lemuriza1972statystyki rowerowe bikestats.pl
lemuriza1972
Tarnów

Informacje

  • Wszystkie kilometry: 37869.50 km
  • Km w terenie: 10093.00 km (26.65%)
  • Czas na rowerze: 89d 13h 22m
  • Prędkość średnia: 19.11 km/h
  • Więcej informacji.
baton rowerowy bikestats.pl



Reprezentuję

Gomola Trans Airco Team

Całkiem niezła panorama, kliknij aby zobaczyć



Portal z dużą dawką emocji

LoveBikes.pl - portal z dużą dawką emocji







Moje rowery

Kellys Magnus 29684 km
KTM 19175 km

Szukaj

Znajomi

wszyscy znajomi(65)

Wykres roczny

Wykres roczny blog rowerowy lemuriza1972.bikestats.pl

Archiwum

  • 2017, Marzec(2, 2)
  • 2016, Grudzień(1, 0)
  • 2016, Październik(4, 3)
  • 2016, Wrzesień(13, 10)
  • 2016, Sierpień(13, 5)
  • 2016, Lipiec(11, 3)
  • 2016, Czerwiec(16, 5)
  • 2016, Maj(15, 12)
  • 2016, Kwiecień(13, 4)
  • 2016, Marzec(8, 4)
  • 2016, Luty(10, 11)
  • 2016, Styczeń(14, 7)
  • 2015, Grudzień(15, 7)
  • 2015, Listopad(8, 9)
  • 2015, Październik(9, 6)
  • 2015, Wrzesień(11, 6)
  • 2015, Sierpień(25, 7)
  • 2015, Lipiec(16, 8)
  • 2015, Czerwiec(20, 21)
  • 2015, Maj(22, 19)
  • 2015, Kwiecień(15, 9)
  • 2015, Marzec(14, 29)
  • 2015, Luty(9, 27)
  • 2015, Styczeń(8, 12)
  • 2014, Grudzień(13, 11)
  • 2014, Listopad(19, 54)
  • 2014, Październik(21, 97)
  • 2014, Wrzesień(14, 59)
  • 2014, Sierpień(18, 45)
  • 2014, Lipiec(21, 66)
  • 2014, Czerwiec(16, 54)
  • 2014, Maj(19, 83)
  • 2014, Kwiecień(16, 60)
  • 2014, Marzec(16, 27)
  • 2014, Luty(22, 89)
  • 2014, Styczeń(26, 93)
  • 2013, Grudzień(23, 64)
  • 2013, Listopad(16, 87)
  • 2013, Październik(15, 38)
  • 2013, Wrzesień(22, 129)
  • 2013, Sierpień(25, 53)
  • 2013, Lipiec(25, 94)
  • 2013, Czerwiec(19, 32)
  • 2013, Maj(21, 89)
  • 2013, Kwiecień(23, 60)
  • 2013, Marzec(15, 61)
  • 2013, Luty(10, 41)
  • 2013, Styczeń(10, 47)
  • 2012, Grudzień(10, 25)
  • 2012, Listopad(13, 79)
  • 2012, Październik(9, 83)
  • 2012, Wrzesień(22, 95)
  • 2012, Sierpień(17, 61)
  • 2012, Lipiec(12, 43)
  • 2012, Czerwiec(22, 66)
  • 2012, Maj(17, 35)
  • 2012, Kwiecień(15, 32)
  • 2012, Marzec(14, 68)
  • 2012, Luty(8, 38)
  • 2012, Styczeń(15, 44)
  • 2011, Grudzień(5, 27)
  • 2011, Listopad(11, 24)
  • 2011, Październik(12, 36)
  • 2011, Wrzesień(18, 71)
  • 2011, Sierpień(21, 67)
  • 2011, Lipiec(23, 79)
  • 2011, Czerwiec(20, 36)
  • 2011, Maj(17, 115)
  • 2011, Kwiecień(26, 116)
  • 2011, Marzec(23, 112)
  • 2011, Luty(17, 88)
  • 2011, Styczeń(26, 102)
  • 2010, Grudzień(22, 91)
  • 2010, Listopad(21, 71)
  • 2010, Październik(16, 52)
  • 2010, Wrzesień(23, 129)
  • 2010, Sierpień(28, 125)
  • 2010, Lipiec(26, 83)
  • 2010, Czerwiec(19, 55)
  • 2010, Maj(24, 74)
  • 2010, Kwiecień(16, 11)
  • 2010, Marzec(25, 18)
  • 2010, Luty(26, 33)
  • 2010, Styczeń(23, 7)
  • 2009, Grudzień(14, 12)
  • 2009, Listopad(17, 14)
  • 2009, Październik(11, 27)
  • 2009, Wrzesień(20, 13)
  • 2009, Sierpień(23, 20)
  • 2009, Lipiec(3, 1)
  • 2009, Czerwiec(1, 2)
  • 2009, Maj(2, 0)

Linki

  • Rowerowe blogi na bikestats.pl
Wtorek, 28 maja 2013

Krótko i znowu nie na temat:(

Napisałam, że "krótko" , bo tylko godzinka jazdy.
Napisałam, że "nie na temat" , bo taka jazda nie na temat... ani to trening ( jakie sobie obiecywałam) ani wielka radość z jazdy. No niestety.
Ot tak, żeby po tygodniu przerwy rozruszać mięśnie i rozruszać umysł.
Bo zmęczony dzisiaj. Bardzo.
Nie wystarczyło czasu , ani sił na nic więcej.
Co zrobić. To jest to o czym kiedyś pisałam - niewiele da się zaplanować w tym roku w kwestii treningu.
Inaczej . Zaplanować można, chęci są, ale możliwości realizacji czasowe niewielkie.
Pomimo tego spróbuję jeszcze przejechać jakiś maraton.
Nie będzie spektakularnych sukcesów, ani dobrych wyników zapewne, bo ciężko o to bez solidnego treningu, ale spróbuję jednak coś tam jeszcze przejechać.
Może się uda:).
I co jeszcze?
No.. dzisiaj jak dziecko nabiłam sobie guza...
Kiedy ostatnio nabiliście sobie guza?
no.. tak się spieszyłam pod koniec pracy, żeby z czymś tam jeszcze zdazyć, ze nie zauważyłam otwartych drzwiczek od szafki dokładnie na wysokości mojej głowy.
No i jest.. guz i ból głowy.
A co dobrego dzisiaj się wydarzyło?
Słońce się pokazało. I świeci:)
  • DST 26.00km
  • Czas 01:00
  • VAVG 26.00km/h
  • HRmax 160 ( 85%)
  • HRavg 147 ( 78%)
  • Kalorie 447kcal
  • Sprzęt Kellys Magnus
  • Aktywność Jazda na rowerze
Linkuj | Komentuj | Komentarze(4)
Poniedziałek, 27 maja 2013

Nie na temat

Dzisiaj będzie nie na temat ( a bo to zawsze musi być na temat?).
Niesportowo, ale trochę… hm.. życiowo. Więc jak ktoś nie lubi jak jest niesportowo a życiowo, jak ktoś uzna, ze to niemądre, infantylne itp., niech sobie odpuści czytanie. I niech nie pyta mnie po co to napisałam.
Niesportowo..
bo nie było dzisiaj roweru ( w zamian domowe ćwiczenia). Rower był w planie nawet jeśli będzie padało. Tak postanowiłam.
Wszystko się zmieniło, bo dzień był szalenie męczący, intensywny i .. „fullniespodziankowy”… z tymże lepiej żeby takich niespodzianek nie było. Kiedy więc wreszcie dotarłam do domu , a za oknem zaczęło padać.. pomyślałam… organizm mówi mi NIE, zmęczenie sięga zenitu, na stole leży do przeczytania nowe rozporządzenie w sprawie kierowców pojazdów uprzywilejowanych, które sobie zostało ogłoszone w dniu moich urodzin ( a to ci prezent!), a weszło dzień po, więc pass…
Nie lubię TAK, nie lubię odpuszczać, ale czasem jest taka siła wyższa.
Nadrobię to. Mam nadzieję.
Deszcz, pada deszcz… pada, ciągle, przeciągle, bezustannie…
A gdzieś tam za Rzeszowem , w szpitalu, komuś do żyły „pada” trucizna, która ma leczyć.. i trzeba mieć nadzieję, że wyleczy, ale myślę o tym natrętnie i myśl ta spokoju mi nie daje.
Więc co z tego, że pada deszcz… kiedyś przestanie…
A ten KTOŚ pewnie chętnie by mókł na tym deszczu.. gdyby to było możliwe.
A dlaczego o tym piszę? No piszę… bo może przejmujecie się tym, że pada deszcz.. że zimno, że trenować się nie da, a to zawody za pasem, a co to wobec ŻYCIA jest?
Więc nie ma co się przejmować tym deszczem. Przestanie. Kiedyś.
Czytam właśnie książkę wydaną przez Znak . Książka ma tytuł „Chustka” i wydawałoby się, że jest jedną z wielu podobnych pozycji na rynku. Ktoś zachorował na raka, ktoś opisuje swoją walkę.
Tyle, ze ten ktoś już nie żyje. Ten ktoś miał 34 lata i pisał bloga. Bloga o.. odchodzeniu. Z poczuciem humoru , swadą i energią i miłością do życia, która jest wyczuwalna w każdym zdaniu. Niezwykła sprawa. A ja bardzo lubię tych co życie kochają, nawet jeśli mają je trudne. Znam takie osoby.
Ktoś zapyta: po co mi takie smutne książki?
Po to, żeby znaleźć punkt odniesienia. Jeszcze raz sobie przypomnieć, co WAŻNE i mniej ważne. Gdzie odpuścić , a gdzie walczyć. I o co.
„ Napisała do mnie maila pewna pani z pytaniem , po co piszę bloga i po co w fejsiku podaje linka do bloga. Wyczuwam w tych pytaniach nutkę irytacji i niezadowolenia.
Więc ja zapytam Panią: czy nie wypada pisać o chorowaniu, o umieraniu? A może drażni Panią, że pisze o temacie tabu? ( młodzi ludzie nie umierają , prawda? Młodzi ludzie giną w wypadkach, giną ewentualnie w wypadku awionetki).
Miła Pani blog to literatura, to świat wykreowany – nawet jeśli oparty na fragmentach rzeczywistości. Utrwalam tylko to co chcę i jak chcę.
Resztę wspomnień zabiorę ze sobą do słoika”.

Tak.. bo blog to literatura, czasem wyższych lotów, czasem z nizin, ale to literatura i tylko niewielki fragment życia w nim jest. I zazwyczaj tego lepszego życia.
„ Potem .. codziennie podglądałam życie Joanny, uczyłam się jej sposobu wykorzystywania każdej chwili. Rano nad kawą albo wieczorem przed snem zaglądałam tam, żeby dowiedzieć się co słychać. I coraz częściej żyłam . Kiedyś zapytała na blogu: a co dzisiaj u was dobrego się wydarzyło? Opowiedzcie proszę.
To pytanie czasem słyszę, gdy wpadam zdaje się w najczarniejszą dziurę. Nawet czarne jest ładne. Bo JEST”.
To co dobrego wydarzyło się dzisiaj u was?
Mnie się udało kupić pyszny niesłodzony, tłoczony sok-jabłkowo malinowy. Mało? Dużo. Bo ucieszyło.
Udało mi się porozmawiać z KIMŚ, co prawda przez telefon tylko ale zawsze, kto walczy. Kiedy zapytałam:
No i co? I jak?, usłyszałam: podają mi chemię.
Powiedziałam: ojej….
Usłyszałam: co ojej??? Po prostu…
I to jest to dobre. Ten KTOŚ walczy. Nie poddaje się, a mnie pokazuje, że tak właśnie trzeba. Nie poddawać się. Nawet jak chwilami bywa trudno.
Czego i Wam życzę.
Dużo życia w życiu.
  • Aktywność Jazda na rowerze
Linkuj | Komentuj | Komentarze(0)
Niedziela, 26 maja 2013

Sucha Dolina, Nowy Sącz, maraton w Krynicy okiem turysty:)

Maria Pawlikowska- Jasnorzewska napisała kiedyś
Nie widziałam cię już od miesiąca. I nic. Jestem może bledsza. Trochę śpiąca, trochę bardziej milcząca. Lecz widać można żyć bez powietrza..

No… od wtorku nie widziałam roweru ( no może nie tyle co „nie widziałam”, ile nie jeździłam na nim) i co??? I nic. Żyję.
No, ale trochę bym już poodychała głębiej. Może jutro. Dzisiaj jakoś nie wystarczyło czasu , chęci i pogody.
Czasem tak jest, że trzeba iść na odwyk, dobrowolny lub przymusowy. Mój był taki pół na pół.
Najpierw dwudniowe szkolenie w Suchej Dolinie, skąd nie udałam się do Tarnowa, a wysiadłam w Nowym Sączu.
I co było dalej?
Na zachętę najpierw film, a potem będzie dalszy ciąg historii.


&feature=youtu.be

Jak już wspomniałam w czwartek wraz z większa grupą udałam się na szkolenie do Suchej Doliny, miejsce od lat doskonale mi znane, wszak góry nasze przydomowe czyli Beskid Sądecki.
Bywalcy maratonów u GG, jeśli byli w ub roku w Piwnicznej, to będą wiedzieć o co chodzi. Tam była meta i start wyścigu. Piękne miejsce.
Na chodzenie po górach czasu nie było. Jedynie krótkie spacerki na Obidzę. Dobre i to.

W drodze na Obidzę © lemuriza1972



Widok z Obidzy © lemuriza1972


A w piątek miałam urodziny, więc dostałam od kolegi.. bukiet chrzanowy.
Urodzinowy bukiet chrzanowy © lemuriza1972

Jak już wspomniałam do domu nie wróciłam, zostałam w Sączu.
Urodzinowa kolacja w Ratuszowej i pyszne pierogi uzbeckie, a w sobotę….
W sobotę wyruszyłyśmy na szlak. Szlak łatwy , można powiedzieć lajtowy, który prowadził z Wierchomli, przez Runek, Jaworzynę , po zejściu z Jaworzyny, poszłyśmy zielonym pieszym szlakiem do Krynicy.
Mocno liczyłam na to, że uda mi się spotkać znajomych , bo tego dnia był maraton w Krynicy. Nie sądziłam, ze nastąpi to tak szybko.
Swojskie klimaty:) © lemuriza1972

Zaraz jak weszłyśmy na czarny szlak w Wierchomli zobaczyłam znajome strzałki i taśmy i buzia mi się śmiała. Za chwilę weszłyśmy w las, padał deszcz, na trasie błoto, poprzeczne belki, korzenie.. szłam sobie i myślałam: nie będzie im dzisiaj łatwo… o tutaj mogą być upadki…
To dziwne… oglądać tak maraton, w którym się jechało 3 razy, okiem turysty. Bardzo dziwne. Jakoś tak czułam empatię, jedność z tymi co jadą, bo.. bo przecież wiem co czuli, jak czuli, jak musieli być zmęczeni. Taki normalny turysta, który wyścigu takiego nie jechał, nigdy tego nie zrozumie. Patrzy i nie wie jaka tam toczy się walka z własnym organizmem, jaki jest poziom zmęczenia.
Szybko pojawiła się czołowka giga.
Bardzo mało ludzi jechało. Bardzo. I na giga i na mega, ogółem chyba 200 osób.
No cóż.. Krynica zawsze była trudnym maratonem, a jak popada robi się bardzo trudno.
Udało mi się złapać na filmiku Piotrka Klonowicza. Chwilę za nim jechała Justyna, do której krzyknęłam „ Dawaj Justyna, dawaj”, coś mówiła, ale nie bardzo wiem co, bo padał deszcz, a ona jechała.
Chwilę za nią jechała Ewelina Ortyl, a potem Ania Świrkowicz.
Za chwilę pojawiła się też Kasia Galewicz. Krzyknęłam : cześć… zrobiłam jej zdjęcie, no i poszłam dalej.
Dzwoniłam do Krysi, która była w Krynicy, z relacjami z trasy i śmiałam się , że jestem korespondentem wojennym.
Bo maraton w takich warunkach to jak wojna.
Patrzyłam jak ludzie smarują łańcuchy, ja wszystko rzęzi, skrzypi i wydaje różne dziwne dźwięki i myślałam o tym jak sama walczyłam kiedyś z tą trasą, błotem, przewyższeniem.
Pogoda pokazała nam wszystkie swoje oblicza, od deszczu, gradu, po słońce.
Po herbacie w bacówce na Wierchomli, kiedy wyruszyłyśmy w dalszą drogę , pokazało się słońce. Kiedy dochodziłyśmy do Jaworzyny zaczął padać grad, kiedy doszłyśmy do Jaworzyny była ulewa.
Natalia, córka Bożeny, zjechała gondolą, Bożena próbowała mnie też na to namówić, ale.. jak to tak.. gondolą zjeżdżać.
Powiedziałam: Bozenka..zaraz przestanie lać, a to tylko 5 km w dół.
No i poszłyśmy. Faktycznie padać przestało, a kiedy zeszłyśmy do Czarnego Potoku, znowu wyszło słońce. Potem jeszcze zielonym szlakiem pieszym do Krynicy i koniec wycieczki.
W Krynicy obiadek. Niestety było już po maratonowej dekoracji ( miałam nadzieję spotkać znajomych).
Lubię takie wyjazdy… oderwanie się od rzeczywistości, od swojego miejsca.. no a poza tym lubię ogromnie te góry nasze przydomowe, wszystkie te Wierchomle, Piwniczne, Jaworzyny, Krynice, Nowy Sącz i wszystkie te klimaty.
Bardzo lubię.

Na trasie maratonu w Krynicy © lemuriza1972

Katarzyna Galewicz spotkana na trasie © lemuriza1972



Mglisto nad górami © lemuriza1972

Jedzie KTOŚ © lemuriza1972



Jedzie Ktoś nieznany © lemuriza1972



Nieznany numer dwa © lemuriza1972

Widok z Jaworzyny © lemuriza1972

Na szlaku z Bożeną © lemuriza1972


W drodze z Jaworzyny do Krynicy © lemuriza1972






Tutaj było trochę trudnego zjeżdżania © lemuriza1972

Widok na Jaworzynę © lemuriza1972

I na koniec jeszcze jeden krótki filmik

&feature=youtu.be
  • Aktywność Chodzenie
Linkuj | Komentuj | Komentarze(6)
Wtorek, 21 maja 2013

Siła czyli Wał x 2

Na dzisiaj plan był ambitny. Przez chwilę został zagrożony, bo ok 14 przeszła nad Tarnowem burza i popadało solidnie. Kiedy jednak dojechałam do domu, przejaśniło się, więc zdecydowałam się wyjechać.
Po wyjeździe z domu, zawróciłam, bo okazało się, że jest… zimno. Taka nowość po ostatnich upalnych dniach. Zabrałam więc kamizelkę, bo wiedziałam , że na zjazdach może mnie przewiać.
W planie miałam zrobienie pierwszego ( jeśli tak to mogę określić) treningu tej wiosny.
Chciałam się trochę posiłować z podjazdem, długim podjazdem. Wybór padł na asfaltowy podjazd na Wał ( Rychwałd), bo on ma prawie 6 km. Postanowiłam, że podjadę go sobie dwa razy.
Zabrałam Magnusa, bo skoro asfalt, to on doskonale się nadaje. Nie był ruszany z domu chyba już z miesiąc, a przecież jemu też coś od życia się należy. W sumie to fajnie się na nim jeździ. Niby rama za duża, ale ja jakoś się do tego przyzwyczaiłam. Gdyby miał jakiegoś dobrego amora, to spokojnie nadawałby się na jakieś terenowe jazdy.
No to pojechałam sobie w kierunku Wału. Pierwszy delikatny podjazd pod klasztor w Pszennej i czuję, że z nogami nie bardzo. Pierwsza myśl… eeee chyba trzeba zawrócić, bo nic z tego dzisiaj nie będzie.
Druga myśl… miałaś się tak łatwo nie poddawać! Próbuj!
No to jadę. Rzuchowa, Pleśna, jeszcze przed UG w Pleśnej zaczyna się delikatnie pod górę, a potem serpentyna za serpentyną. Jadę tak sobie w średnim tempie, nagle czuję , że ktoś za mną jedzie ( na rowerze) . Mija mnie facet na szosówce. Myślę sobie: no to żebym nie wiem co zrobiła, nie dam mu rady, na góralu i bulldogach ( bo takie opony mam w Magnusie). Ale ów szosowiec, jednak zdopingował mnie do mocniejszej jazdy. Nie odjechał mi specjalnie daleko. Jakieś 100 m może. I cały czas starałam się, żeby ta odległośc nie zwiększała się. Udało się, aż do samego szczytu.
Na zjeździe bardzo mnie przewiało. Kusiło mnie, żeby dać sobie spokój z drugim podjazdem ( tym bardziej, że przy pierwszym podjeżdżaniu dopadła mnie kolka, niestety jak się przyjeżdża do domu po 16, zanim się zrobi obiad.. nie ma szans żeby zjeść na godzinę przed wyjazdem.. a jeść muszę… z pustym żołądkiem nie wyjadę, bo nie dam rady jechać).
No, ale nie dałam sobie spokoju, podjechałam drugi raz i nawet na końcówce przyspieszyłam.
No i jestem zadowolona z siebie, że zrealizowałam plan.
Dwa ponad 5 km podjazdy podjechane, do tego kilka mniejszych po drodze.
Zdjęcie tylko jedno ze szczytu, bo jak trening to trening. Na zdjęciu widoczny wóz konny, który jechał za mną jak podjeżdżałam drugi raz… słyszałam stukot kopyt i myślałam… o rany koń mnie wyprzedzi…
No ale dałam radę:).
Jakby mnie koń wyprzedził pod górę.. to podrażniłby moją ambicję.


Koniec podjazdu na Wał - miejscowość Rychwałd, gm. Pleśna © lemuriza1972
  • DST 46.00km
  • Czas 02:09
  • VAVG 21.40km/h
  • VMAX 50.00km/h
  • Temperatura 16.0°C
  • HRmax 165 ( 87%)
  • HRavg 140 ( 74%)
  • Kalorie 850kcal
  • Sprzęt Kellys Magnus
  • Aktywność Jazda na rowerze
Linkuj | Komentuj | Komentarze(1)
Poniedziałek, 20 maja 2013

taki sobie rozjazd...

Miałam trochę ambitniejsze plany, ale kiedy właśnie szykowałam się do wyjścia z domu, nadciągnęły czarne chmury, a wraz z nimi burza.
Na szczęście nie trwała długo, ale czasu zrobiło się mało, bo pod szlabanem , gdzie umówiłam się z Mirkiem , byłam o 18.10.
Po całodniowym upale, zrobiło się nagle chłodno, a kiedy dojechalismy do Wierzchosławic, zaczęło padać. Na szczęście to był tylko deszcz przelotny.
Trochę kręcenia po lesie, ale bardzo spokojnego, bo chociaż niby po wczorajszym nie odczuwałam ani zmęczenia ani żadnych boleści:) ( zmęczenie było podczas jazdy, zwłaszcza pod jej koniec), to jednak nogi jakoś specjalnie kręcić nie chciały.
Taka więc spokojna dość jazda. Może i dobrze. Czasem trzeba odpocząć.
Dowiedziałam się od Mirka , że te przejścia dla zwierzaków, nad naszą autostradą, to największe przejścia dla zwierząt w Europie.
Czyżbyśmy mieli w Lesie Radłowskim tak wiele zwierzaków?:)
  • DST 31.00km
  • Teren 12.00km
  • Czas 01:29
  • VAVG 20.90km/h
  • VMAX 33.00km/h
  • Temperatura 19.0°C
  • HRmax 150 ( 79%)
  • HRavg 139 ( 73%)
  • Kalorie 520kcal
  • Sprzęt KTM
  • Aktywność Jazda na rowerze
Linkuj | Komentuj | Komentarze(1)
Niedziela, 19 maja 2013

Poważniejsze jeżdżenie czyli dużą grupą na Jamną

Najpierw bohaterowie tego wpisu i zarazem dzisiejszej wycieczki:
Od lewej: Marcin, Krysia, Tomek, Piotrek, ja, Adam i Darek.

Cała okazała ekipa:) © lemuriza1972

Byłam przekonana, że dzisiaj wielu zdjęć nie zrobię, mając w pamięci wycieczki z Krysią i Adamem ( wiedziałam, że jakoś specjalnie często zatrzymywać się nie będziemy). Cześć zdjęć robiłam „ z roweru”, więc aż się dziwię , że są w miarę dobre. Obawiam się, ze kiedyś przypłacę to jakimś upadkiem.
Krysia namawiała mnie na tę wyprawę. Cały ub rok nie dałam się namówić. Czułam się za słaba, a przecież byłam już z nimi na Jamnej i wiedziałam, że będzie sporo terenu i dużo przewyższenia. Nie czułam się na siłach, nie chciałam być balastem dla grupy.
Tej wyprawy nie byłam pewna, bo niestety trochę obowiązków było. No, ale , że udało mi się wczoraj wcześniej wstać i co nieco załatwić – zdecydowałam się. Pomyślałam, ze skoro chce przejechać kilka maratonów, muszę w końcu zacząć jeździć trasy z większym przewyższeniem, bo inaczej to nic z tego nie będzie.
Krysia powiedziała też: jedzie Darek Drobot, ilość endorfin gwarantowana.
Haha… ja nie wiem co miała na myśli ( pewnie poczucie humoru), ale jedno wiem – rację miała.
Ale o tym potem.
No to pojechaliśmy. Rowery zapakowane do auta i do Zakliczyna. Komu wyda się to dziwne, a nie był na wycieczce z Adamem i Krysią, wyjaśniam, że raczej ciężko byłoby dojechać do Zakliczyna i wrócić po takiej trasie jak ta , którą zrobiliśmy na Jamnej. Chociaż i może tacy killerzy by się znaleźli.
Bo trasa jest słuszna, prawie w 100% terenowa, z terenem niełatwym momentami i bardzo dużą ilością podjazdów, a także sporą ilością dość wymagających zjazdów.
Oczywiście kierownik wycieczki – Pan Adam.
No to sobie jedziemy… słońce praży niemiłosiernie, podjazd za podjazdem, las jest wytchnieniem tylko pod względem cienia, bo zazwyczaj leśne kawałki łatwe nie są, więc trzeba być czujnym jak ważka, zwłaszcza na zjazdach. No właśnie.. straciłam tę czujność na moment. Tuż przed wyjazdem zapytałam Krysi , gdzie tak posiniaczyła kolano ( na Brzance). Z dumą powiedziałam, że ja w tym roku jeszcze nic.. ale za chwilę powiedziałam…. Ale pewnie dzisiaj.
No i przydarzyło się. Ciemny las, nie zdjęłam moich ciemnych okularów, a w nich kiepsko widzę. Sekwencja korzeni, duża prędkość.. chyba ich nie zauważyłam.. coś źle zrobiłam.. albo przyhamowałam, albo pod złym kątem wjechałam. No i leżę. No i jak zwykle, jak się podniosłam , to pierwsze co to oglądałam hak i przerzutkę.
Generalnie to ja na zjazdach bardzo odstawałam od grupy, no ale zjazdowcem to nigdy nie byłam, a roczna przerwa od maratonów zrobiła swoje. Jakby na nowo muszę się uczyć. Ale mimo wszystko jestem zadowolona, bo dzisiaj było trochę zjazdów, niełatwych, więc trochę poćwiczyłam.
No to sobie wjechaliśmy na Jamną. Raz i drugi, bo Adam robi pętle. Takie słuszne, naprawdę. Kto jechał to wie.
Cóż.. początek to mi się nadzwyczaj dobrze podjeżdżało. Potem było trochę gorzej, gdzieś po 2/3 trasy zaczęłam tracić siły. To zapewne efekt słabej jazdy przez ostatni rok, mało tras długich, wytrzymałościowych. Ale też chyba zbyt mało jadłam, niby jakiejś odcinki prądu nie czułam, ale myślę, że to też mogło mieć znaczenie.
Na nielicznych asfaltowych podjazdach podjeżdżało mi się naprawdę dobrze, w terenie było gorzej. Może ja na szosę powinnam się przerzucić?
Zahaczyliśmy o Bukowiec czyli gościnnie w powiecie nowosądeckim.
Perełką tej wycieczki okazał się nowo odkryty skrót ochrzczony przeze mnie Skrótem im. Pana Adama.
Zjazd z taką ilością błota, kolein, rowów, że miód dla tych na fullach i tych, którzy kochają zjazdy.
No z tymże nie wszyscy mieli okazję pokonać go bezkolizyjnie. Przepiękną, malowniczą, spektakularną glebę zaliczył Darek. I rzeczywiście jak obiecała Krysia, dostarczył nam niezliczoną ilość endorfin, bo śmiechu było dosyć dużo, jak Darek padł jak ukrzyżowany i nie mógł się z tego błota wydostać.
Adam na koniec zachował się tak jakby pobierał nauki u Grzegorza Golonki, bo kiedy wszyscy zaczynali być już nieco zmęczeni, zafundował nam niemiłosiernie długi, w dużej części terenowy podjazd w pełnym słońcu.
Podobną minę miałam straszną na szczycie. No pewnie tak.. bo mnie wyssał z sił ten podjazd.
Ale szybko mi przeszło. Wiecie jak to jest… najpierw trochę zmęczenia, złości, że ciężko, a potem radość.
No i na koniec znowu słuszny terenowy podjazd, a właściwie to w moim wykonaniu już wypych rowera i siebie do góry.
No… ale to już było….
Fajnie było.
Potrzeba mi takich wyjazdów z dużym przewyższeniem ( Tomek twierdzi, że było 2000 m) , na 60 km ( bo 66 km , które podaję to razem z dojazdem do Krysi i od).
Takie Golonkowe przewyższenie. Dobrze.
Potrzebne było mi coś takiego, żeby przekonać samą siebie, że organizm jeszcze może, daje radę. Że potrafię go zmusić do takiego wysiłku.
I teraz czas zająć się jakimś treningiem i wtedy będzie lepiej.
I jeszcze taka jedna mała refleksja – piękne mamy okolice i pod względem widoków, ale też i pod względem terenu, jest gdzie poćwiczyć żeby się przygotować do startów.
Dzisiaj.. to błękitne, niebo, górki i zaśnieżone Tatry w tle.. to po prostu była bajka…
Przygotowania do drogi © lemuriza1972


Są tak mocni, że auto nie ma szans:)

Krysia i Tomek na podjeździe © lemuriza1972

Darek i Marcin © lemuriza1972



Krysia podjeżdża, bardzo zadowolona © lemuriza1972


Piotrek podjeżdża © lemuriza1972


Na rozstaju dróg © lemuriza1972


Piotrek podjeżdża © lemuriza1972


I znowu rzut oka na górki © lemuriza1972

Ja podjeżdżam © lemuriza1972

Tatry w oddali © lemuriza1972

Wejście do jaskini w Bukowcu © lemuriza1972


Widoczki po drodze © lemuriza1972

I jeszcze trochę widoczków © lemuriza1972

I znowu widoki © lemuriza1972

Góry jak na dłoni © lemuriza1972

Robią wrażenie © lemuriza1972


Podjazd jak na Ochodzitą w Istebnej © lemuriza1972

Darek zbiera się po miękkim lądowaniu © lemuriza1972

I zbliżenie na "nieszczęśnik":) © lemuriza1972


Po wyjeździe ze Skrótu im. Pana Adama © lemuriza1972
  • DST 66.00km
  • Teren 50.00km
  • Czas 05:09
  • VAVG 12.82km/h
  • VMAX 57.00km/h
  • Temperatura 35.0°C
  • HRmax 170 ( 90%)
  • HRavg 145 ( 77%)
  • Kalorie 2193kcal
  • Podjazdy 2000m
  • Sprzęt KTM
  • Aktywność Jazda na rowerze
Linkuj | Komentuj | Komentarze(9)
Sobota, 18 maja 2013

Po prostu sobotnia wycieczka:)

Na początek zaległe zdjęcie zrobione po maratonie w Wojniczu.

Z kolegami z Sokoła po maratonie w Wojniczu © lemuriza1972


I jeszcze tęcza, która pokazała się po wiosennym deszczu
Tęcza widoczna z mojego okna © lemuriza1972


Dzisiaj była wycieczka. Po prostu wycieczka. Taka jaka lubię. Słoneczko, ciepełko, dużo przyrody, dużo terenu , rower i dobre towarzystwo.
Ponieważ na jutro zaplanowana jest bardziej ambitna trasa, postanowiłam dzisiaj pojechać coś nie krótkiego, ale jednak nie bardzo wymagającego jeśli chodzi o przewyższenia. Po prostu żeby się zbyt nie zmęczyć.
Wybór padł na szlak , który już kiedyś przejechałam. Tyle , że samotnie. Dzisiaj miałam towarzystwo: Tomek i Alek.
Zaczęliśmy od wału przy Białej, potem Marcinka szutrem. Specjalnie szybko nie jechaliśmy, ale jakoś tak chyba bardzo dobrze mi się jechało podjazd.
A może dlatego, że specjalnie się nie spieszyłam?
Na szczycie Marcinki czekał na nas Tomek i pojechaliśmy zielonym pieszym szlakiem. Czyli marcinkowe okolice, trochę fajnego zjeżdżania, trochę fajnego podjeżdżania. Teren, trochę technicznych kawałków, zieleń.
Superrrrr……
Kiedy dojechaliśmy do Kruka, spod wiaty dochodziły jakieś głosy. Powiedziałam do Tomka, ze chyba jest słynny Rajd Skrzyszowski i może podejdziemy i zobaczymy, czy nie ma jakiś znajomych.
No i zaraz podeszła do nas Asia Dychtoń w cywilnym ubranku, bo była tam służbowo. Chwila rozmowy i dalej w drogę.
W Kruku „przesiadamy się” na czerwony szlak pieszy.
Jeszcze kawałek fajniej jazdy przez Kruka. Tomek zjeżdża jakimś zjazdem, dojeżdżam do niego i mówię : o nie…
Jadę w inną stronę, a tam .. przepaść w dół, z korzeniami i drzewem na samym dole. Krótka myśl: Nie!
Za chwilę: a co tam… spróbuję.
No i udaje się! Jaka przyjemność, znowu zjechać jakiś stromy, korzeniasty zjazd. Śmieje się do Tomka, ze sobie „ułatwiłam” zadanie, wybierając.. trudniejszy wariant.
Po wyjeździe z Kruka , wertepiasta łąka, potem jeszcze dość stromy podjazd i można powiedzieć jesteśmy na nizinnej części szlaku.
Cały czas terenowo, cały czas zielono, cały czas słonecznie i spokojnie, bo z dala od asfaltu, aut itd.
Przyjemnie….
Dojeżdżamy do Woli Rzędzińskiej, potem do Lipia. W Lipiu spotykamy Krzyśka Łuczkowca, który właśnie wybiera się na objazd trasy czerwcowego Rajdu Sokołów. Rajd 30 czerwca więc już zapraszamy!
Z Lipia dalej czerwonym szlakiem pieszym przez łąki, pola, Krzyż, Klikową.
Szlak w 90% terenowy. Bardzo przyjemny. Polecam na weekendową wycieczkę, jeśli nie będziecie mieli ochoty za bardzo się zmęczyć, a popatrzeć na przyrodę.


Tomek i Alek © lemuriza1972


W lesie Kruk - Tomek jedzie © lemuriza1972


Chłopaki na podjeździe © lemuriza1972

Znalezisko © lemuriza1972

Na nizinnej części szlaku © lemuriza1972

Krótka chwila relaksu © lemuriza1972

Jedziemy ku koniom © lemuriza1972

Koń z bliska:) © lemuriza1972

Górki w oddali © lemuriza1972


Zdjęcie dla Marianny © lemuriza1972


Gdzieś tam w oddali Mościce, widoczne z Krzyża © lemuriza1972
  • DST 51.00km
  • Teren 40.00km
  • Czas 03:09
  • VAVG 16.19km/h
  • VMAX 40.00km/h
  • Temperatura 30.0°C
  • HRmax 170 ( 90%)
  • HRavg 135 ( 71%)
  • Kalorie 1400kcal
  • Sprzęt KTM
  • Aktywność Jazda na rowerze
Linkuj | Komentuj | Komentarze(0)
Czwartek, 16 maja 2013

Panieńska Góra, Las Milowski czyli solidne kilometry

Dawno nie było mnie w wojnickich okolicach haha...
No, ale cóż.. polubiłam te klimaty leśne, polubiłam te widoki i na pewno będę tam często teraz, szukając nowych fajnych ścieżek.

Tak nieoczekiwanie wyszły dzisiaj solidne kilometry. No bo i trochę pod górę i sporo terenu.
Początkowo w planie miałam Panieńską Górą i zjazd Panieńską i może powrót końcówką trasy maratonu.
Ale jak już z Tomkiem znaleźliśmy się na Panieńskiej, to postanowiliśmy pojechać czarnym szlakiem pieszym do Lasu Milowskiego.
W Lesie Milowskim „przerzuciliśmy się” na szlak pieszy niebieski, a nim do Jaworska.
W lesie i na Panieńskiej i w Milowskim, fajne klimaty.
Nawet udało się zobaczyć lisa.
Storczyków na Panieńskiej jeszcze nie ma, a może już nie ma?
Ciekawe przez jak długi czas kwitną?
Końcówkę zrobiliśmy pierwszymi 15 km maratonu, więc pojechaliśmy sobie myślę tak w sumie 2/3 trasy, tyle, ze odwrotnie.
Ale też fajnie.
Nie był to może trening, ale raczej wycieczka, ale myślę, że w kwestii formy, coś tam mi dała.
Przez weekend będą wycieczki, a jak okoliczności pozwolą to w przyszłym tygodniu coś się potrenuje.
Zapomniałam dodać , że dzisiaj było widać zarys Tatr..
Uwielbiam to.
A forma? Średnia raczej, ale.. najgorzej nie jest biorąc pod uwagę, ze ostatnie dni miałam nie najlepsze pod każdym względem.
Jedzenia ( mało ), spanie, stres.
Jedyna korzyść z tej sytuacji to to, ze w ekspresowym tempie zeszłam do wagi.. pożądanej i upragnionej:).
Powinno się za jakiś czas , dużo lepiej wjeżdżać.
Ale takiej diety to raczej nikomu nie polecam jednak:(.
Wczoraj jakoś tak .. myślałam, że znowu nie będzie siły ani ochoty na jeżdżenie.
Ale nie dam się... będę jeździć. mimo wszystko. Po prostu się nie dam:).
A maratony?
no to zobaczymy.
Mam nadzieję, ze się uda coś jeszcze przejechać w tym roku, ale to już nie tylko ode mnie zależy.
Trzymajcie kciuki!

PS trasę maratonu można przejechać, wszędzie są jeszcze strzałki, taśmy i rzecz jasna napisy na asfalcie.


Górki po drodze © lemuriza1972


W Lesie Milowskim © lemuriza1972


Tarnów i Marcinka w oddali © lemuriza1972
  • DST 59.00km
  • Teren 25.00km
  • Czas 03:20
  • VAVG 17.70km/h
  • VMAX 45.00km/h
  • Temperatura 25.0°C
  • HRmax 170 ( 90%)
  • HRavg 145 ( 77%)
  • Kalorie 1500kcal
  • Sprzęt KTM
  • Aktywność Jazda na rowerze
Linkuj | Komentuj | Komentarze(0)
Środa, 15 maja 2013

10 km

Maraton w Wojniczu spowodował, że zaczęłam sobie kreślić w głowie plany. Plany mocniejszego treningu i zaliczenia jeszcze może ze 3 startów w tym roku.
Miałam zacząć realizować plany już we wtorek, ale.. życie znowu pokazało, że można sobie planować.
I wszystko się stało mało realne . I te mocniejsze treningi i te starty.
Szkoda, bo w poniedziałek po maratonie, to miałam takie odczucie jakbym się.. odrodziła.
Wczoraj wyjechałam, ale bez sił i ducha:), tak żeby tylko pokręcić sobie. Miałam zrobić trochę km, ale w koncu skonczyło się tak, że najpierw pojechałam do sklepu Miłosza i Filipa oddać dług ( pani nie miała wydać w Biurze Zawodów:)), potem jeszcze wstąpiłam do Krysi , no i zrobiło się po 19 i.. podjechałam tylko pod klasztor na Pszennej i wróciłam.
Ha.. ale kiedy byłam w sklepie u chłopaków, to zostawiłam u nich rower i poszłam do Krysi ( to niedaleko). Zapomniałam tylko, że jestem w kasku i rowerowym stroju. No i tak idę sobie wzdłuż starej czwórki, a nagle z drugiej strony drogi ktoś do mnie krzyczy. Proszę Panią, proszę panią...
Chce Pani... ( i pan mi uniosi swój rower do góry).
Uśmiałam się, bo w tym momencie uświadomiłam sobie jak komicznie muszę wyglądać w kasku , ubraniu rowerowym i bez roweru.
  • DST 10.00km
  • Aktywność Jazda na rowerze
Linkuj | Komentuj | Komentarze(5)
Poniedziałek, 13 maja 2013

Cyklokarpaty 2013 - maraton w Wojniczu

Maraton nr 37
Cyklokarpaty - Wojnicz
Miejsce kategoria K2 - 3

Przed ostatnimi zawodami, w których brałam udział, a było to prawie 1,5 roku temu ( Odyseja Ponidziańska), zacytowałam fragment z bloga Kuby z Rowerowania:

„W codziennym życiu trudno jest znaleźć chwile wyczerpania porównywalne do stanów doświadczanych podczas wyścigu kolarskiego (a pewnie i innych dyscyplin wytrzymałościowych). Co przychodzi mi do głowy to: długi dzień, męcząca praca w ogrodzie, praca na budowie, kilkunastogodzinna jazda samochodem, przygotowania do egzaminów, całonocna balanga, brak snu. Ale to zupełnie co innego.

Sławne powiedzenie Furmana "głowa jedzie" dotyczy właśnie nieustannej walki ciała, które wysyła sygnały: "zwolnij", "odpuść", "zjedź na asfalt", "boli", "po co Ci to?" i głowy, która zmusza nogi do kręcenia pokrzykując "nie odpuszczaj", "jeszcze kawałek", "zrzuć ząbek niżej", "dogoń jeszcze tego przed tobą", "nie bądź mięczak"...”
Bo tak to jest na maratonie – trzeba toczyć walkę głównie z samym sobą, potem z innymi.
I jeżeli kiedykolwiek będziecie chcieli sobie zrobić przerwę od startów, to lepiej żeby nie trwała dłużej niż jeden sezon. Bo u mnie był to jeden sezon, a wydaje mi się, że to jak wieczność….
To nie jest łatwe.. wrócić…
Ale było mi ogromnie miło, kiedy słyszałam od wielu znajomych: nareszcie!!!
Miałam dylemat ( kiedy już się zdecydowałam na start) w jakich barwach mam pojechać ten maraton. Jestem członkiem dwóch stowarzyszeń sportowych, no i był kłopot. W końcu zdecydowałam się, że będzie to SOKÓŁ, bo maraton przydomowy. Mam nadzieję, że koleżanki i koledzy z Krakowa, wybaczą i zrozumieją.
Jedziemy do Wojnicza z Krysią. Kiedy wsiadam do samochodu , śmieję się, że to nasza najkrótsza maratonowa droga. No tak, gdzie jej tam do wyjazdów do Karpacza, Głuszycy itd. Do Wojnicza spod mojego bloku jest jakieś 10 km.
Jest zimno i mży. Ale nie jest to ulewa. Przestaję już myśleć – będzie padać – nie będzie. Wszystko mi jedno. Przed maratonem , myślałam – jeśli będzie mocno padać – nie jadę. I to nie dlatego, że się boję, ale nie walczę w generalce, a maraton w ulewie i błocie , chyba na pierwszy po takiej przerwie nie był najlepszy, a poza tym dopiero co rower dostał nowe części, więc w portfelu pusto.
No i tak sobie chodzimy, stoimy, rozmawiamy ze znajomymi, w międzyczasie pochłaniam makaron ( zaczyna się! Węglowodanowa dieta, zwykle na jesieni na makaron nie mogłam już patrzeć).
Podchodzi Pani z Radia RDN. Jak łatwo jest pisać o mtb, a jak trudno mówić… Bo ja jej mam wytłumaczyć, kiedy pyta: dlaczego jeżdżę w wyścigach? Po co?
Mówię: po dobry nastrój na mecie.
Marcin biega, dwoi się i troi, wraz z innymi organizatorami.
Poznaję Anię z Rzeszowa, o której dowiedziałam się poprzedniego wieczora z zupełnie innego forum i wiem, ze koniecznie musimy się spotkać.
Zimnooooo….Przebieramy się i jedziemy z Krysią trochę pokręcić. Po chwili decyduję się na jeszcze jedną koszulkę, chociaż mam trochę obawy czy nie będzie mi za gorąco – nie lubię się przegrzewać. No jest potem za gorąco . Jak jadę pod górę.
Na start przychodzimy późno i stoimy na szarym końcu. Niedobrze. Trzeba będzie próbować „przebić się” do przodu, a wiem, że początek trasy łatwy, bardzo szybki, więc to będzie trudne zadanie.
Ruszamy Krysia, Kolos, Marcin i ja. Dość długo trzymamy się w grupie. Potem Kolos odjeżdża, a Marcin chyba podąża za nim. Mocno. Ponad 30 km/h. Raz z przodu Krysia, raz ja. Mocno, ale wiem, że kiedyś takie początki maratonów byłam w stanie jechać mocniej.
W lesie trochę piachu.. ludzie schodzą z roweru i myślę sobie: a co oni by zrobili w Murowanej? Jak tam prawie cały czas taki piach?
Kończą się płaskie kawałki i zaczynają się niewielkie podjazdy. Cały czas mży, więc ściągam okulary, bo i tak nic nie widzę. Efekt- niestety dzisiaj dość mocno bolące oczy.
Kiedy dojeżdżamy do łąki, która prowadzi w kierunku Lasu Milowskiego, robi się coraz luźniej. Krysia mi odjeżdża, chociaż przez długi czas mam ją w zasięgu wzroku. W pewnej chwili spostrzegam, że za mną .. nikogo nie ma!!! Jestem przerażona. Zawsze bardzo bałam się, że przyjadę na metę ostatnia.. czyżby tym razem miał się spełnić ten czarny sen? W oddali kogoś tam widzę. Myślę sobie: może dojadę… Po jakimś czasie dojeżdżam, mijam i znów.. jestem sama.
Las Milowski jadę w samotności. To źle, bardzo źle. Wiele kilometrów samotnego pedałowania. To bardzo demotywuje. Mam jakiś kryzys psychiczny. Wszystko mi jedno.. nie potrafię się zmotywować. Kompletnie źle się jedzie jak nie ma kogo gonić i nikt nie goni ciebie.
Pod wiatą w Wolnicy Miłosz robi zdjęcia. Krzyczy : to ty Iza tak krzywo jedziesz??? Tak patrzę kto tak krzywo jedzie.
No ja.. bo właśnie nie mogłam bidonu włożyć z powrotem, po po tym jak piłam.
Trasa wilgotna. W porównaniu do tego co było w czwartek kiedy się kurzyło, dość mocno wilgotna. Trzeba uważać w lesie i na łąkach. Tym bardziej , ze wszystko już rozjeżdżone przez kilkaset kół przede mną. Ale idzie spokojnie. Nie ma trudnych zjazdów , więc nic się nie dzieje niedobrego. Rower też sprawuje się bez zarzutu i opony, o które się martwiłam , bo jeżdżę już na nich 3 sezon. Ale to porządne Nobby Nicki DD.
Przed melsztyńskimi okolicami łapię jakby drugi oddech. Niespodziewanie pojawia się wąwóz. Kompletnie go .. nie zauważyłam. Nigdy nie jechałam go od drugiej strony, więc zaczął się niespodziewanie. No i jest wyzwanie zjazdowe. Lubię takie. Znowu lubię takie. Fajnie. Przynosi to dużo przyjemności.
Słyszę za sobą głosy. Ktoś mnie dogania. Słyszę głos kobiecy. Myślę: niedobrze. Jest bufet, a ponieważ mam prawie pusty bidon, to zatrzymuję się. Mija mnie Ania z Rzeszowa, pyta czy wszystko ok.
No ok. Żyję.
Jedziemy razem i chwilę rozmawiamy. Mówię jej na co jeszcze trzeba uważać ( na zjazd z Panieńskiej, bo jest trochę luźnych kamieni). No i myślę sobie : młoda jest, to mnie zaraz myknie pod górę. No i rzeczywiście, mija mnie.
Ale wtedy zapala się we mnie lampka i myślę: no nie.. tak łatwo nie można się poddać. No i zaczynam pedałować. Może nie specjalnie szybko, ale z dobrą kadencją , bardzo równo i to przynosi efekt. Mijam jednego pod górę, drugiego, trzeciego, przestaje liczyć, tylko myślę sobie z uśmiechem: znowu kogoś mijam… Fajne uczucie.
Ania zostaje z tyłu, ale zaraz dojeżdża do mnie jakaś dziewczyna, którą minęłam wcześniej. Walczy. Znowu ją mijam. Wjeżdżamy w las i jest zjazd, taki z gatunku koleiniastych. Popełniam błąd , wybieram złą ścieżkę i żeby się ratować przed zatrzymaniem, muszę objechać go górą. Ale to zajmuje zbyt wiele czasu. Dziewczyna mnie wyprzedza, podśpiewując pod nosem. Myślę sobie: zaraz, zaraz, to nie koniec. I tak sobie jedziemy aż do Panieńskiej razem.
Pyta mnie z której jestem kategorii. Mówię: a nie wiem.. nawet się tym nie interesowałam. Coś tu się pozmieniało w tym cyklu, a jakie są te kategorie?
Ona mówi: no K1 do 29 lat.
- eeee… to ja mam 41 – mówię.
- Ile??? Żartujesz?
No pewnie trudno uwierzyć, że pani w wieku 41 lat, chce się jeszcze jeździć na rowerze.
Ma na imię Ala. Na spodenkach jakiś napis.. coś z Krynicą.
Zaczyna się zjazd z Panieńskiej. Na końcówce masa luźnych kamieni. Ala widzę, ze chyba się boi. Myślę sobie: moja szansa…
Puszczam hamulce prawie całkowicie… mijam Alę. Mam nadzieję, ze mam już ją z głowy, ale twarda jest.
Podjazd, słyszę , że jest tuż za mną.
Na podjeździe ktoś krzyczy: Maja Włoszczowska.
No tak , kobiet jest tak mało… że każda to Maja. Jakieś dzieci widząc moją koszulkę krzyczą: Orzeł Tarnów…
No śmieję się, pomimo, że jestem zmęczona. Ala mnie mija i mówi: teraz ja wyjdę na zmianę. No i odjeżdża mi. Wiem, że już tylko kilka kilometrów do mety, ale nie daje rady, tej młodszej o kilkanaście lat dziewczynie. Nie tym razem.
Ale potem znowu jakiś nagły przypływ sił ( jak to przed metą) i lecę starą czwórką chyba 35 km/h. I myślę sobie: skąd jeszcze te siły?
I muszę się przyznać, że na kilka km przed metą… pomyślałam sobie: JEST MARATON. A JA ZNOWU DOJEŻDŻAM DO METY. ZNOWU!
I łezka zakręciła mi się w oku, zupełnie jak na moim pierwszym krakowskim maratonie. No.. cudowne uczucie. Po to uczucie właśnie jedzie się do mety.
A teraz podsumowanie ( ale długie będzie):
Wynik… w kategorii miejsce 3, open kobiety 4 na chyba 8 kobiet. Open w ogóle.. szary koniec.
Czas kiepski.. ale mogę tym razem to przełknąć, bo to byłą taka próba.. czy jeszcze mi się chce. Czy to przynosi radość.
Chce się. Przynosi radość. To był mój 37 maraton, może więc dociągnę do jubileuszu?
Mocy i wytrzymałości jeszcze nie ma, ale wiem, że jakbym się spręzyła jadąc ten samotny kawałek, byłoby lepiej. Bo można było. Dzisiaj nie czuję się zmęczona, nic mnie nie boli, więc nie dałam z siebie wszystkiego. Na pewno nie.
Trasa: nie była trudna. Jedna z łatwiejszych, które jechałam. Bywały łatwiejsze np. Cyklokarpaty Krosno 2008 czy Michałowice 2008 ( tyle, ze wtedy potężny upał dał się we znaki). No, ale trudno byłoby powiedzieć, że to była trasa, która sprawia trudności. Tylko 1000 m przewyższenia na 53 km . Zdarzało mi się jechać na tylu samu km dwa razy większe przewyższenie i z mocno technicznymi kawałkami. Ale dzisiaj byłoby mi bardzo trudno przejechać taką trasę.
Więc ta wojnicka była w sam raz. Trasa jak już pisałam wcześniej – malownicza. Więc warto na nią wrócić, zwłaszcza jesienią.. kolory… bajka. Dunajec w dole – bajka.
Organizacja – super. Naprawdę wyszło wszystko tak jak powinno.
Zabezpieczenie trasy, oznaczenie,jedzenie, strażacy myjący rowery, prysznicy.
Brawo Marcin i spółka.
I jeszcze jedna bardzo ważna rzecz – ludzie na trasie… te brawa, doping, okrzyki, zdjęcia… ogromnie miłe, ogromnie ważne, motywujące, potrzebne.
Ania jadąca za mną powiedziała: fajnych tu ludzi macie….
No i niech to będzie zdanie podsumowujące.

I kilka zdjęć, głównie autorstwa Angeliny, która wytrwale robi zdjęcia na Cyklo.
I dwa „pożyczone” ze strony Velonews.
Gdzieś tam na trasie wojnickiej © lemuriza1972


Jakieś przerażenie w oczach? czy coś...:) © lemuriza1972

Pani goni pana © lemuriza1972

Z Alą z Krynicy © lemuriza1972

Zjazd wąwozem © lemuriza1972


Wojnickie trofeum © lemuriza1972


Na podium z Asią Dychtoń © lemuriza1972
  • DST 54.00km
  • Teren 25.00km
  • Czas 03:12
  • VAVG 16.88km/h
  • VMAX 58.00km/h
  • Temperatura 156.0°C
  • HRmax 170 ( 90%)
  • HRavg 156 ( 82%)
  • Kalorie 1400kcal
  • Podjazdy 1000m
  • Sprzęt KTM
  • Aktywność Jazda na rowerze
Linkuj | Komentuj | Komentarze(6)
  • Nowsze wpisy →
  • ← Starsze wpisy

Blogi rowerowe na www.bikestats.pl