Czwartek, 13 czerwca 2013
Lubinka
To jest druga piosenka, która bardzo przypadła mi do gustu. Jest w niej to COŚ.
No ale z płyty brzmi o wiele lepiej.
Taki dzień dzisiaj był ( męczący, no ale to nic nowego), że jak przyszłam do domu, to pomyślałam: nigdzie nie jadę, nigdzie nie wychodzę. Obejrzę sobie do końca „ Dwoje do poprawki” ( wczoraj zaczęłam oglądać, naprawdę świetny film i jak zwykle cudowna Meryl Streep). Chwilę odpoczęłam, wzięłam się za sprzątanie, a potem pomyślałam:
Eee… taka ładna pogoda. Szkoda jej, trzeba jechać.
No i tuż przed 19 wyjechałam. Słonce zachodzi późno, więc na takie fanaberie i tak późny wyjazd można sobie pozwolić.
Zastanawiałam się nad trasą… myślałam o czymś płaskim, ale też zaraz była myśl: jak będzie płasko bez podjazdów, bez widoków to nie będzie wielkiej radości z jazdy.
No i podążyłam w kierunku Lubinki. W Błoniu spotkałam Panią Krystynę i Pana Adama oraz Marcina ( Niepana:), no ale na ten tytuł to sobie trzeba zasłużyć. Marcin jak widać ciężko na to pracuje, bo nie dość, że jest stałym uczestnikiem niedzielnych wypraw , to jeszcze po cichu, w ukryciu w tygodniu z nimi jeździ):).
Adam w bardzo maskującej koszulce, ciężko było go nie zauważyć, a jednak przejechałabym obok niego nie zwracając wielkiej uwagi, ponieważ Adama w takiej koszulce nie spodziewałabym się:).
Krysia powiedziała:
Porządni kolarze już wracają do domu..
No porządnym kolarzem nie jestem, za to porządną gospodynią domową to tak, bo cały dom przed wyjazdem posprzątałam:).
No to ja w górę, oni w dół. W Szczepanowiacach kierunek „ na kościół” i podjazd w kierunku lasu, a potem w lesie szutrówką do szlabanu. Na Lubince jakieś dziecko krzyknęło: Cześć kolarzu. Pomyślałam.. no zabija to kolarstwo kobiecość..
Wczoraj za to jakaś dziewczynka z wysokości wiaduktu nad autostradą w Gosławicach krzyczała:
Jedź, jedź.. wierzę w ciebie…:)
Ot kibice, ważna sprawa:).
Zjazd do Rzuchowej, w Rzuchowej za kościołem w lewo. Wąwóz postanowiłam zrobić ze średniej tarczy, co żadnym wyczynem nie jest, ale ja ostatnio na młynku go robiłam… nie mam już tyle siły co kiedyś. Dzisiaj zacisnęłam zęby i wjechałam, ale ciężko mi było.
No i to tyle na dzisiaj. Jeszcze obiecany wczoraj film.
Jeszcze o Chustce.
- DST 33.00km
- Teren 3.00km
- Czas 01:33
- VAVG 21.29km/h
- VMAX 50.00km/h
- Temperatura 25.0°C
- HRmax 160 ( 85%)
- HRavg 134 ( 71%)
- Kalorie 550kcal
- Sprzęt Kellys Magnus
- Aktywność Jazda na rowerze
Środa, 12 czerwca 2013
Jeszcze trochę o "Chustce"
„Chodzę po lodzie kruchym jak wiara w cud,
Walczę uparcie o lepszy grunt dla stóp.
Snami mnie mami pokrętny losu rytm,
Obietnicami plami mi ufny byt
I płynę, płynę jak falą niesiony liść
Unoszę się jak ponad szosą przydrożny pył”
Moja nowa muzyczna miłość – Skubas. No oczywiście „Linoskoczka” słyszałam wielokrotnie wiadomo gdzie.. w Radiu Kraków:). W końcu jest płyta i słucham od dwóch dni.
Mocne. Naprawdę mocne. Dobre. Bardzo mi się podoba.
No i tak.. dopadła mnie niespodzianie choroba jedna, co źródło ma w stresie i zmęczeniu ( no cóż .. na odpoczynek szans na razie żadnych póki co nie ma). Powinnam odpoczywać, unikać słońca, stresu i.. wysiłku fizycznego. A to dobre, prawda?
Unikać stresu i unikać wysiłku fizycznego. To jest po prostu niemożliwe!
W moim przypadku unikanie wysiłku czyli rezygnacja ze sportu to byłoby…. Co to byłoby? Słów właściwych mi brakuje:), czym byłoby to dla mnie.
Po kilku dniach buntu, złości, niepewności, wczoraj powiedziałam sobie: ok, jest jak jest, trzeba się z tym pogodzić i przeczekać i trzeba z tym choróbskiem w jakiejś zgodzie żyć. Bo nie ma innego wyjścia, a nie jest to dramat. Ot .. jest i przejdzie. Za czas jakiś.
I uspokoiłam się.
No i dzisiaj jak się rano obudziłam, to było zdecydowanie lepiej! Może więc to całe pozytywne myślenie to nie jest jednak taka bujda, co?
Ale generalnie leki, które przyszło mi zażywać, osłabiają mnie itd., więc nawet dzisiaj nie myślałam o żadnych górkach, tylko spokojnie pobujałam się z rowerkiem po Lesie Radłowskim ( Waryś, Brzeźnica itp). Spokojnie, żeby by organizmu za bardzo nie nadwyrężać, bo muszę zbierać siły na .. niedzielę:). I mam nadzieję, że do niedzieli będę się czuć znacznie lepiej i dam radę.
No więc skoro pojeździłam na rowerze, głowę przewietrzyłam , to jest dobrze, prawda?
Pisałam ostatnio wielokrotnie o „Chustce”. I dzisiaj napiszę. Bo czuję taką potrzebę, żeby tymi refleksjami się podzielić.
Wiecie co Ona napisała na blogu?
„ Cieszcie się i doceniajcie to co macie, bo .. może być znacznie gorzej”.
No właśnie.
Przeczytałam trochę książek. Były wśród nich książki wspaniałe, dobre, złe, mniej dobre, smutne, śmieszne, mądre i bardzo ważne, które w jakiś tam sposób , chociaż zabrzmi to patetycznie ale napiszę – w jakiś sposób na mnie wpłynęły.
I te książki już ze mną zostały. Na zawsze. Powinnam mieć na nie taką specjalną półkę. Półkę z ważnymi książkami. „ Chustka” jest jedną z nich. Piszę o niej dużo, bo mocno wierzę, że nie tylko dla mnie jest ważna , potrzebna i wiele dobrego może uczynić.
Dzisiaj znalazłam blog męża Joanny. I wpis o pięknym tytule” Przetrwać z pogodną uważnością”
nie sposób zapełnić pustki.
tęsknota nie mija.
nie da się dwa razy wejść do tej samej rzeki,
można tylko pójść nową drogą.
wspominam wspólne herbaty
rozmowy i milczenia,
straszną chorobę
i przegraną walkę.
nie, nie tak chcę pamiętać Joannę,
to przecież zaprzeczenie temu kim była.
nie będę rozpaczał jak Rejtan.
nie oczekuj z mojej strony histerii i depresji,
uczynię to, co było dla Niej tak ważne - będę cieszył się życiem.
lubię dotykać życia.
mam tak, odkąd pamiętam.
zatrzymuje mnie tu i teraz.
chcę pamiętać Jej umiłowanie życia,
błyskotliwy umysł
i ten zaraźliwy uśmiech.
i chęć niesienia pomocy.
Jej znajomi mówią, że zawsze taka była.
szkoda, że nie poznaliśmy się wcześniej.
nadchodzi czas zmian.
muszę dać z siebie więcej, żeby przetrwać.
będzie ciężko.
ale pojawił się cel.
spróbuję.
nie wiem, czy się uda,
ale wiem, że spróbuję dokonać tego z pogodną uważnością.
nie wiem, czy jest coś większego niż miłość,
ale jeśli już szukać, to może być współczucie.
dlatego powstała fundacja.
miłość nadała sens mojemu życiu,
może teraz współczucie pomoże opanować pustkę po miłości.
czas na mnie.
Piotr
Cokolwiek by się nie działo więc… próbujmy przetrwać z pogodną uważnością.
A jutro… jutro będzie krótki filmik. Ale nie dzisiaj, bo jak na jeden dzień.. to za dużo.

Moje ulubione kwiatowe połączenie© lemuriza1972
- DST 38.00km
- Teren 12.00km
- Czas 01:35
- VAVG 24.00km/h
- VMAX 40.00km/h
- Temperatura 25.0°C
- HRmax 160 ( 85%)
- HRavg 141 ( 75%)
- Kalorie 656kcal
- Sprzęt Kellys Magnus
- Aktywność Jazda na rowerze
Niedziela, 9 czerwca 2013
Niebieski pieszy do Tuchowa, czarny pieszy do Łowczówka

Buszując w zbożu:)© lemuriza1972
„Buszującego w zbożu” czytałam lata temu. Chyba jak byłam na studiach, a to było dawno temu:).
Ale tytuł skojarzył mi się od razu, kiedy wjechałam na wał na Białej, a potem to było jeszcze „lepiej”.
Zdjęcie jednak pochodzi z czarnego szlaku pieszego ( odcinek prowadzący z Mesznej Opackiej do Łowczówka, to najbardziej spektakularny odcinek tego szlaku, ale o tym potem).
Wstałam niestety późno ( efekt nocnego oglądania „Drogówki”… hm… mam mieszane uczucia co do tego filmu) i dość długo nie mogłam zdecydować się gdzie jechać. Siedziałam sobie z przewodnikiem i szukałam. No i ciekawa trasa wpadła mi do głowy , połączenie 3 szlaków pieszych. Byłam już nawet zdecydowana jechać, ale jeszcze raz dokładnie przyjrzałam się mapie i stwierdziłam, że szlak w jednej części pokryje się z trasą z Bozego Ciała. No świetny szlak, tyle, że w obecnych warunkach ( tony błota) i biorąc pod uwagę to , że dzisiaj jechałam sama… byłoby ciężko. Duże leśne odcinki i chyba bałabym się trochę jechać sama. No i czas.. było już zbyt późno, a jak sobie obliczyłam to szlak mógł mieć 80,90 km.
Zrezygnowałam, ale kiedyś na pewno go przejadę.
Wybrałam więc wariant właściwe znany mi, bo niebieski szlak pieszy z Marcinki, a potem przesiadka na czarny. Obydwoma już jechałam, ale nigdy w takiej konfiguracji.
Tak więc na początek Marcinka, na której dzisiaj, tuż przy ruinach odbywał się turniej łuczniczy. Ciekawa sprawa. Jakieś namioty, średniowieczne przebrania itd. Zatrzymałam się na chwilkę, zrobiłam zdjęcie, bo czas naglił, a na po południe zapowiadano burze.
Na Marcince target, jechał jakiś chłopiec w koszulce kolarskiej, na jakimś trekkingowym rowerze. Wyprzedziłam go przed kościółkiem, ale musiał się chyba trochę zdenerwować , bo jak się wypłaszczyło, to mnie wyprzedził.
Dość sporo rowerzystów walczyło dzisiaj z naszą świętą górą. A ja dalej niebieskim pieszym, dostojnie i niespiesznie.. ale to dlatego, że jakoś za bardzo sił dzisiaj nie miałam. Podjeżdżanie w kierunku Trzemeskiej Góry szło powoli, a na horyzoncie zaczęły pokazywać się chmury.
Pomyślałam :” Idzie na burzę, idzie na deszcz”. Zawsze jak jest tak burzowo, to przypominają mi się Strachy na Lachy.
No, ale jechałam dalej. W Lesie Trzemeskim dość mokro, ale bez dramatu. W Lesie Tuchowskim początkowo podjazd szutrowy, mokre kamienie, ale spokojnie dało się jechać. Końcówka jednak już bardzo błotna. Potem przekroczenie asfaltówki i zjazd do stawków. Tam chwila na banana. Z oddali, a właściwie nie takiej oddali… pomruki burzy.. hm.. myślę sobie… chyba w Tuchowie trzeba będzie wrócić do domu najłatwiejszą i najszybszą drogą i już nie kombinować dalej.
Jadę przez las, z pominięciem szlaku, drogą którą kiedyś jechaliśmy z Alkiem, błotniście i bardzo pod górę. Ciemno i trochę strasznoooooo…. Wyjeżdżam z lasu i zastanawiam się czy jechać w lewo ( tak jak kiedyś z Alkiem) czy w prawo. Wybieram w prawo , bo lubię nowe, a nigdy tędy nie jechałam. Jest fajnie.. najpierw polna droga z pięknymi widokami, potem jakieś wąwozy, jary, w pewnym momencie szlak jest już nieprzejezdny, tak zarośnięty krzakami , trawami, że trzeba iść. Pokrzywy parzą.
Zaczyna padać deszcz.
Ale w końcu jestem w Tuchowie. Na Rynku lody i chwila zastanowienia: czy asfaltem do Pleśnej i do domu, czy czarnym pieszym do Mesznej i Łówczówka. Świeci znowu słońce, ale jest duszno i wygląda na to, ze burza nie odpuści. Jadę jednak czarnym. Pod górę, pod górę.. trawska znowu. Mozolnie. Za to widoki cudowne.
Gwoździem programu jest podjazd łąką z Mesznej do Łowczówka ( kto jechał to wie, o co chodzi, a wiem, że są tacy co jechali:)). Ja jechałam kiedyś, ale odwrotnie, więc to zupełnie inna bajka.
Kilka kilometrów pod górę przez łąkę, gdzie właściwie nie ma ścieżki, trawa na wysokości kierownicy. Oj…. Zostanie ten podjazd we wspomnieniach.
Potem już Łówczówek i czarnym przez las od cmentarza Legionistów. Od cmenatarza w dół, co nie znaczy, ze łatwo, bo jest bardzo mokro… pełno wody w zasadzie, wiec mam prysznic. Trzeba być czujnym , żeby zjechać cało. Udaje się.
No i do domu – Rychwałd, Pleśna, Błonie, Zgłobice, Koszyce.
Sporo osób dzisiaj widziałam na szlakach pieszo. Fajnie, że ludzie chodzą sobie po tych szlakach. Naprawdę warto. Duże walory krajobrazowe. Nie trzeba daleko jechać, a można fajnie pochodzić.
A motywem przewodnim zdjęć dzisiejszych są.. kwiaty polskie.

Turniej łuczniczy na Marcince© lemuriza1972

Polne, ale ładne:)© lemuriza1972

Widok po drodze na Trzemeską Górę© lemuriza1972

Łubinowy stok© lemuriza1972

Kapliczka w Lesie Trzemeskim© lemuriza1972

Sadzawka w Lesie Trzemeskim© lemuriza1972

Las Trzemeski© lemuriza1972

Lilie wodne© lemuriza1972

Polne żółte© lemuriza1972

Las Trzemeski 2© lemuriza1972

Łąka© lemuriza1972

Las Tuchowski© lemuriza1972

W środku Lasu Tuchowskiego© lemuriza1972

W środku Lasu Tuchowskiego 2© lemuriza1972

Widok na okolice Tuchowa© lemuriza1972

Widok na okolice Tuchowa 2© lemuriza1972

Czarny szlak pieszy© lemuriza1972

Na czarnym szlaku pieszym© lemuriza1972

Widok na Tuchów© lemuriza1972

Cmentarz w Tuchowie© lemuriza1972

Cmentarz w Tuchowie 2© lemuriza1972

Widok z czarnego szlaku pieszego© lemuriza1972

Widok z okolic Mesznej Opackiej© lemuriza1972

Ślimak:)© lemuriza1972

Jeszcze jeden kwiat:)© lemuriza1972

Dzika róża© lemuriza1972
- DST 58.00km
- Teren 28.00km
- Czas 03:38
- VAVG 15.96km/h
- VMAX 48.00km/h
- Temperatura 30.0°C
- HRmax 165 ( 87%)
- HRavg 135 ( 71%)
- Kalorie 1500kcal
- Sprzęt KTM
- Aktywność Jazda na rowerze
Sobota, 8 czerwca 2013
Jurasówka, Gromnik, Siedliska, Lichwin
&feature=youtu.be
Miałam być dzisiaj na maratonie w Strzyżowie. Decyzję o starcie w tym maratonie podjęłam już po Wojniczu. Pomyślałam, że jest dostatecznie dużo czasu, żeby się do tego maratonu przygotować. No, ale się nie przygotowałam, przeszkodziły różne okoliczności, w tym pogoda, która w ostatnim czasie jednak nie sprzyjała treningowi.
To był trudny z wielu względów , tydzień. Bardzo. Dużo nerwów, stresu i trochę zdrowotnych kłopotów. Mój organizm chyba tak zareagował po sobotnim przemoknięciu. Nie ma mu się co dziwić. Dramatu nie było, myślę, że i tak dzielnie to zniósł. Ale jednak były drobne problemy.
Mimo wszystko jeszcze wczoraj myślałam, że pojadę. Byłam nawet spakowana, rower przygotowałam. Ale wieczór był dość dramatyczny ( trochę zaszwankowało zdrowie), a tuż przed 23 otrzymałam wiadomość. Bardzo złą wiadomość. I maraton zszedł na plan dalszy..
Bo jak to przeczytałam w ostatnio czytanej przeze mnie książce:
„ Życie to nie kino familijne”. No niestety…
Nie pojechałam.
Nie dałabym rady wyłączyć myślenia.
Ale dzień był ładny, wreszcie słoneczny, ciepły więc pomyślałam, że nie mogę go zmarnować. Życie jest zbyt krótkie.Sił ani ochoty zbyt wielkiej nie było na jazdę, ale wyjechałam, tak trochę na siłę, bo wiedziałam, że siedzenie w domu nic nie da i będę żałować zmarnowanego dnia.
Nie miałam specjalnego planu, gdzie pojechać. Początkowo myślałam, że pojadę w kierunku Tuchowa, ale w końcu zdecydowałam się na Jurasówkę.
Wzięłam Magnusa, z zamiarem jazdy tylko i wyłącznie po asfalcie, bo jakoś dzisiaj nie miałam siły na taplanie się w błocie i mycie roweru potem.
Tak więc najpierw przez Zbylitowską Górę, Błonie, Szczepanowice, Dąbrówkę Szczepanowską, Janowice i w górę na Jurasówkę.
To jest długi , asfaltowy podjazd ( prawie 4 km) i czuje się go w nogach. Nie podjeżdżało mi się dzisiaj zbyt dobrze, więc decyzja o niejechaniu na maraton była słuszna. Ale mimo wszystko cały dzień było mi żal, że mnie tam nie ma. Trud tego podjazdu wynagradzają widoki na górze.
Na szczycie , przy wyciągu, zatrzymałam się na chwilę, nakręciłam krótki filmik. Miałam jechać na Wał i potem raczej już do domu, ale jakoś tak skręciłam w inną, nieznaną mi drogę. Podejrzewałam, ze wyjadę gdzieś w okolicach Gromnika. Wyjechałam na drogę prowadzącą z Zakliczyna do Gromnika, w Siemiechowie. Krótki kawałek główną drogą. Tuż przed rondem w Gromniku zauważyłam drewniany kościół, więc zatrzymałam się, żeby go obejrzeć.
Potem główną drogą Tarnów- Krynica w kierunku Siedlisk, bo pomyślałam, że pojadę zielonym szlakiem rowerem do Lichwina ( tym którym wracałam kiedyś z Brzanki). Pod drodze w Siedliskach zauważyłam mały cmentarz wojenny – ale za to jaki piękny! Jeszcze takiego w naszych okolicach nie widziałam. Nagrobki drewniane.
Wstąpiłam na cmentarz Głowa Cukru. Niestety, drzewa mają już dużo liści i nie widać go z dołu, z drogi, a trawska zarosły cały cmentarz. No, ale widoki z góry przepiękne.
Potem już Lichwin, przesiadka na czarny szlak rowerowy i powrót do domu przez Rychwałd, Rzuchową, Zgłobice, Koszyce.
Takie mocno turystyczne tempo, ale na nic więcej dzisiaj nie było mnie stać. W sumie sporo podjeżdżania, chociaż nie tak sporo jak na wycieczkach z Krysią i Adamem.
Na zdjęciach widać moją słabość do polnych kwiatów.
To mam po Mamie, zawsze robiła przepiękne bukiety.











Miałam być dzisiaj na maratonie w Strzyżowie. Decyzję o starcie w tym maratonie podjęłam już po Wojniczu. Pomyślałam, że jest dostatecznie dużo czasu, żeby się do tego maratonu przygotować. No, ale się nie przygotowałam, przeszkodziły różne okoliczności, w tym pogoda, która w ostatnim czasie jednak nie sprzyjała treningowi.
To był trudny z wielu względów , tydzień. Bardzo. Dużo nerwów, stresu i trochę zdrowotnych kłopotów. Mój organizm chyba tak zareagował po sobotnim przemoknięciu. Nie ma mu się co dziwić. Dramatu nie było, myślę, że i tak dzielnie to zniósł. Ale jednak były drobne problemy.
Mimo wszystko jeszcze wczoraj myślałam, że pojadę. Byłam nawet spakowana, rower przygotowałam. Ale wieczór był dość dramatyczny ( trochę zaszwankowało zdrowie), a tuż przed 23 otrzymałam wiadomość. Bardzo złą wiadomość. I maraton zszedł na plan dalszy..
Bo jak to przeczytałam w ostatnio czytanej przeze mnie książce:
„ Życie to nie kino familijne”. No niestety…
Nie pojechałam.
Nie dałabym rady wyłączyć myślenia.
Ale dzień był ładny, wreszcie słoneczny, ciepły więc pomyślałam, że nie mogę go zmarnować. Życie jest zbyt krótkie.Sił ani ochoty zbyt wielkiej nie było na jazdę, ale wyjechałam, tak trochę na siłę, bo wiedziałam, że siedzenie w domu nic nie da i będę żałować zmarnowanego dnia.
Nie miałam specjalnego planu, gdzie pojechać. Początkowo myślałam, że pojadę w kierunku Tuchowa, ale w końcu zdecydowałam się na Jurasówkę.
Wzięłam Magnusa, z zamiarem jazdy tylko i wyłącznie po asfalcie, bo jakoś dzisiaj nie miałam siły na taplanie się w błocie i mycie roweru potem.
Tak więc najpierw przez Zbylitowską Górę, Błonie, Szczepanowice, Dąbrówkę Szczepanowską, Janowice i w górę na Jurasówkę.
To jest długi , asfaltowy podjazd ( prawie 4 km) i czuje się go w nogach. Nie podjeżdżało mi się dzisiaj zbyt dobrze, więc decyzja o niejechaniu na maraton była słuszna. Ale mimo wszystko cały dzień było mi żal, że mnie tam nie ma. Trud tego podjazdu wynagradzają widoki na górze.
Na szczycie , przy wyciągu, zatrzymałam się na chwilę, nakręciłam krótki filmik. Miałam jechać na Wał i potem raczej już do domu, ale jakoś tak skręciłam w inną, nieznaną mi drogę. Podejrzewałam, ze wyjadę gdzieś w okolicach Gromnika. Wyjechałam na drogę prowadzącą z Zakliczyna do Gromnika, w Siemiechowie. Krótki kawałek główną drogą. Tuż przed rondem w Gromniku zauważyłam drewniany kościół, więc zatrzymałam się, żeby go obejrzeć.
Potem główną drogą Tarnów- Krynica w kierunku Siedlisk, bo pomyślałam, że pojadę zielonym szlakiem rowerem do Lichwina ( tym którym wracałam kiedyś z Brzanki). Pod drodze w Siedliskach zauważyłam mały cmentarz wojenny – ale za to jaki piękny! Jeszcze takiego w naszych okolicach nie widziałam. Nagrobki drewniane.
Wstąpiłam na cmentarz Głowa Cukru. Niestety, drzewa mają już dużo liści i nie widać go z dołu, z drogi, a trawska zarosły cały cmentarz. No, ale widoki z góry przepiękne.
Potem już Lichwin, przesiadka na czarny szlak rowerowy i powrót do domu przez Rychwałd, Rzuchową, Zgłobice, Koszyce.
Takie mocno turystyczne tempo, ale na nic więcej dzisiaj nie było mnie stać. W sumie sporo podjeżdżania, chociaż nie tak sporo jak na wycieczkach z Krysią i Adamem.
Na zdjęciach widać moją słabość do polnych kwiatów.
To mam po Mamie, zawsze robiła przepiękne bukiety.

Kwiat polny czerwcowy:)© lemuriza1972

Pole makowe naddunajcowe© lemuriza1972

Widok z Jurasówki© lemuriza1972

Polne kwiaty, a w tle górki w okolicach Siemiechowa© lemuriza1972

Kościół św. Marcina w Gromniku© lemuriza1972

Kościół w Gromniku© lemuriza1972

Nagrobki przy Kościele w Gromniku© lemuriza1972

Cmentarz z I wojny światowej w Siedliskach© lemuriza1972

Widoczek w Lichwinie© lemuriza1972

Widok z cm. Głowa Cukru© lemuriza1972

Pomnik na Cm. Głowa Cukru© lemuriza1972

Widok z cmentarza 2© lemuriza1972
- DST 68.00km
- Czas 03:30
- VAVG 19.43km/h
- VMAX 48.00km/h
- Temperatura 25.0°C
- HRmax 160 ( 85%)
- HRavg 135 ( 71%)
- Kalorie 1400kcal
- Sprzęt Kellys Magnus
- Aktywność Jazda na rowerze
Czwartek, 6 czerwca 2013
Lubinka
Jakaś taka bardzo zmęczona jestem ostatnio i nie najlepiej się czuję, no ale jest dość nerwowo, a do tego ta pogoda i pewnie wszystko tak się kumuluje. I to się przekłada na jazdę, która rewelacyjna nie jest.
Dzisiaj nie mogłam wyjechać zbyt wcześnie na rower, udało mi się dopiero przed 19 .
Początkowo myślałam, że pojadę na jakąś płaską trasę, bo czasu mało, a i samopoczucie takie sobie i na walkę z jakimś górkami, za bardzo sił nie ma.
Pomyślałam, że może pojadę do Wojnicza, ale przez most na Zgłobicach , Isep itd.
Wyjazd dzisiaj był znowu ryzykowny, bo chociaż w trakcie dnia padało tylko chwilę, to ciągle nad okolicą wisiały czarne chmury.
Pojechałam przez Zbylitowską Górę. Pierwszy podjazd i jakoś ciężko… bardzo ciężko. Taki dzień. Ale podjeżdżając pomyślałam, że może jednak wyruszę na jakąś górkę. No to pojechałam na Lubinkę, podjazdem z serpentynami. Wjeżdżało się tak sobie. Na szczycie minęłam się z Burią i kimś jeszcze ( nie poznałam).
Zjechałam asfaltem przez Dąbrówkę Szczepanowską do Szczepanowic, a tam skręciłam na niebieski szlak nad Dunajcem. Chciałam zobaczyć jak duże błoto jest po tych ostatnich opadach.
Błota dużo nie ma , ale sporo rozległych kałuż, nad którymi krążą komary.
Cieszę się, ze jednak pojechałam w górki, bo jednak lasy, górki, widoki, Dunajec to jest zupełnie inna jazda niż po nizinach. Zupełnie.
Na koniec wstąpiłam na nową myjkę ( na Zbylitowskich). Fajnie, że tak blisko domu.
A Dunajec chociaż brudny, to nie tak rozległy, więc powódź na szczęście chyba nam nie grozi.
Dzisiaj nie mogłam wyjechać zbyt wcześnie na rower, udało mi się dopiero przed 19 .
Początkowo myślałam, że pojadę na jakąś płaską trasę, bo czasu mało, a i samopoczucie takie sobie i na walkę z jakimś górkami, za bardzo sił nie ma.
Pomyślałam, że może pojadę do Wojnicza, ale przez most na Zgłobicach , Isep itd.
Wyjazd dzisiaj był znowu ryzykowny, bo chociaż w trakcie dnia padało tylko chwilę, to ciągle nad okolicą wisiały czarne chmury.
Pojechałam przez Zbylitowską Górę. Pierwszy podjazd i jakoś ciężko… bardzo ciężko. Taki dzień. Ale podjeżdżając pomyślałam, że może jednak wyruszę na jakąś górkę. No to pojechałam na Lubinkę, podjazdem z serpentynami. Wjeżdżało się tak sobie. Na szczycie minęłam się z Burią i kimś jeszcze ( nie poznałam).
Zjechałam asfaltem przez Dąbrówkę Szczepanowską do Szczepanowic, a tam skręciłam na niebieski szlak nad Dunajcem. Chciałam zobaczyć jak duże błoto jest po tych ostatnich opadach.
Błota dużo nie ma , ale sporo rozległych kałuż, nad którymi krążą komary.
Cieszę się, ze jednak pojechałam w górki, bo jednak lasy, górki, widoki, Dunajec to jest zupełnie inna jazda niż po nizinach. Zupełnie.
Na koniec wstąpiłam na nową myjkę ( na Zbylitowskich). Fajnie, że tak blisko domu.
A Dunajec chociaż brudny, to nie tak rozległy, więc powódź na szczęście chyba nam nie grozi.

Dunajec podeszczowy© lemuriza1972
- DST 33.00km
- Teren 4.00km
- Czas 01:33
- VAVG 21.29km/h
- Sprzęt Kellys Magnus
- Aktywność Jazda na rowerze
Środa, 5 czerwca 2013
Uśmiech się:)
„ Słońce jest zawsze tam gdzie pada deszcz,
Więc nie bój się deszczu”
No właśnie…. Deszcz padał sobie znowu przez dwa dni, opadami ciągłymi, ulewnymi, których dobrą stroną było to, że nadrobiłam zaległości czytelnicze i kulinarne czyli czytanie i gotowanie:). Wczoraj po 19 przestało na chwilę padać i w sumie to żałowałam potem, że nie wyjechałam chociaż na chwilę, ale.. jak już tak usiadłam sobie z książką ( „Poradnik pozytywnego myślenia” – polecam, to nie poradnik bynajmniej a po prostu powieść, bardzo ciekawa zresztą), to wychodzić z domu się po prostu nie chciało.
Dzisiaj rano znowu padało, ale potem .. przestało ku zdziwieniu wszystkich. Był więc plan – jechać na Lubinkę. Zjadłam obiad i z sił opadłam i takie tam jeszcze różne przeciwności i nie bardzo mi się chciało. W końcu o 18 postanowiłam jednak wyjechać, ale w planie była już nie Lubinka, ale jazda do Wojnicza , trochę okrężną drogą, a z Wojnicza kawałek szlakiem zielonym pieszym.
Ale wkładając bidon do koszyka.. rozleciał mi się koszyk, na szczęście przy KTM –ie mam dwa, więc szybkie odkręcanie, przykręcanie i o 18.06 w drogę…
A na horyzoncie czarne chmury… było więc ryzyko, no ale byłam mocno zdeterminowana, żeby kości trochę rozruszać.
Cięzko jednak się ruszało, oj bardzo ciężko. Wiatr przyjaciel kolarza , nizinną wycieczkę zamienił w nieco trudniejszą. Na Wojniczem ciemne chmury, więc zmieniłam kierunek na taki gdzie chmur nie było i słońce nawet świeciło.
I tak sobie pojechałam do Rudki, Radłów, Niwka, Wierzchosławice, Las Radłowski, Wierzchosławice, Ostrów.
Po wyjeździe z Lasu Radłowskiego jakaś para zmusiła mnie do większego wysiłku, dość szybko jechali, więc przyspieszyłam i potem już jechałam dużo szybciej niż na początku trasy. A więc jednak da się, a wydawało mi się, ze dzisiaj nie mam siły.
No więc kości trochę rozruszane.
A jutro podobno znowu ma padać. No zobaczymy…
- DST 35.00km
- Czas 01:29
- VAVG 23.60km/h
- VMAX 32.00km/h
- HRmax 160 ( 85%)
- HRavg 135 ( 71%)
- Kalorie 634kcal
- Sprzęt Kellys Magnus
- Aktywność Jazda na rowerze
Niedziela, 2 czerwca 2013
Mielec - Tarnów - słonecznie
Dzisiaj pogoda wynagrodziła mi wczorajsze i było ciepło i przyjemnie. Jedynie momentami wiatr wiał w buzię, ale przecież wiatr to przyjaciel każdego kolarza.
Tak więc co prawda asfaltowe i mało podjazdowe, ale prawie 140 km zrobione w weekend.
i jeszcze mielecki stadion, którego otwarcie wkrótce.
Jak Nieciecza awansuje może będzie tu grać, a i Stali szykuje się awans.
Jak na razie I miejsce w III lidze.
Tak więc co prawda asfaltowe i mało podjazdowe, ale prawie 140 km zrobione w weekend.
i jeszcze mielecki stadion, którego otwarcie wkrótce.
Jak Nieciecza awansuje może będzie tu grać, a i Stali szykuje się awans.
Jak na razie I miejsce w III lidze.

Stadion mieleckiej Stali© lemuriza1972
- DST 69.00km
- Czas 02:49
- VAVG 24.50km/h
- VMAX 40.00km/h
- Temperatura 25.0°C
- HRmax 165 ( 87%)
- HRavg 140 ( 74%)
- Kalorie 1103kcal
- Sprzęt Kellys Magnus
- Aktywność Jazda na rowerze
Sobota, 1 czerwca 2013
Tarnów - Mielec ( ulewnie)
Ponieważ miałam spędzić weekend w Mielcu, pomyślałam, że pojadę na rowerze. Lubię jeździć do Mielca na rowerze. Jedyne co mi przeszkadza, to 5 kg plecak na plecach. Chociaż staram się minimalizować rzeczy, które mam ze sobą zabrać, to to niezbędne minimum zawsze ok 5 kg waży. No i odczuwam to ( boleśnie). Staram się jednak to tak sobie tłumaczyć , że to wpływa jakoś na stopień mojego wytrenowania. Ten dodatkowy bagaż.
Prognozy pogody optymistyczne nie były, ale postanowiłam twardo trwać w swoim postanowieniu. Dobrze się więc przygotowałam ( tam mi się zdawało), kurtka przeciwdeszczowa w plecaku, wszystkie rzeczy pozawijane w worki itd.
Rano w sobotę było co prawda pochmurnie, ale deszczu nie było, więc wyjechałam.
Deszcz zaczął padać w Łęgu Tarnowskim ( wybrałam opcję trasy dłuższej z Dąbrowy do Radgoszczy itd.), ale nieco bezpieczniejszej ( bez dużej ilości aut i dziur w drodze).
Ale na początku deszcz był łaskawy, łagodny, nawet nie wyciągałam kurtki. Wyciągnęłam przed Dąbrową, bo wtedy zaczęło mocniej padać. W zasadzie to była już ulewa, ale co było robić… byłam już 25 km od domu, autobus do Mielca odjechał, a następny był za kilka godzin.
Więc jechałam w tej ulewie powtarzając sobie: Iza, a cóż to jest… taka ulewa. Górek nie ma ( ot trochę wzniesień), błota nie ma, zjazdów nie ma, jest tylko ta ulewa.
No to jechałam i jechałam podśpiewując sobie pod nosem, żeby dodać sobie animuszu. Padało całą drogę.
Już w Dąbrowie w butach mi chlupotało.
Tak sobie jechałam i myślałam: szkoda, że nikt nie wymyślił wycieraczek do oczu.
Bo oczy zalewał mi deszcz tak, że momentami niewiele widziałam.
Za Radomyślem palce u rąk miałam tak przemarznięte, że nie mogłam zmieniać przerzutek.
Ale dojechałam i jak zwykle było zadowolenie, że dało się radę w ciężkich warunkach. Siostra jak mnie zobaczyła to powiedziała: coś ty oszalała! Rowerem w taką pogodę!
Gdyby ona widziała błotny maraton w górach…
No, ale .. zmarzłam solidnie ( pół godziny w wannie siedziałam),a ciuchy przemoczone tak, że bałam się, ze do dzisiaj nie wyschną i w czym ja wrócę?
( ale wyschły i wróciłam:))
a tu jeszcze zaległe zdjęcia z piątku. Tak sobie wracałam od pani fryzjerki Marzeny przez Mościce i najpierw zachwyciły mnie chmury, a potem wiewóra.


Prognozy pogody optymistyczne nie były, ale postanowiłam twardo trwać w swoim postanowieniu. Dobrze się więc przygotowałam ( tam mi się zdawało), kurtka przeciwdeszczowa w plecaku, wszystkie rzeczy pozawijane w worki itd.
Rano w sobotę było co prawda pochmurnie, ale deszczu nie było, więc wyjechałam.
Deszcz zaczął padać w Łęgu Tarnowskim ( wybrałam opcję trasy dłuższej z Dąbrowy do Radgoszczy itd.), ale nieco bezpieczniejszej ( bez dużej ilości aut i dziur w drodze).
Ale na początku deszcz był łaskawy, łagodny, nawet nie wyciągałam kurtki. Wyciągnęłam przed Dąbrową, bo wtedy zaczęło mocniej padać. W zasadzie to była już ulewa, ale co było robić… byłam już 25 km od domu, autobus do Mielca odjechał, a następny był za kilka godzin.
Więc jechałam w tej ulewie powtarzając sobie: Iza, a cóż to jest… taka ulewa. Górek nie ma ( ot trochę wzniesień), błota nie ma, zjazdów nie ma, jest tylko ta ulewa.
No to jechałam i jechałam podśpiewując sobie pod nosem, żeby dodać sobie animuszu. Padało całą drogę.
Już w Dąbrowie w butach mi chlupotało.
Tak sobie jechałam i myślałam: szkoda, że nikt nie wymyślił wycieraczek do oczu.
Bo oczy zalewał mi deszcz tak, że momentami niewiele widziałam.
Za Radomyślem palce u rąk miałam tak przemarznięte, że nie mogłam zmieniać przerzutek.
Ale dojechałam i jak zwykle było zadowolenie, że dało się radę w ciężkich warunkach. Siostra jak mnie zobaczyła to powiedziała: coś ty oszalała! Rowerem w taką pogodę!
Gdyby ona widziała błotny maraton w górach…
No, ale .. zmarzłam solidnie ( pół godziny w wannie siedziałam),a ciuchy przemoczone tak, że bałam się, ze do dzisiaj nie wyschną i w czym ja wrócę?
( ale wyschły i wróciłam:))
a tu jeszcze zaległe zdjęcia z piątku. Tak sobie wracałam od pani fryzjerki Marzeny przez Mościce i najpierw zachwyciły mnie chmury, a potem wiewóra.

Chmury nad mościckim stadioniem© lemuriza1972

Wiewióra w parku w Mościcach© lemuriza1972

Uciekła na drzewo© lemuriza1972
- DST 69.00km
- Czas 02:51
- VAVG 24.21km/h
- VMAX 41.00km/h
- Temperatura 10.0°C
- HRmax 160 ( 85%)
- HRavg 135 ( 71%)
- Kalorie 119kcal
- Sprzęt Kellys Magnus
- Aktywność Jazda na rowerze
Czwartek, 30 maja 2013
Bieśnik, Ruda Kameralna, Rożnów, Jamna i dużo błota:)
No to najpierw na zachętę najładniejsze zdjęcia ( tak mi się wydaje, że są najładniejsze).


A teraz bohaterowie dzisiejszej superwycieczki czyli
Krysia, ja, Marcin, Mirek-Kolos, Staszek-Obcy, Piotrek na Jamnej
Na zdjęciu zabrakło Adama , który nam uciekł ( często nam uciekał, zwłaszcza pod górę).

A było to tak.
Od dłuższego czasu był plan na Jamną w Boże Ciało. Krysia wczoraj zaostrzyła mi apetyt, pisząc, że zahaczymy o Rożnów.
Miałam trochę wątpliwości, bo ostatnie trzy dni były dla mnie bardzo ciężkie. Zmęczenie sięgnęło zenitu, na rowerze prawie cały tydzień nie jeździłam jakoś porządnie i miałam ochotę się porządnie wyspać. Przed 8 dzwoni budzik… matko… jak nie chciało mi się wstawać. Poszłam do łazienki i usłyszałam jakieś dziwne pomruki.. burza…
Patrzę przez okno.. pada deszcz. Tak więc z kawą do łóżka, książka i wylegiwanie się. Czekamy co będzie. Ok 10 dzwoni Krysia, że zmieniamy plany i spróbujemy pokręcić w okolicy Tarnowa. O 11 pojawiam się w miejscu zbiórki, a Krysia mówi, że jednak pojedziemy na Jamną.
Bardzo odpowiada mi plan rozpoczęcie jazdy z Bieśnika, bo to oznacza, że będą nowe ścieżki. Zanim wyjeżdżamy u Krysi w domu szaleje pies dachowiec. Widzieliście coś takiego?

Zajeżdżamy ( autem) do Bieśnika. Rozpakowanie rowerów i w drogę.


Świeci słońce. Na początek ostry leśny podjazd, ale jaka piękna okolica!!!! Prawdziwie leśno-górskie klimaty.

Po wyjeździe z lasu jedziemy zboczem po jakiejś łące, piękne widoki, polne kwiaty. Ale jazda!



Wyjątkowo obrodziło dzisiaj w salamandry, spotykamy o ile policzyłam dobrze 4. Była też jedna żmija. Co prawda niektórzy twierdzą, że to był zaskroniec, ale ja będę się trzymać tego, że była to żmija.




W lesie zaczynają się mocno błotne sekwencje. Mówię do Adama, że świetna okolica, ale że gleba wisi w powietrzu, właściwie to tylko kwestia czasu ( o dziwo jednak nie było w moim wykonaniu ani jednej, dobrze mi się dzisiaj zjeżdżało).
Mówię też do Adama, że naprawdę piękna traska i że mówię mu to teraz, bo pod koniec jazdy to mogę już być mniej przychylna:).



No i kiedy wszystko idzie dobrze, a towarzystwo jest bardzo zadowolone, następuje nieoczekiwany zwrot akcji.. Podstępny patyk niszczy Adamowi przerzutkę i jest zabawa. Myślę, ze to kara za to, że zamiast iść na procesję w Boże Ciało wybrał się na rower:).
Chłopaki pracują nad tym żeby coś z tego było, Krysia w trawie znajduje coś takiego…


A w tle słychać złowrogie pomruki zwiastujące burzę.
Po drodze jest też potoczek, za którym podjazd powala mnie na kolana. Zdaje się, że potoczek był przed urwaniem przerzutki, no ale czy to ma znaczenie…?

I dalej świetne ścieżki, dom dziada- śmieciarza, masa błota… oj jakie super fajne błoto.
To dziwne właściwie.. jeszcze w sobotę patrzyłam na maratończyków w Krynicy i współczułam im, bo przecież wiem, co oznacza maraton w błocie i deszczu, a dzisiaj… dzisiaj miałam taką radość z jazdy!
Zaczął padać deszcz, rozpętała się burza ( ale nie była jakoś specjalnie groźna, chyba nam się bardzo udało, bo kiedy wróciłam do domu, usłyszałam w radiu, że w okolicach Tarnowa szalały burze, ulewy, wichury, pozrywało dachy itd.).
A my sobie jechaliśmy. Po drodze był Różnów i piękny, zapierający dech w piersiach widok z góry.
A my.. my coraz bardziej ubłoceni i uśmiechnięci. Kolos patrząc na moje zabłocone nogi, powiedział, że nie wyglądam jak kobieta…
No cóż…Kobietą się bywa. Na przykład jak się idzie do pracy, sukieneczka, obcasiki, makijaż, torebeczka. Ale od czasu do czasu bywa się ubłoconym kolarzem:).
Za Rożnowem deszcz przeszedł w ulewę, a i burza zdawała się być coraz groźniejsza. Stąd schronienie pod stodołą.
Zaczęłam opowiadać, jak w sobotę w Krynicy padał grad, Kolos spojrzał na mnie złowrogo.
Nie minęło 5 minut, zaczął padać grad i to spory.
Czarownica:).




A potem był Bukowiec, Jamna i bardziej znane ścieżki.
Świetna wycieczka . Dużo zabawy, przygody, śmiechu. Szczególne podziękowania należą się Adamowi, który 2/3 wycieczki jechał bez przerzutki. Dacie wiarę? I dał radę. I to jeszcze jak.
Świetna, piękna trasa z masą błota, przez co łatwo nie było, ale mnie to odpowiada. Gdybym to jeszcze trochę więcej siły miała, bo pod górę to jest tak sobie. Ze zjeżdżaniem było dobrze dzisiaj, NN DD niby 3 letnie, a dają jeszcze radę.
Mam nadzieję, ze kiedyś tę trasę powtórzymy.
A Kolos na koniec powiedział, że jak we wtorek nie będzie padać, to nigdzie ze Staszkiem nie jadą:).
No.. bo jak pada i jest błoto, to jakoś tak bardziej przygodowo jest przecież.
POwiedziałam do Adama, ze było super, jak na maratonie.
Adam zapytał: a przewróciłaś się?
- Nie
- No to nie było jak na maratonie:).

Widok na Rożnów© lemuriza1972

Kolos i Obcy© lemuriza1972
A teraz bohaterowie dzisiejszej superwycieczki czyli
Krysia, ja, Marcin, Mirek-Kolos, Staszek-Obcy, Piotrek na Jamnej
Na zdjęciu zabrakło Adama , który nam uciekł ( często nam uciekał, zwłaszcza pod górę).

Cała ekipa© lemuriza1972
A było to tak.
Od dłuższego czasu był plan na Jamną w Boże Ciało. Krysia wczoraj zaostrzyła mi apetyt, pisząc, że zahaczymy o Rożnów.
Miałam trochę wątpliwości, bo ostatnie trzy dni były dla mnie bardzo ciężkie. Zmęczenie sięgnęło zenitu, na rowerze prawie cały tydzień nie jeździłam jakoś porządnie i miałam ochotę się porządnie wyspać. Przed 8 dzwoni budzik… matko… jak nie chciało mi się wstawać. Poszłam do łazienki i usłyszałam jakieś dziwne pomruki.. burza…
Patrzę przez okno.. pada deszcz. Tak więc z kawą do łóżka, książka i wylegiwanie się. Czekamy co będzie. Ok 10 dzwoni Krysia, że zmieniamy plany i spróbujemy pokręcić w okolicy Tarnowa. O 11 pojawiam się w miejscu zbiórki, a Krysia mówi, że jednak pojedziemy na Jamną.
Bardzo odpowiada mi plan rozpoczęcie jazdy z Bieśnika, bo to oznacza, że będą nowe ścieżki. Zanim wyjeżdżamy u Krysi w domu szaleje pies dachowiec. Widzieliście coś takiego?

Pies dachowiec© lemuriza1972
Zajeżdżamy ( autem) do Bieśnika. Rozpakowanie rowerów i w drogę.

Przygotowania do jazdy© lemuriza1972

Żywioł dał znać o sobie© lemuriza1972
Świeci słońce. Na początek ostry leśny podjazd, ale jaka piękna okolica!!!! Prawdziwie leśno-górskie klimaty.

Początek podjazdu© lemuriza1972
Po wyjeździe z lasu jedziemy zboczem po jakiejś łące, piękne widoki, polne kwiaty. Ale jazda!

Krysia i Staszek podjeżdżają© lemuriza1972

Marcin jedzie© lemuriza1972

I jeszcze raz Marcin© lemuriza1972
Wyjątkowo obrodziło dzisiaj w salamandry, spotykamy o ile policzyłam dobrze 4. Była też jedna żmija. Co prawda niektórzy twierdzą, że to był zaskroniec, ale ja będę się trzymać tego, że była to żmija.

Żółto - czarna jak Borussia salamandra© lemuriza1972

Krysia na łące:)© lemuriza1972

Widoczek© lemuriza1972

Przedzieramy się:)© lemuriza1972
W lesie zaczynają się mocno błotne sekwencje. Mówię do Adama, że świetna okolica, ale że gleba wisi w powietrzu, właściwie to tylko kwestia czasu ( o dziwo jednak nie było w moim wykonaniu ani jednej, dobrze mi się dzisiaj zjeżdżało).
Mówię też do Adama, że naprawdę piękna traska i że mówię mu to teraz, bo pod koniec jazdy to mogę już być mniej przychylna:).

Było błotniście© lemuriza1972

Widoczek po drodze© lemuriza1972

Łąka© lemuriza1972
No i kiedy wszystko idzie dobrze, a towarzystwo jest bardzo zadowolone, następuje nieoczekiwany zwrot akcji.. Podstępny patyk niszczy Adamowi przerzutkę i jest zabawa. Myślę, ze to kara za to, że zamiast iść na procesję w Boże Ciało wybrał się na rower:).
Chłopaki pracują nad tym żeby coś z tego było, Krysia w trawie znajduje coś takiego…

Znalezisko leśne© lemuriza1972

Pochyleni nad przerzutką Adama© lemuriza1972
A w tle słychać złowrogie pomruki zwiastujące burzę.
Po drodze jest też potoczek, za którym podjazd powala mnie na kolana. Zdaje się, że potoczek był przed urwaniem przerzutki, no ale czy to ma znaczenie…?

I dalej świetne ścieżki, dom dziada- śmieciarza, masa błota… oj jakie super fajne błoto.
To dziwne właściwie.. jeszcze w sobotę patrzyłam na maratończyków w Krynicy i współczułam im, bo przecież wiem, co oznacza maraton w błocie i deszczu, a dzisiaj… dzisiaj miałam taką radość z jazdy!
Zaczął padać deszcz, rozpętała się burza ( ale nie była jakoś specjalnie groźna, chyba nam się bardzo udało, bo kiedy wróciłam do domu, usłyszałam w radiu, że w okolicach Tarnowa szalały burze, ulewy, wichury, pozrywało dachy itd.).
A my sobie jechaliśmy. Po drodze był Różnów i piękny, zapierający dech w piersiach widok z góry.
A my.. my coraz bardziej ubłoceni i uśmiechnięci. Kolos patrząc na moje zabłocone nogi, powiedział, że nie wyglądam jak kobieta…
No cóż…Kobietą się bywa. Na przykład jak się idzie do pracy, sukieneczka, obcasiki, makijaż, torebeczka. Ale od czasu do czasu bywa się ubłoconym kolarzem:).
Za Rożnowem deszcz przeszedł w ulewę, a i burza zdawała się być coraz groźniejsza. Stąd schronienie pod stodołą.
Zaczęłam opowiadać, jak w sobotę w Krynicy padał grad, Kolos spojrzał na mnie złowrogo.
Nie minęło 5 minut, zaczął padać grad i to spory.
Czarownica:).

Schronienie przed burzą© lemuriza1972

Tak było© lemuriza1972

Podjeżdżają© lemuriza1972

Dunajec w dole© lemuriza1972
A potem był Bukowiec, Jamna i bardziej znane ścieżki.
Świetna wycieczka . Dużo zabawy, przygody, śmiechu. Szczególne podziękowania należą się Adamowi, który 2/3 wycieczki jechał bez przerzutki. Dacie wiarę? I dał radę. I to jeszcze jak.
Świetna, piękna trasa z masą błota, przez co łatwo nie było, ale mnie to odpowiada. Gdybym to jeszcze trochę więcej siły miała, bo pod górę to jest tak sobie. Ze zjeżdżaniem było dobrze dzisiaj, NN DD niby 3 letnie, a dają jeszcze radę.
Mam nadzieję, ze kiedyś tę trasę powtórzymy.
A Kolos na koniec powiedział, że jak we wtorek nie będzie padać, to nigdzie ze Staszkiem nie jadą:).
No.. bo jak pada i jest błoto, to jakoś tak bardziej przygodowo jest przecież.
POwiedziałam do Adama, ze było super, jak na maratonie.
Adam zapytał: a przewróciłaś się?
- Nie
- No to nie było jak na maratonie:).
- DST 52.00km
- Teren 35.00km
- Czas 04:28
- VAVG 11.64km/h
- VMAX 48.00km/h
- Temperatura 20.0°C
- HRmax 169 ( 89%)
- HRavg 140 ( 74%)
- Kalorie 2200kcal
- Sprzęt KTM
- Aktywność Jazda na rowerze
Środa, 29 maja 2013
Messi, Lewandowski....:)
Na początek zdjęcie.
Dostałam w prezencie urodzinowym od jednego małego – wielkiego kibica piłki nożnej.
Jego Mama powiedziała: Jasiu, Ciocia Iza miała urodziny, może byś jej coś narysował?
Jasiu narysował, no i w sumie trafił. Ciocia Iza lubi piłkę nożną.

Dzisiaj nie było żadnego treningu, bo jutro w planie dłuższa jazda, poza tym i czasu nie było za bardzo.
Wyjechałam tylko komunikacyjnie , do bankomatu i na myjkę, bo KTM stał brudny od wyjazdu na Jamną. Żywcem nie było czasu żeby go umyć.
Taki czas był.
Przyjemna temperatura się zrobiła, deszcz przestał padać na dobre.
Jest dobrze.
A ja dzisiaj w książce, którą czytam i o której wspominałam ( „Chustka”) znalazłam taki fragment, który jakoś tak doskonale wpasował się w wydarzenia ostatnich dni.
„ Spotkałam na swojej drodze mentalne szczurki.
Tym razem w życiu prywatnym.
Znacie ten typ?
Są z definicji żałosne – to ich sposób na zdobywanie zainteresowania świata.
Oczekują współczucia, litości. Przejmująco opowiadają o swojej niedoli, ale jednocześnie atakują ( potem mówią, że ugryzły ze strachu przed pogryzieniem).
Obiecują pomoc, która na słowach się kończy ( oooo widzisz jakie są nieszczęśliwe? Przecież tak bardzo chciały pomóc).
Zadają niby troskliwe pytania, ale faktycznie chodzi im tylko o zaspokojenie swojej próżnej ciekawości.
Pochyliłam się, przyglądałam się, obserwowałam.
Raz nakarmiłam, dwa razy pomogłam, trochę poprzytulałam.
Niestety nie da się tego k…. nijak udomowić.
Nadszedł więc czas Armagedonu.
Wyciągnęłam łopatę i zabijam. Chlusta krew, giną wścibskie zwierzątka o ohydnym wyglądzie, przebiegłym spojrzeniu i głupio-cwanym rozumku”
Mocne prawda? Niestety bardzo prawdziwe.
Dostałam w prezencie urodzinowym od jednego małego – wielkiego kibica piłki nożnej.
Jego Mama powiedziała: Jasiu, Ciocia Iza miała urodziny, może byś jej coś narysował?
Jasiu narysował, no i w sumie trafił. Ciocia Iza lubi piłkę nożną.

Prezent urodzinowy© lemuriza1972
Dzisiaj nie było żadnego treningu, bo jutro w planie dłuższa jazda, poza tym i czasu nie było za bardzo.
Wyjechałam tylko komunikacyjnie , do bankomatu i na myjkę, bo KTM stał brudny od wyjazdu na Jamną. Żywcem nie było czasu żeby go umyć.
Taki czas był.
Przyjemna temperatura się zrobiła, deszcz przestał padać na dobre.
Jest dobrze.
A ja dzisiaj w książce, którą czytam i o której wspominałam ( „Chustka”) znalazłam taki fragment, który jakoś tak doskonale wpasował się w wydarzenia ostatnich dni.
„ Spotkałam na swojej drodze mentalne szczurki.
Tym razem w życiu prywatnym.
Znacie ten typ?
Są z definicji żałosne – to ich sposób na zdobywanie zainteresowania świata.
Oczekują współczucia, litości. Przejmująco opowiadają o swojej niedoli, ale jednocześnie atakują ( potem mówią, że ugryzły ze strachu przed pogryzieniem).
Obiecują pomoc, która na słowach się kończy ( oooo widzisz jakie są nieszczęśliwe? Przecież tak bardzo chciały pomóc).
Zadają niby troskliwe pytania, ale faktycznie chodzi im tylko o zaspokojenie swojej próżnej ciekawości.
Pochyliłam się, przyglądałam się, obserwowałam.
Raz nakarmiłam, dwa razy pomogłam, trochę poprzytulałam.
Niestety nie da się tego k…. nijak udomowić.
Nadszedł więc czas Armagedonu.
Wyciągnęłam łopatę i zabijam. Chlusta krew, giną wścibskie zwierzątka o ohydnym wyglądzie, przebiegłym spojrzeniu i głupio-cwanym rozumku”
Mocne prawda? Niestety bardzo prawdziwe.
- DST 15.00km
- Sprzęt KTM
- Aktywność Jazda na rowerze