytał:
- A po co ci sosny?
- No na syrop z pędów sosny.
Mirek na to:
- A myślałem, że chcesz palnąć jak dzik w sosnę.
No cały Mirek:).
Pokręciliśmy po Lesie i udaliśmy się na Wembley w Kępie Bogumiłowickiej, pogadać i uzupełnić izotoniki. A na Wembley jest cała infrastruktura. Nawet szatnię chłopaki mają.

I zaplecze kuchenne również.

Zaplecze kuchenne © Iza

Wembley © Iza
A tak generalnie to miałam dzisiaj jechać na pokrzywowe zbiory, ale, że się Mirek „napatoczył”, to nic z tego nie wyszło:).
Mam nadzieję, że jeszcze zdążę uzupełnić te majowe zbiory.
Pisałam już o Filipie Springerze? Pisałam. Facet jest niesamowity. Niesamowicie robi zdjęcia, niesamowicie pisze o rzeczach, o których nigdy bym nie pomyślała, że mnie zainteresują, ma niesamowity zmysł obserwacji. Uwielbiam jego profil na FB. Czasem można przeczytać zasłyszane przez niego na ulicy dialogi. Czasem zaglądam na bloga. Nie znam się za bardzo na polskich reporterach. Dopiero od niedawna czytam reportaże. Uważam jednak, że to chyba jeden z ciekawszych reporterów. Napisał 4 książki („Miedziankę”, "Wannę z kolumnadą”, „Źle urodzone” i „Zaczyn. Opowieść o Zofii i Oskarze Hansenach”). Widziałam też jego zdjęcia na jakimś rowerowym portalu. Do tego.. startuje w rajdach ekstremalnych (albo startował). W każdym bądź razie na jednym z nich, Mirek miał okazję go poznać. Warto się tym CZŁOWIEKIEM zainteresować, bo wiele ma do powiedzenia, a książki czyta się ŚWIETNIE.
Mam nadzieję, że jeszcze zdążę uzupełnić te majowe zbiory.
Pisałam już o Filipie Springerze? Pisałam. Facet jest niesamowity. Niesamowicie robi zdjęcia, niesamowicie pisze o rzeczach, o których nigdy bym nie pomyślała, że mnie zainteresują, ma niesamowity zmysł obserwacji. Uwielbiam jego profil na FB. Czasem można przeczytać zasłyszane przez niego na ulicy dialogi. Czasem zaglądam na bloga. Nie znam się za bardzo na polskich reporterach. Dopiero od niedawna czytam reportaże. Uważam jednak, że to chyba jeden z ciekawszych reporterów. Napisał 4 książki („Miedziankę”, "Wannę z kolumnadą”, „Źle urodzone” i „Zaczyn. Opowieść o Zofii i Oskarze Hansenach”). Widziałam też jego zdjęcia na jakimś rowerowym portalu. Do tego.. startuje w rajdach ekstremalnych (albo startował). W każdym bądź razie na jednym z nich, Mirek miał okazję go poznać. Warto się tym CZŁOWIEKIEM zainteresować, bo wiele ma do powiedzenia, a książki czyta się ŚWIETNIE.
- DST 29.00km
- Teren 14.00km
- Czas 01:21
- VAVG 21.48km/h
- Sprzęt Kellys Magnus
- Aktywność Jazda na rowerze
Wtorek, 12 maja 2015
Zapachowo
Szybki obiad (ugotowany wczoraj) i w drogę.
A na obiad była zupa szczawiowa z ryżem brązowym. Ugotowałam jajko i….

Takie mi się dzisiaj udały bliżniaki © Iza
A na obiad była zupa szczawiowa z ryżem brązowym. Ugotowałam jajko i….

Takie mi się dzisiaj udały bliżniaki © Iza
Walczyłam dzisiaj ze sobą, żeby wyjechać. Nie będę udawać, że mi się chciało. Bardzo walczyłam. "Przeciw" było popracowe zmęczenie i trochę rzeczy do zrobienia w domu, "za" była piękna pogoda i zbliżający się maraton.
Wyjechałam. Kiedy jadąc wzdłuż Dunajca wspominałam te moje wewnętrzne walki i pomyślałam jak myślałam o tym, że nigdzie nie pojadę, a położę się na chwilę, odpocznę, zobaczyłam TO:
Miejsce na odpoczynek © Iza

Nie skorzystałam. Pojechałam dalej.
Jeśli ktoś jest spostrzegawczy dostrzeże na zdjęciu jaszczurkę.
Najpierw Buczyna, potem wzdłuż Dunajca i podjazd PItstopowy. Jak to ten podjazd, łatwo się nie jeździe, raczej mozolnie i ciężko dysząc. Rzadko spotyka się tam ludzi, częściej psy.
Tym razem szła jakaś Pani. Powiedziałam jej „Dzien dobry”. Odpowiedziała i powiedziała:
- O matko, to mnie się tak iść nie chce.. a pani pedałuje…. Ludzziiiiieeeeeee…..
Miałam jej powiedzieć: też mi się nie chce pedałować… (ale się nie przyznałam). Uśmiechnęłam się i zaczęłam pedałować mocniej. Ot, co czynią kibice na trasie:).
Plan dzisiaj miałam pewien, ale pewna nie byłam czy go zrealizuje, bo wyjechałam dość późno. Zjechalam zjazdem terenowym, leśnym w dół do Dunajca (tym który kiedyś na FR pokazywał Leszek). Fajny jest, chociaż ostrzegam – początek wysypany nowym kamieniem (luźny kamień). Trzeba być czujnym.
A potem las. Fajnie tam, ale samemu trochę straszno. Ponuro.
Fragmenty śliskie i gliniaste jak na niektórych trasach Cyklo. Trzeba być uważnym.
Po wyjeździe z lasu – przepiękny widok. Końcówka zjazdu jednak mocno zarosła, miejscami nie da się zjechać.
Potem kawałek wzdłuż Dunajca i skręt na podjazd w kierunku Uroczyska i Winnicy. Mozolnie, ale na szczycie w nagrodę piękne widoki.
Najpierw Buczyna, potem wzdłuż Dunajca i podjazd PItstopowy. Jak to ten podjazd, łatwo się nie jeździe, raczej mozolnie i ciężko dysząc. Rzadko spotyka się tam ludzi, częściej psy.
Tym razem szła jakaś Pani. Powiedziałam jej „Dzien dobry”. Odpowiedziała i powiedziała:
- O matko, to mnie się tak iść nie chce.. a pani pedałuje…. Ludzziiiiieeeeeee…..
Miałam jej powiedzieć: też mi się nie chce pedałować… (ale się nie przyznałam). Uśmiechnęłam się i zaczęłam pedałować mocniej. Ot, co czynią kibice na trasie:).
Plan dzisiaj miałam pewien, ale pewna nie byłam czy go zrealizuje, bo wyjechałam dość późno. Zjechalam zjazdem terenowym, leśnym w dół do Dunajca (tym który kiedyś na FR pokazywał Leszek). Fajny jest, chociaż ostrzegam – początek wysypany nowym kamieniem (luźny kamień). Trzeba być czujnym.
A potem las. Fajnie tam, ale samemu trochę straszno. Ponuro.
Fragmenty śliskie i gliniaste jak na niektórych trasach Cyklo. Trzeba być uważnym.
Po wyjeździe z lasu – przepiękny widok. Końcówka zjazdu jednak mocno zarosła, miejscami nie da się zjechać.
Potem kawałek wzdłuż Dunajca i skręt na podjazd w kierunku Uroczyska i Winnicy. Mozolnie, ale na szczycie w nagrodę piękne widoki.

Jeden z moich ulubionych widoków © Iza
Czasu miałam już mało i byłam pewna, że ostatniego punktu programu nie uda mi się zrealizować, ale udało się. Czyli zjazd terenowy za szlabanem do Doliny Izy. Przeprawa przez potoczek. Tym razem poległam, zawadziłam o jakiś kamień, zamoczyłam buty. No a potem 17 minut jazdy do góry, czyli podjazd w Dolinie do następnego szlabanu. I to był już koniec, bo było mocno po 19, a ja jeszcze musiałam jechać na pocztę.
A na poczcie czekała „Staroświecka historia” Magdy Szabo. Radość. Druk też staroświecki, mały taki, że to już nie na moje 43 letnie oczy:).
Było : wiosennie, pachnąco, słonecznie…. majowo.
Wysokie Obcasy Ekstra , felieton prof. Z. Mikołejko „ … bom alergik i astmatyk i przeżywa wiosnę jak piekło: takie piekło o którym się nie śniło nawet tym wysłannicom i wysłannikom bożym. I zdarza mi się marzyć o zalaniu tej całej wiosny, tego przeklętego maja tęgim betonem. W końcu dławi mnie to wszystko, bezczelna zieleń i to wszelakie kwiecie – spać nie daje, a łzy zalewają mi wciąż oczy”
Mnie też dławią zapachy kwiecia kwitnącego, ale tylko na podjazdach, kiedy z trudem łapie oddech, wtedy przeszkadzają. Jest mdląco. I dławią mnie na podjazdach maratonowych te wszystkie zapachy dochodzące z koszulek kolegów. Płyny do prania, proszki, nie wiem co to jeszcze. Mocne, kwiatowe.
Dawno już miałam zaapelować – Panowie jeśli sami nie pierzecie Waszych rowerowych ciuchów, kupcie żonie jakiś łagodny proszek do prania. Bezzapachowy najlepiej. Bo ciężko się podjeżdża w tych wszystkich oparach:).
PS i jeszcze jedna sprawa.
W tym sezonie będziemy mieć jeszcze jeden maraton w pobliżu Tarnowa.
W Skrzyszowie, 11 lipca.
Zapewne trasa będzie kluczyć w okolicy Brzanki, bowiem organizatorem jest Paweł, niegdyś autor trasy maratonu tarnowskiego (Bikemaraton). Dzisiaj tamten maraton to już zamierzchła historia. Komu udało się wystartować (mnie udało się trzy razy) jest szczesliwy, bo ma co wspominać.
Teraz tworzy się nowa historia.
https://www.facebook.com/events/1646341128918878/
Czasu miałam już mało i byłam pewna, że ostatniego punktu programu nie uda mi się zrealizować, ale udało się. Czyli zjazd terenowy za szlabanem do Doliny Izy. Przeprawa przez potoczek. Tym razem poległam, zawadziłam o jakiś kamień, zamoczyłam buty. No a potem 17 minut jazdy do góry, czyli podjazd w Dolinie do następnego szlabanu. I to był już koniec, bo było mocno po 19, a ja jeszcze musiałam jechać na pocztę.
A na poczcie czekała „Staroświecka historia” Magdy Szabo. Radość. Druk też staroświecki, mały taki, że to już nie na moje 43 letnie oczy:).
Było : wiosennie, pachnąco, słonecznie…. majowo.
Wysokie Obcasy Ekstra , felieton prof. Z. Mikołejko „ … bom alergik i astmatyk i przeżywa wiosnę jak piekło: takie piekło o którym się nie śniło nawet tym wysłannicom i wysłannikom bożym. I zdarza mi się marzyć o zalaniu tej całej wiosny, tego przeklętego maja tęgim betonem. W końcu dławi mnie to wszystko, bezczelna zieleń i to wszelakie kwiecie – spać nie daje, a łzy zalewają mi wciąż oczy”
Mnie też dławią zapachy kwiecia kwitnącego, ale tylko na podjazdach, kiedy z trudem łapie oddech, wtedy przeszkadzają. Jest mdląco. I dławią mnie na podjazdach maratonowych te wszystkie zapachy dochodzące z koszulek kolegów. Płyny do prania, proszki, nie wiem co to jeszcze. Mocne, kwiatowe.
Dawno już miałam zaapelować – Panowie jeśli sami nie pierzecie Waszych rowerowych ciuchów, kupcie żonie jakiś łagodny proszek do prania. Bezzapachowy najlepiej. Bo ciężko się podjeżdża w tych wszystkich oparach:).
PS i jeszcze jedna sprawa.
W tym sezonie będziemy mieć jeszcze jeden maraton w pobliżu Tarnowa.
W Skrzyszowie, 11 lipca.
Zapewne trasa będzie kluczyć w okolicy Brzanki, bowiem organizatorem jest Paweł, niegdyś autor trasy maratonu tarnowskiego (Bikemaraton). Dzisiaj tamten maraton to już zamierzchła historia. Komu udało się wystartować (mnie udało się trzy razy) jest szczesliwy, bo ma co wspominać.
Teraz tworzy się nowa historia.
https://www.facebook.com/events/1646341128918878/
- DST 42.00km
- Teren 15.00km
- Czas 02:20
- VAVG 18.00km/h
- Sprzęt KTM
- Aktywność Jazda na rowerze
Niedziela, 10 maja 2015
Jazda mielecka
Udało mi się wyrwać na krótką, wieczorną jazdę w sobotę w Mielcu.
Pojechałam więc.. w jedyne miejsce (chyba) w Mielcu gdzie można pokręcić coś co przypomina MTB czyli do Lasu za Stawami Nowaka.
Lubię ten Las. W 2010r. jeździłam tutaj na treningi codziennie, więc las znam dość dobrze. Byłam też kiedyś tutaj na jeździe z kolegami z Mielca.
Las jest inny niż te w okolicy Tarnowa (może z wyjątkiem tego, którym jedzie się w kierunku Czarnej, bo on nieco ten mielecki przypomina). Dużo sosen (byłoby gdzie zbierać pędy na syrop:)), dużo też piachu, stąd nie jeździ się tak łatwo. Trochę sobie w tym Lesie „przycisnęłam”. Fajnie było. Spotkałam nawet trzech kolarzy.

Mielecki las © Iza
I jeśli ktoś nie wierzy, że tutaj są jakieś górki, to proszę bardzo: kto by to wyjechał? Zaznaczam, że jak to zdjęcie, sporo wypłaszcza bo górka jest spora.
Taka sobie góra piachu © Iza
Znalazłam jeszcze jedną, a na niej fajny podjazd z korzeniami (zdjęcie również nie oddaje charakteru górki).

Znalazłam jeszcze jedną fajną górkę © Iza
Podjazd był krótki ale wymagający, dość stromy i korzeniasty. Trochę sobie popodjeżdżałam i pozjeżdżałam.
Podjazd był całkiem, całkiem © Iza
A w drodze powrotnej porobiłam takie zdjęcia.
Mielec tzn samoloty © Iza
"Stary" Dromader © Iza
Jeszcze jeden samolot © Iza
Moje dzieciństwo to nieustanne dźwięki przelatujących nad głową samolotów:). Nieodłączny element tego miasta.
A na koniec… Przyszła nareszcie. Jubileuszowa płyta Piotra Banacha 35/50. 35 lat na scenie, 50 lat na świecie. 3 cd z piosenkami: Indios Bravos, Hey, solowymi Kaśki Nosowskiej, Ludzi Miłych, Dum Dum.
Polecam. Świetna płyta.

Banach 35/50 © Iza
Lubię ten tekst …
Ze zmiennym szczęściem, toczę się
Czasami z drogi zniesie mnie
Czasem zwolnię, w jakimś błocie
Jednak do przodu wciąż się toczę
A tocząc się tę wiarę mam
Choć ta naraża mnie na kpiny
Że kamyk mały tak jak Ja
Przyczyną może być lawiny
Płytę polecam:) © Iza
Pojechałam więc.. w jedyne miejsce (chyba) w Mielcu gdzie można pokręcić coś co przypomina MTB czyli do Lasu za Stawami Nowaka.
Lubię ten Las. W 2010r. jeździłam tutaj na treningi codziennie, więc las znam dość dobrze. Byłam też kiedyś tutaj na jeździe z kolegami z Mielca.
Las jest inny niż te w okolicy Tarnowa (może z wyjątkiem tego, którym jedzie się w kierunku Czarnej, bo on nieco ten mielecki przypomina). Dużo sosen (byłoby gdzie zbierać pędy na syrop:)), dużo też piachu, stąd nie jeździ się tak łatwo. Trochę sobie w tym Lesie „przycisnęłam”. Fajnie było. Spotkałam nawet trzech kolarzy.

Mielecki las © Iza
I jeśli ktoś nie wierzy, że tutaj są jakieś górki, to proszę bardzo: kto by to wyjechał? Zaznaczam, że jak to zdjęcie, sporo wypłaszcza bo górka jest spora.

Taka sobie góra piachu © Iza
Znalazłam jeszcze jedną, a na niej fajny podjazd z korzeniami (zdjęcie również nie oddaje charakteru górki).

Znalazłam jeszcze jedną fajną górkę © Iza
Podjazd był krótki ale wymagający, dość stromy i korzeniasty. Trochę sobie popodjeżdżałam i pozjeżdżałam.

Podjazd był całkiem, całkiem © Iza
A w drodze powrotnej porobiłam takie zdjęcia.

Mielec tzn samoloty © Iza

"Stary" Dromader © Iza

Jeszcze jeden samolot © Iza
Moje dzieciństwo to nieustanne dźwięki przelatujących nad głową samolotów:). Nieodłączny element tego miasta.
A na koniec… Przyszła nareszcie. Jubileuszowa płyta Piotra Banacha 35/50. 35 lat na scenie, 50 lat na świecie. 3 cd z piosenkami: Indios Bravos, Hey, solowymi Kaśki Nosowskiej, Ludzi Miłych, Dum Dum.
Polecam. Świetna płyta.

Banach 35/50 © Iza
Lubię ten tekst …
Ze zmiennym szczęściem, toczę się
Czasami z drogi zniesie mnie
Czasem zwolnię, w jakimś błocie
Jednak do przodu wciąż się toczę
A tocząc się tę wiarę mam
Choć ta naraża mnie na kpiny
Że kamyk mały tak jak Ja
Przyczyną może być lawiny

Płytę polecam:) © Iza
- DST 31.00km
- Teren 19.00km
- Czas 01:24
- VAVG 22.14km/h
- Sprzęt Kellys Magnus
- Aktywność Jazda na rowerze
Niedziela, 10 maja 2015
Mielec-Tarnów (deszczowo)
Mocno doświadczyła mnie dzisiejsza jazda.
Przyczyn jest pewnie wiele.
Wczoraj dośc mocno pokręciłam po mieleckim lesie (a nie kręci się tam łatwo, bo sporo piachu miejscami, więc siłowe to jest dość jeżdżenie).
Mało snu dzisiejszej nocy.
Pogoda cóż tu mówić.. mało sprzyjajaca jeździe (deszcz i spory wiatr).
Wiedziałam, że na dzisiaj prognozy przychylne nie są, pomimo tego zdecydowałam się jechać rowerem do Mielca. Gdybym nie pojechała to byłby 4 dni bez roweru. W obliczu zbliżającego się startu (jeśli nastąpi, bo jak pogoda będzie taka jak dzisiaj to będę się zastanawiać... maraton w Kluszkowcach bardzo chce przejechać, bo zapowiada się na najciekawszy w Cyklo, ale jeśli byłby takie ulewy jak dzisiaj, to robienie 2 tys przewyższenia w błocie i deszczu, to oprócz start sprzętowych, jakieś 6 godzin jazdy dla mnie zapewne.. a chyba jeszcze nie jestem gotowa na takie jeżdżenie, zobaczymy co będzie), więc w obliczu tego zbliżającego się startu trzeba było pojeździć trochę. Stąd taka a nie inna decyzja.
Od rana w Mielcu lało... co chwilę spoglądałam za okno.
Zaoferowano mi nawet możliwość przyjazdu samochodem po mnie do Mielca. Dzięki Ci dobra DUSZO:).
Ale uparłam się, że dam radę jakoś przejechać. W koncu to tylko deszcz i asfalt. Nie deszcz i błoto, która to mieszanka skutecznie niszczy sprzęt.
Ubrana w przeciwdeszczową kurtkę, długie spodnie, wyruszyłam. Los mi sprzyjał, bo trafiłam w jakieś okno pogodowe.
40 min jazdy bez deszczu, a potem zaczęła się ulewa.... Regularna ulewa, z odgłosami burzy w tle.
Nie było fajnie.
Buty mokre, spodnie mokre...
Na szczęście nie trwało to bardzo długo. Potem przestało padać i momentami nawet wychodziło słońce.
Wiało za to dość konkretnie, co jazdę utrudniało.
Pojechałam wersją krótszą (przez Lisią Górę), ale jechałam długooooo....
Dojechałam na oparach. Nawet tydzien temu robiąc trasę w terenie, nie czułam się tak zmęczona jak dzisiaj.
I ci kierowcy...
Z kierowcami spotykam się codziennie w pracy. Spotkania z nimi na drodze są jednak traumatyczne.
Ja wiem, że i rowerzyści święci nie są i czasem głupoty robią, ale to co wobec rowerzystów wyczyniają kierowcy... jest naprawdę STRASZNE.
Zwłaszcza ci, którzy jeżdżą TIRAMI.
Można dostać nerwicy. Coraz mniej wobec tego podobają mi się jazdy do Mielca i z Mielca na rowerze. Zaczyna być coraz bardziej niebezpiecznie.
Szkoda drodzy kierowcy, ze zapominacie o najważniejszym. O zachowaniu odstępu. Że nie zdajecie sobie sprawy co może uczynić pęd powietrza (w piątek omal nie wpadłam do rowu).
Dzisiaj jeden pan TIrowiec na bacząc, że jadę, wyjechał sobie z podporządkowanej ulicy i zaczął skręcać, centralnie na mnie.
Widocznie uważał, ze skoro jestem mniejsza, powinnam się zatrzymać i go przepuścić.
Cieszę się, ze wybrałam MTB a nie szosę.
Mając szosę, musiałabym szukać spokojnych, wiejskich dróg, a ich coraz mniej, bo i na tych drogach masa jest szaleńców.
Od 18 maja...za przekroczenie prędkości o 50 km/h w terenie zabudowanym, policja będzie zatrzymywać prawo jazdy.
A potem będzie ono trafiać do Starosty. Będziemy wydawać decyzję o zatrzymaniu na 3 miesiące.
Oby to niektórych czegoś nauczyło.
Przyczyn jest pewnie wiele.
Wczoraj dośc mocno pokręciłam po mieleckim lesie (a nie kręci się tam łatwo, bo sporo piachu miejscami, więc siłowe to jest dość jeżdżenie).
Mało snu dzisiejszej nocy.
Pogoda cóż tu mówić.. mało sprzyjajaca jeździe (deszcz i spory wiatr).
Wiedziałam, że na dzisiaj prognozy przychylne nie są, pomimo tego zdecydowałam się jechać rowerem do Mielca. Gdybym nie pojechała to byłby 4 dni bez roweru. W obliczu zbliżającego się startu (jeśli nastąpi, bo jak pogoda będzie taka jak dzisiaj to będę się zastanawiać... maraton w Kluszkowcach bardzo chce przejechać, bo zapowiada się na najciekawszy w Cyklo, ale jeśli byłby takie ulewy jak dzisiaj, to robienie 2 tys przewyższenia w błocie i deszczu, to oprócz start sprzętowych, jakieś 6 godzin jazdy dla mnie zapewne.. a chyba jeszcze nie jestem gotowa na takie jeżdżenie, zobaczymy co będzie), więc w obliczu tego zbliżającego się startu trzeba było pojeździć trochę. Stąd taka a nie inna decyzja.
Od rana w Mielcu lało... co chwilę spoglądałam za okno.
Zaoferowano mi nawet możliwość przyjazdu samochodem po mnie do Mielca. Dzięki Ci dobra DUSZO:).
Ale uparłam się, że dam radę jakoś przejechać. W koncu to tylko deszcz i asfalt. Nie deszcz i błoto, która to mieszanka skutecznie niszczy sprzęt.
Ubrana w przeciwdeszczową kurtkę, długie spodnie, wyruszyłam. Los mi sprzyjał, bo trafiłam w jakieś okno pogodowe.
40 min jazdy bez deszczu, a potem zaczęła się ulewa.... Regularna ulewa, z odgłosami burzy w tle.
Nie było fajnie.
Buty mokre, spodnie mokre...
Na szczęście nie trwało to bardzo długo. Potem przestało padać i momentami nawet wychodziło słońce.
Wiało za to dość konkretnie, co jazdę utrudniało.
Pojechałam wersją krótszą (przez Lisią Górę), ale jechałam długooooo....
Dojechałam na oparach. Nawet tydzien temu robiąc trasę w terenie, nie czułam się tak zmęczona jak dzisiaj.
I ci kierowcy...
Z kierowcami spotykam się codziennie w pracy. Spotkania z nimi na drodze są jednak traumatyczne.
Ja wiem, że i rowerzyści święci nie są i czasem głupoty robią, ale to co wobec rowerzystów wyczyniają kierowcy... jest naprawdę STRASZNE.
Zwłaszcza ci, którzy jeżdżą TIRAMI.
Można dostać nerwicy. Coraz mniej wobec tego podobają mi się jazdy do Mielca i z Mielca na rowerze. Zaczyna być coraz bardziej niebezpiecznie.
Szkoda drodzy kierowcy, ze zapominacie o najważniejszym. O zachowaniu odstępu. Że nie zdajecie sobie sprawy co może uczynić pęd powietrza (w piątek omal nie wpadłam do rowu).
Dzisiaj jeden pan TIrowiec na bacząc, że jadę, wyjechał sobie z podporządkowanej ulicy i zaczął skręcać, centralnie na mnie.
Widocznie uważał, ze skoro jestem mniejsza, powinnam się zatrzymać i go przepuścić.
Cieszę się, ze wybrałam MTB a nie szosę.
Mając szosę, musiałabym szukać spokojnych, wiejskich dróg, a ich coraz mniej, bo i na tych drogach masa jest szaleńców.
Od 18 maja...za przekroczenie prędkości o 50 km/h w terenie zabudowanym, policja będzie zatrzymywać prawo jazdy.
A potem będzie ono trafiać do Starosty. Będziemy wydawać decyzję o zatrzymaniu na 3 miesiące.
Oby to niektórych czegoś nauczyło.
- DST 57.00km
- Czas 02:20
- VAVG 24.43km/h
- Sprzęt Kellys Magnus
- Aktywność Jazda na rowerze
Piątek, 8 maja 2015
Tarnów-Mielec
Popołudniowa, piątkowa jazda przy dobrej, słonecznej pogodzie.
Ale łatwo nie było. Pewnie dlatego, że w pracy ciężki dzień. Po pracy wpadłam do domu, przegryzłam coś i przesiadka na rower i w drogę.
Czas gorszy jednak od ostatniego na tej trasie o dwie minuty. Jakoś nie czułam wielkiej werwy do jazdy tego dnia. Nie było też jednak najgorzej.
Ale łatwo nie było. Pewnie dlatego, że w pracy ciężki dzień. Po pracy wpadłam do domu, przegryzłam coś i przesiadka na rower i w drogę.
Czas gorszy jednak od ostatniego na tej trasie o dwie minuty. Jakoś nie czułam wielkiej werwy do jazdy tego dnia. Nie było też jednak najgorzej.
- DST 69.00km
- Czas 02:44
- VAVG 25.24km/h
- Sprzęt Kellys Magnus
- Aktywność Jazda na rowerze
Środa, 6 maja 2015
Deszczowa dwudziestka
Cały dzień wisiały nad Tarnowem czarne chmury.
Przyszłam z pracy, przygotowałam sobie obiad, zjadłam i patrzyłam przez okno… nie wyglądało to dobrze.
Byłam jednak mocno zdeterminowana, ponieważ jutro niestety na żaden tzw „trening” nie będę miała czasu.
Zaklinałam deszcz, ale widocznie kiepska ze mnie czarownica, bo kiedy już przebrana i gotowa wychodziłam z domu, popatrzyłam jeszcze przez okno.. zobaczyłam ślady deszczu na chodniku.
Usiadłam na chwilę… nie padało bardziej, więc wyszłam.
Już kiedy dojeżdżałam do Zbylitowskiej Góry, padało coraz mocnej. Plan był taki, żeby nie odjeżdżać daleko od domu, tak aby w razie czego można było szybko wrócić. Wybór padł więc na asfaltowy podjazd od Dunajca do Zbylitowskiej Góry. To wielkie szczęście mieć taki podjazd 3 km od domu. Jest co prawda krótki (jakieś 500 m), ale nie taki łatwy, więc zmęczyć się można. Plan był taki, że podjadę go dużą ilość razy. Pierwszy raz.. nogi tak sobie kręcą, a deszcz pada coraz bardziej.
Drugi raz… leje… myślę sobie no cóż.. trzeba wracać do domu, bo to nie ma sensu. Ale żal.. skoro już się jakoś z tego domu "wygramoliłam"….
Myślę dalej: zrobię 5 razy i wrócę. Jestem przemoczona, woda chlupocze w butach. Mądre to nie jest. Wiem.
Zrobiłam 5 razy. Deszcz przestał padać (na chwilę), jestem przemoczona, ale myślę sobie: no dobra i tak już jestem przemoczona, to dociągnę do 10 razy. Zrobiłam 10, pomyślałam: ok, no to może 15? Zrobiłam 15. Znowu zaczęło dość mocno padać. Kiedy zrobiłam 15, pomyślałam: no ok, to zróbmy do 20, tak „okrągło” będzie. Zrobiłam. Być może było nawet trochę więcej, bo coś mi się wydaje, że się pogubiłam w liczeniu. Z matematyki zawsze byłam bardzo kiepska:).
Przyszłam z pracy, przygotowałam sobie obiad, zjadłam i patrzyłam przez okno… nie wyglądało to dobrze.
Byłam jednak mocno zdeterminowana, ponieważ jutro niestety na żaden tzw „trening” nie będę miała czasu.
Zaklinałam deszcz, ale widocznie kiepska ze mnie czarownica, bo kiedy już przebrana i gotowa wychodziłam z domu, popatrzyłam jeszcze przez okno.. zobaczyłam ślady deszczu na chodniku.
Usiadłam na chwilę… nie padało bardziej, więc wyszłam.
Już kiedy dojeżdżałam do Zbylitowskiej Góry, padało coraz mocnej. Plan był taki, żeby nie odjeżdżać daleko od domu, tak aby w razie czego można było szybko wrócić. Wybór padł więc na asfaltowy podjazd od Dunajca do Zbylitowskiej Góry. To wielkie szczęście mieć taki podjazd 3 km od domu. Jest co prawda krótki (jakieś 500 m), ale nie taki łatwy, więc zmęczyć się można. Plan był taki, że podjadę go dużą ilość razy. Pierwszy raz.. nogi tak sobie kręcą, a deszcz pada coraz bardziej.
Drugi raz… leje… myślę sobie no cóż.. trzeba wracać do domu, bo to nie ma sensu. Ale żal.. skoro już się jakoś z tego domu "wygramoliłam"….
Myślę dalej: zrobię 5 razy i wrócę. Jestem przemoczona, woda chlupocze w butach. Mądre to nie jest. Wiem.
Zrobiłam 5 razy. Deszcz przestał padać (na chwilę), jestem przemoczona, ale myślę sobie: no dobra i tak już jestem przemoczona, to dociągnę do 10 razy. Zrobiłam 10, pomyślałam: ok, no to może 15? Zrobiłam 15. Znowu zaczęło dość mocno padać. Kiedy zrobiłam 15, pomyślałam: no ok, to zróbmy do 20, tak „okrągło” będzie. Zrobiłam. Być może było nawet trochę więcej, bo coś mi się wydaje, że się pogubiłam w liczeniu. Z matematyki zawsze byłam bardzo kiepska:).
Taki był widok ze szczytu podjazdu.


W deszczu:) © Iza
Na koniec dojrzałam wzdłuż drogi fajny singielek. No to sobie wjechałam na niego i doprowadził mnie na szczyt góry, na osobliwe miejsce widokowe.

Widok z "platformy" widokowej © Iza
Sądząc po wygodnym siedzisku (a także po ilości butelek i kapsli z butelek z piwem – różne, przeróżne marki) miejscowi podziwiają widoki stamtąd bardzo często:) i w dobrych humorach.
Ja się im nie dziwię, bo widok jest przepiękny i jak sądzę przy dobrej pogodzie widać Tatry, a zakątek uroczy i doskonale "schowany".

Na tarsie widokowym © Iza
Wróciłam przez Buczynę bo jak już byłam taka przemoczona to było mi wszystko jedno. Na zjazdach przypominało mi się dojmujące uczucie zimna z maratonu w Piwnicznej.
Dzisiaj rozmawiałam z Andrzejem, mówił, ze w Przemyślu, aż tak źle nie było, bo nie było bardzo zimno. Ale odczuwanie zimna jest sprawą indywidualną. Mnie pewnie byłoby zimno.
Mam nadzieję, że po tym dzisiejszym tzw „treningu” nie rozchoruję się.
Taki cytat z książki M. Grzebałkowskiej „1945. Wojna i pokój”:
„Nigdy nie przyjdzie jej do głowy, że za 69 lat wciąż ją będą pamiętać we wsi. I to nie dlatego, że była pierwszą polską nauczycielką. Ludziom zapadnie w pamięć Maria Balińska, młoda kobieta, która raz zsiadając z roweru, zdumiała się całkiem serio:” Jak to jest, że jak jadę na rowerze i jest z górki, to nie muszę pedałować?”.
Dzisiaj rozmawiałam z Andrzejem, mówił, ze w Przemyślu, aż tak źle nie było, bo nie było bardzo zimno. Ale odczuwanie zimna jest sprawą indywidualną. Mnie pewnie byłoby zimno.
Mam nadzieję, że po tym dzisiejszym tzw „treningu” nie rozchoruję się.
Taki cytat z książki M. Grzebałkowskiej „1945. Wojna i pokój”:
„Nigdy nie przyjdzie jej do głowy, że za 69 lat wciąż ją będą pamiętać we wsi. I to nie dlatego, że była pierwszą polską nauczycielką. Ludziom zapadnie w pamięć Maria Balińska, młoda kobieta, która raz zsiadając z roweru, zdumiała się całkiem serio:” Jak to jest, że jak jadę na rowerze i jest z górki, to nie muszę pedałować?”.
- DST 30.00km
- Teren 2.00km
- Czas 01:52
- VAVG 16.07km/h
- Sprzęt Kellys Magnus
- Aktywność Jazda na rowerze
Poniedziałek, 4 maja 2015
Rege
Nawet chętnie dzisiaj wyjechałam.
Nie było "zmuszania się". Jakoś tak:).
Może wczorajsza jazda mnie tak optymistycznie nastawiła? A może to spotkanie z Mirkiem, którego nie widziałam długo. Bo dzisiaj umówiłam się z Mirkiem na jazdę.
Oczywiście poprosiłam go o jazdę lajtową i po Lesie, bo po wczoraj to raczej ciężko byłoby robić jakieś duże przewyższenia. Nogi o dziwo nic a nic nie bolały, znaczy się zregenerowały się tym razem szybko.
Tak więc rundka po Lesie, rozmawiając bardziej niż skupiając się na jeździe. Tak dawno nie widzieliśmy się, że trzeba było nadrobić zaległości. Miałam dodatkowe obciążenie treningowe, ponieważ Mirek przywiózł mi kolejną książkę Filipa Springera (jak pięknie wydana!!!). Rzecz nosi tytuł "Zaczyn. O Zofii i Oskarze Hansenach". Opowiada o parze słynnych archiektów. Książkę musiałam włożyć za koszulkę i jakoś z nią jechać. Pomocne okazały się szelki u kolarskich spodni, które dobrze ją trzymały.
Po jeździe posiadówka na Wembley w Kępie Bogumiłowickiej. Jak dla mnie z wodą mineralną. Piwa już raczej unikam. Mirek powiedział, ze teraz rozumie skąd u mnie takie wahania formy i że trzeba mnie sprowadzić na dobrą drogę z powrotem:).
A na Wembley zanleżlismy buta. Ludzie czasem mają problemy z butami (np jednemu z naszych czołowych zawodników w Przemyślu popsuło się zapięcie od całkiem nowego buta. I co? I tak przyjechał na bardzo dobrym miejscu:), bo w Gomoli z reguły twardzi zawodnicy walczą). Piłkarz pewne był za mocno kopnął. But się rozleciał. A może na bogumiłowckim Wembley jakiś talent biega (skoro tyle siły ma) i nikt o nim nie wie?
Takie znalezisko © Iza
Nie było "zmuszania się". Jakoś tak:).
Może wczorajsza jazda mnie tak optymistycznie nastawiła? A może to spotkanie z Mirkiem, którego nie widziałam długo. Bo dzisiaj umówiłam się z Mirkiem na jazdę.
Oczywiście poprosiłam go o jazdę lajtową i po Lesie, bo po wczoraj to raczej ciężko byłoby robić jakieś duże przewyższenia. Nogi o dziwo nic a nic nie bolały, znaczy się zregenerowały się tym razem szybko.
Tak więc rundka po Lesie, rozmawiając bardziej niż skupiając się na jeździe. Tak dawno nie widzieliśmy się, że trzeba było nadrobić zaległości. Miałam dodatkowe obciążenie treningowe, ponieważ Mirek przywiózł mi kolejną książkę Filipa Springera (jak pięknie wydana!!!). Rzecz nosi tytuł "Zaczyn. O Zofii i Oskarze Hansenach". Opowiada o parze słynnych archiektów. Książkę musiałam włożyć za koszulkę i jakoś z nią jechać. Pomocne okazały się szelki u kolarskich spodni, które dobrze ją trzymały.
Po jeździe posiadówka na Wembley w Kępie Bogumiłowickiej. Jak dla mnie z wodą mineralną. Piwa już raczej unikam. Mirek powiedział, ze teraz rozumie skąd u mnie takie wahania formy i że trzeba mnie sprowadzić na dobrą drogę z powrotem:).
A na Wembley zanleżlismy buta. Ludzie czasem mają problemy z butami (np jednemu z naszych czołowych zawodników w Przemyślu popsuło się zapięcie od całkiem nowego buta. I co? I tak przyjechał na bardzo dobrym miejscu:), bo w Gomoli z reguły twardzi zawodnicy walczą). Piłkarz pewne był za mocno kopnął. But się rozleciał. A może na bogumiłowckim Wembley jakiś talent biega (skoro tyle siły ma) i nikt o nim nie wie?

- DST 30.00km
- Czas 01:24
- VAVG 21.43km/h
- Sprzęt Kellys Magnus
- Aktywność Jazda na rowerze
Niedziela, 3 maja 2015
Okolice i Jamna
Na zachętę.

Kolos się rozbiera © Iza
Pierwsza awaria © Iza
Pierwsze zbiorowe © Iza
Jaka ładna para:)

Drugie zbiorowe © Iza
Trzecie zbiorowe © Iza
Czwarte zbiorowe © Iza
Jedna Gomola © Iza
I w naszych okolicach można spotkać niedżwiedzia © Iza
Trochę widoków © Iza
Niektórym znudził się rower, ćwiczą więc jogę © Iza
(a moze odlatują jak to SOKOŁY? Tylko czy te farbowane potrafią?:))

Jadą chłopaki © Iza
A jeden za zjazdów dostarczył nam sporo emocji. Było tyle gliniastego błota, że dawno takiej ilości nie widziałam. Jadąca przede mną Pani Krystyna wykonywała różne figury, stąd nazwałam ten styl zjeżdżania Dirty Dancing. No czyste to zjeżdżanie to nie było. A rowery po tymże zjeździe wyglądały tak ( i ważyły kilka kg więcej):
Mój fatbike © Iza
Jedzie Piotrek © Iza
Widoki © Iza
Końcówka Ochodzitej, Krysia, Kolos, Paweł © Iza
I co z tym teraz zrobić??? © Iza
Jeszcze jadą:) © Iza
Reasumując: dobry dzień i pożyteczna jazda. Jakieś 1700 m przewyższenia na jakichś 54 km, które zrobiliśmy po Jamnej i okolicach.
Tak pięknie jest w okolicach Tarnowa.
I niech Was nie zmyli tytuł zdjęcia. „Ochodzita” to nazwa nasza własna, na cześć słynnego podjazdu z maratonu w Istebnej. Nasza Ochodzita do niedawna była podobna (tylko nieco dłuższa i początkowo terenowa, a końcówka po płytach). Niestety ktoś nam zabrał „przyjemność” okropnych zmagań z płytami w końcówce podjazdu i zagrodził drogę, wytyczając obok nową (świeżutki asfalt niestety, ale podjazd jest taki, że ja większej prędkości niż 5 km/h nie jestem w stanie na nim osiągnąć, zwłaszcza, że robimy go mając już sporo kilometrów w nogach).
I niech Was nie zmyli tytuł zdjęcia. „Ochodzita” to nazwa nasza własna, na cześć słynnego podjazdu z maratonu w Istebnej. Nasza Ochodzita do niedawna była podobna (tylko nieco dłuższa i początkowo terenowa, a końcówka po płytach). Niestety ktoś nam zabrał „przyjemność” okropnych zmagań z płytami w końcówce podjazdu i zagrodził drogę, wytyczając obok nową (świeżutki asfalt niestety, ale podjazd jest taki, że ja większej prędkości niż 5 km/h nie jestem w stanie na nim osiągnąć, zwłaszcza, że robimy go mając już sporo kilometrów w nogach).

Widoki z Ochodzitej © Iza
Tak rozmowa z Krysią z wczoraj.
K: To jutro jedziemy na Jamną.
Ja: Na Jamną? W teren chcecie wjeżdżać? Będzie mokro. To oszczędzaliśmy sprzęt i nie pojechaliśmy do Przemyśla, a teraz skatujemy rowery?
K: no ja biorę stary..
Ja: będzie mokro…
K: eee.. przecież tak bardzo nie padało.
No dobra, bardzo nie padało:) (pojęcie względne), ale jakie bywa błoto w naszych okolicach w niektórych miejscach, to wszyscy, którzy jeżdżą tutaj wiedzą. No, ale ok. W końcu się zdecydowałam, bo na porządnej terenowej jeździe nie byłam jeszcze w tym roku. Czas był najwyższy.
Spotkanie z Gomolami powracającymi z Przemyśla, przeciągnęło się. W domu byłam o 23.30, zanim położyłam się spać, to już w ogóle było znacznie później. Pobudka dość wczesna, bo wyjazd z Okulickiego o 9.00.
Skład: Krysia, Kolos, Staszek, Adam, Paweł, Jacek, Piotrek. Do Zakliczyna autem i potem już wiadomo. Wariacje na temat Jamnej.
Miałam poważne obawy czy ja tę wycieczkę wytrzymam kondycyjnie. Przecież w tym roku w terenie jeszcze tak długo nie jechałam. Pierwszy podjazd. Niby nie jedzie się źle, ale nogi bolą i myśli są już takie: przecież to dopiero początek! Co będzie dalej…? Jak sobie dam radę? Tyle jeszcze przed nami podjazdów i to nie asfaltowych.
Ale wjeżdżamy w teren i nie jest źle, a w miarę mijającego czasu nogi się rozkręcają i jest ok. Wytrzymałam to kondycyjnie, co mnie cieszy. Jedynie ostatni terenowy podjazd odpuściłam (wymagał dużej, dużej siły, której już brakowało). No i fajnie, że było sporo zjazdów, bo wreszcie sobie solidnie pozjeżdżałam i się trochę po zimie odblokowałam.
A poza tym miło, wesoło, dobre towarzystwo i wreszcie piękna pogoda.
Tak rozmowa z Krysią z wczoraj.
K: To jutro jedziemy na Jamną.
Ja: Na Jamną? W teren chcecie wjeżdżać? Będzie mokro. To oszczędzaliśmy sprzęt i nie pojechaliśmy do Przemyśla, a teraz skatujemy rowery?
K: no ja biorę stary..
Ja: będzie mokro…
K: eee.. przecież tak bardzo nie padało.
No dobra, bardzo nie padało:) (pojęcie względne), ale jakie bywa błoto w naszych okolicach w niektórych miejscach, to wszyscy, którzy jeżdżą tutaj wiedzą. No, ale ok. W końcu się zdecydowałam, bo na porządnej terenowej jeździe nie byłam jeszcze w tym roku. Czas był najwyższy.
Spotkanie z Gomolami powracającymi z Przemyśla, przeciągnęło się. W domu byłam o 23.30, zanim położyłam się spać, to już w ogóle było znacznie później. Pobudka dość wczesna, bo wyjazd z Okulickiego o 9.00.
Skład: Krysia, Kolos, Staszek, Adam, Paweł, Jacek, Piotrek. Do Zakliczyna autem i potem już wiadomo. Wariacje na temat Jamnej.
Miałam poważne obawy czy ja tę wycieczkę wytrzymam kondycyjnie. Przecież w tym roku w terenie jeszcze tak długo nie jechałam. Pierwszy podjazd. Niby nie jedzie się źle, ale nogi bolą i myśli są już takie: przecież to dopiero początek! Co będzie dalej…? Jak sobie dam radę? Tyle jeszcze przed nami podjazdów i to nie asfaltowych.
Ale wjeżdżamy w teren i nie jest źle, a w miarę mijającego czasu nogi się rozkręcają i jest ok. Wytrzymałam to kondycyjnie, co mnie cieszy. Jedynie ostatni terenowy podjazd odpuściłam (wymagał dużej, dużej siły, której już brakowało). No i fajnie, że było sporo zjazdów, bo wreszcie sobie solidnie pozjeżdżałam i się trochę po zimie odblokowałam.
A poza tym miło, wesoło, dobre towarzystwo i wreszcie piękna pogoda.

Kolos się rozbiera © Iza

Pierwsza awaria © Iza

Pierwsze zbiorowe © Iza
Jaka ładna para:)

Drugie zbiorowe © Iza

Trzecie zbiorowe © Iza

Czwarte zbiorowe © Iza

Jedna Gomola © Iza

I w naszych okolicach można spotkać niedżwiedzia © Iza

Trochę widoków © Iza

Niektórym znudził się rower, ćwiczą więc jogę © Iza
(a moze odlatują jak to SOKOŁY? Tylko czy te farbowane potrafią?:))

Jadą chłopaki © Iza
A jeden za zjazdów dostarczył nam sporo emocji. Było tyle gliniastego błota, że dawno takiej ilości nie widziałam. Jadąca przede mną Pani Krystyna wykonywała różne figury, stąd nazwałam ten styl zjeżdżania Dirty Dancing. No czyste to zjeżdżanie to nie było. A rowery po tymże zjeździe wyglądały tak ( i ważyły kilka kg więcej):

Mój fatbike © Iza

Jedzie Piotrek © Iza

Widoki © Iza

Końcówka Ochodzitej, Krysia, Kolos, Paweł © Iza

I co z tym teraz zrobić??? © Iza

Jeszcze jadą:) © Iza
Reasumując: dobry dzień i pożyteczna jazda. Jakieś 1700 m przewyższenia na jakichś 54 km, które zrobiliśmy po Jamnej i okolicach.
- DST 62.00km
- Teren 40.00km
- Czas 04:27
- VAVG 13.93km/h
- Sprzęt KTM
- Aktywność Jazda na rowerze