Czwartek, 25 lipca 2013
Podwieczorek MTB:)
Pod znakiem zapytania stał mój dzisiejszy udział w Podwieczorku MTB, ale jednak udało się i nawet jako tako się przejechało, bez wielkiego bólu, chociaż dzisiaj myślałam, że może być ciężej.
EPO nie było, ale była No-spa. Na „nospie” jak się okazało też nieźle się jedzie.
Ale jednak kobieta zrozumie kobietę i Krysia postanowiła się w pełni ze mną zsolidaryzować… Było więc łatwiej. Jedno spojrzenie na siebie, jedno hasło i jest bardzo wesoło.
Skład właściwie już stały, czasem nieznaczne zmiany następują, ale trzon ten sam:
Krysia, Bracia Labudu, Marcin i ja.
Dzwonił dzisiaj do mnie też Marcin Be, miał przyjechać. Nie przyjechał, niech żałuje .
Planu jazdy nie mamy, rodzi się więc spontanicznie. Mianujemy kierownikiem wyprawy Marcina, a on prowadzi nas ścieżkami maratonu tarnowskiego.
Gdzieś jeszcze przed zjazdem do Lasu Tuchowskiego , zatrzymujemy się na rozstaju dróg. Tam stoi taksówka. Labudu pyta:
Kto już nie może dalej jechać? Kto zamówił taksówkę?
Chcemy aby Pan taksówkarz zrobił nam zdjęcie zbiorowe, ale on mówi, że czeka na klienta i nie wie czy czegoś nie pomylił, bo klienta nie ma.
Za chwilę nadjeżdża traktor i klientów aż dwóch. Biorą od taksówkarza butelkę wódki i z powrotem na traktor.
Ot polskie klimaty..
A my jedziemy dalej. Piekiełko. Tarnowianie i bywalcy tarnowskiego maratonu, wiedzą, ze tam się trzeba sprężyć żeby wyjechać. Dzisiaj nie jest mokro, więc jest łatwiej.
W sumie to wpisuję się nieświadomie w ten wyjazd, bo mam na sobie koszulkę z Bike maratonu tarnowskiego, którą to udało mi się w 2008r. dostać jaką jedną z nagród. Fajna pamiątka.
Z Piekiełka do Lasu Tuchowskiego, najpierw z niego wyjeżdżamy, potem wracamy drogą mi nieznaną. W końcu „lądujemy” na czarnym pieszym szlaku i zjeżdżamy lasem do jeziorek. Fajny zjazd .
Dzisiaj dużo zjazdów, ale zdecydowana większość to te mniej przeze mnie lubiane czyli szutrowe.
Z jeziorek podjeżdżamy do góry, potem znowu zjazd lasem i kierujemy się w stronę Słonej Góry.
Ze Słonej zjazdem Kolosa i w Świebodzinie spotykamy chłopaków ze Świebo Team , na szosach. Jadą z nami aż do Mościc.
Na pożegnanie wznosimy toast bidonami z IZO, bo Krzysiek ma dzisiaj imieniny.
Wszystkiego najlepszego!
Dość sporo przewyższenia jak na popracową jazdę ( ponad 1000 m chyba wyszło).
Kilka górek było na czele z Marcinką i Słoną.
PS Krzysiek debiutował dzisiaj w SPD, tak więc Labudu tylko czekał na .. wiadomo co.
Kiedy w koncu się stało... trzeba było zobaczyć jak się śmiał.
Nie ma to jak liczyć na zrozumienie rodziny:)










Scenka taka się odbyła.
Aneta: teraz cicho bo dzwonię do Miejskiej Komendy Policji i mam ważną rozmowę…
Wchodzi Agata, przez nieostrożność nadeptuje na kabel telefonu i telefon staje się.. bezprzewodowy.
Nastaje spokój o który tak prosiła Aneta, a my wreszcie mamy telefon bezprzewodowy!
EPO nie było, ale była No-spa. Na „nospie” jak się okazało też nieźle się jedzie.
Ale jednak kobieta zrozumie kobietę i Krysia postanowiła się w pełni ze mną zsolidaryzować… Było więc łatwiej. Jedno spojrzenie na siebie, jedno hasło i jest bardzo wesoło.
Skład właściwie już stały, czasem nieznaczne zmiany następują, ale trzon ten sam:
Krysia, Bracia Labudu, Marcin i ja.
Dzwonił dzisiaj do mnie też Marcin Be, miał przyjechać. Nie przyjechał, niech żałuje .
Planu jazdy nie mamy, rodzi się więc spontanicznie. Mianujemy kierownikiem wyprawy Marcina, a on prowadzi nas ścieżkami maratonu tarnowskiego.
Gdzieś jeszcze przed zjazdem do Lasu Tuchowskiego , zatrzymujemy się na rozstaju dróg. Tam stoi taksówka. Labudu pyta:
Kto już nie może dalej jechać? Kto zamówił taksówkę?
Chcemy aby Pan taksówkarz zrobił nam zdjęcie zbiorowe, ale on mówi, że czeka na klienta i nie wie czy czegoś nie pomylił, bo klienta nie ma.
Za chwilę nadjeżdża traktor i klientów aż dwóch. Biorą od taksówkarza butelkę wódki i z powrotem na traktor.
Ot polskie klimaty..
A my jedziemy dalej. Piekiełko. Tarnowianie i bywalcy tarnowskiego maratonu, wiedzą, ze tam się trzeba sprężyć żeby wyjechać. Dzisiaj nie jest mokro, więc jest łatwiej.
W sumie to wpisuję się nieświadomie w ten wyjazd, bo mam na sobie koszulkę z Bike maratonu tarnowskiego, którą to udało mi się w 2008r. dostać jaką jedną z nagród. Fajna pamiątka.
Z Piekiełka do Lasu Tuchowskiego, najpierw z niego wyjeżdżamy, potem wracamy drogą mi nieznaną. W końcu „lądujemy” na czarnym pieszym szlaku i zjeżdżamy lasem do jeziorek. Fajny zjazd .
Dzisiaj dużo zjazdów, ale zdecydowana większość to te mniej przeze mnie lubiane czyli szutrowe.
Z jeziorek podjeżdżamy do góry, potem znowu zjazd lasem i kierujemy się w stronę Słonej Góry.
Ze Słonej zjazdem Kolosa i w Świebodzinie spotykamy chłopaków ze Świebo Team , na szosach. Jadą z nami aż do Mościc.
Na pożegnanie wznosimy toast bidonami z IZO, bo Krzysiek ma dzisiaj imieniny.
Wszystkiego najlepszego!
Dość sporo przewyższenia jak na popracową jazdę ( ponad 1000 m chyba wyszło).
Kilka górek było na czele z Marcinką i Słoną.
PS Krzysiek debiutował dzisiaj w SPD, tak więc Labudu tylko czekał na .. wiadomo co.
Kiedy w koncu się stało... trzeba było zobaczyć jak się śmiał.
Nie ma to jak liczyć na zrozumienie rodziny:)

.. dzisiaj opalam dłonie© lemuriza1972

Ale nogi:)© lemuriza1972

Czwórka wspaniałych:)© lemuriza1972

Pani Krystyna© lemuriza1972

Wszystkie drogi prowadzą na .. basen© lemuriza1972

Krysia i Marcin© lemuriza1972

Krysia , Marcin i Krzysiek© lemuriza1972

Krzysiek i Marcin© lemuriza1972

W Lesie Tuchowskim© lemuriza1972

W Lesie Tuchowskim 2© lemuriza1972
Scenka taka się odbyła.
Aneta: teraz cicho bo dzwonię do Miejskiej Komendy Policji i mam ważną rozmowę…
Wchodzi Agata, przez nieostrożność nadeptuje na kabel telefonu i telefon staje się.. bezprzewodowy.
Nastaje spokój o który tak prosiła Aneta, a my wreszcie mamy telefon bezprzewodowy!

Najnowszy model telefonu bezprzewodowego:)© lemuriza1972
- DST 61.00km
- Teren 25.00km
- Czas 03:15
- VAVG 18.77km/h
- Sprzęt KTM
- Aktywność Jazda na rowerze
Środa, 24 lipca 2013
Dziki
Właściwie nie byłoby o czym pisać ( trasa bardzo standardowa po Lesie Radłowskim), gdyby nie to, że wyjeżdżając z lasu natknęłam się na COŚ.
Usłyszałam szum, spojrzałam w lewo, a tam stado dzików.. bardzo blisko mnie. Zafascynowana zatrzymałam się, w nadziei na zdjęcie i....
spostrzegłam, że jest jeden duży i stado małych i już.. wiedziałam: trzeba brać nogi za pas.
Locha spojrzała na mnie przeciągle i groźnie, a że była blisko, to zdjęcie sobie odpuściłam:).
Usłyszałam szum, spojrzałam w lewo, a tam stado dzików.. bardzo blisko mnie. Zafascynowana zatrzymałam się, w nadziei na zdjęcie i....
spostrzegłam, że jest jeden duży i stado małych i już.. wiedziałam: trzeba brać nogi za pas.
Locha spojrzała na mnie przeciągle i groźnie, a że była blisko, to zdjęcie sobie odpuściłam:).
- DST 44.00km
- Teren 17.00km
- Czas 01:52
- VAVG 23.57km/h
- Aktywność Jazda na rowerze
Wtorek, 23 lipca 2013
Maraton w Dukli - relacja
&feature=youtu.be
Maraton nr 39
Cyklokarpaty Dukla
dystans mega
miejsce kategoria 4
Kobiety open 6/9
Kiedy rozmawiałyśmy z Anią z Rzeszowa po maratonie, Ania powiedziała, ze maraton w Strzyżowie ( który był jej jak dotąd najcięższym przejechanym maratonem), bardzo ją wzmocnił i po tym maratonie , żaden jej już niestraszny. I że tamto doświadczenie było jej bardzo potrzebne.
A z tego co wiem ( z opowieści Krysi, która z Anią rozmawiała po tamtym maratonie), to Anię bardzo ciężko doświadczył tamten maraton.
Tak to działa. Widocznie tak to już działa, w myśl zasady „ co nas nie zabije to nas wzmocni”.
Podobne odczucie miałam po maratonie w Piwnicznej.
Kiedy stałam na starcie w Wojniczu , miałam duże obawy, jak po takiej przerwie odnajdę się na mtbowskich, maratonowych trasach. Stojąc na starcie w Piwnicznej bałam się jak odnajdę się na trudnych trasach u GG, stojąc na starcie w Dukli bałam się już tylko tego , żeby nie przytrafiła się jakaś awaria lub upadek, które uniemożliwiłyby mi dotarcie do mety.
Bo po Piwnicznej wiedziałam, że wiele jestem w stanie wytrzymać. Tamto doświadczenie bardzo mnie wzmocniło, dodało wiele wiary we własne, tegoroczne możliwości, ale też pomogło w jakimś sensie COŚ nieuchwytnego, czego dokładnie wytłumaczyć nie potrafię, odnaleźć w sobie.
Do Dukli wyruszyliśmy w 4 osobowym składzie: Krysia, Amelka ( dyżurna fotografka na CK) I Marcin. Przyjechaliśmy bardzo wcześnie.
Auto parkujemy obok Sławka Nosala. Poznajemy jego Tatę, sympatycznego Pana o bardzo wyostrzonym dowcipie ( np. kiedy Krysia piła magnez znienacka podszedł , stanowczo mówiąc: kontrola antydopingowa, do mnie podszedł z aparatem kiedy przebierałam się w aucie). Mamy dużo czasu, więc tym razem rozgrzewka jest bardzo długa.
Jak to zwykle przed maratonem, dużo rozmów ze znajomymi z różnych stron. Chociaż w tym cyklu , większość znajomych raczej z południa Polski.
Podczas rozgrzewki robimy pierwszy podjazd maratonu. Trzeba powiedzieć dość wymagający, o sporym nastromieniu. Kiedy go pokonujemy mówię do Krysi ( mając w pamięci podjazd na Obidzę w Piwnicznej): zobaczysz co tu będzie się działo… ludzie będą spadać z rowerów i będzie kłopot. Bo to zwykle jest duży kłopot jak się jedzie w takim tłumie.
Start.. staram się jechać szybko, żeby się jakoś dobrze odnaleźć przed tym pierwszym podjazdem i zająć dobrą pozycję wyjściową do ataku na szczyt, no ale że startujemy z 4 sektora, to nie jest takie proste.
Krysia na tym podjeździe idzie bardzo mocno i już jest sporo przede mną. JA staram się jechać rytmicznie żeby czasem gdzieś o kogoś nie zahaczyć i nie spaść z roweru.
No niestety .. z roweru spada ktoś przede mną i muszę bardzo się spinać, żeby zdążyć się wypiąć. Nie ma za bardzo też jak z powrotem wsiąść na rower, bo nie ma miejsca, trzeba uważać, żeby to przeze mnie tym razem ktoś nie spadł. Myślę sobie: no nie.. tutaj zaraz stoi Amelka.. ale będzie zdjęcie… jak rower prowadzę na pierwszym podjeździe…
Ale jakoś udaje się wsiąść. Macham do Amelki, która krzyczy CZEŚĆ RODZYNKI ( oj coś czuję, że to do nas przylgnie) i jadę dalej. Wkraczamy do strefy lasu i strefy błota.
Mija mnie Marcin mówiąc coś o tym : co też ci ludzie w tym błocie robią..
Błoto niestety jest z gatunku tych oblepiających wszystko co się da. Większość osób niestety dość kiepsko sobie z nim radzi i co chwilę jest zsiadanie z roweru.
Zaczyna też się problem ze zbieraniem błota spod podkowy amora. Muszę co chwilę się zatrzymywać i wyciągać ręką błoto bo błoto blokuje koło.
No ale niestety pomiędzy podkową a oponą mam bardzo mało przestrzeni i to jest mój stały problem na bardzo błotnych maratonach, na który większej rady nie ma.
Ale cóż.. tak to już jest. Pocieszam się, że z tego co pamiętam z opisu trasy , błoto niebawem się skończy. Na maratonie w Krynicy w 2010 r. ten problem miałam przez 2/3 trasy, więc to tutaj to niewielki problem.
Ale pierwszy fragment trasy ( pierwsze 10 km) jedzie się bardzoooooo długo.
Podjazdy jak to powiedziała Krysia po maratonie.. syte. Nietrudne technicznie, ale siłowe, wymagające dużo samozaparcia, mozolne.
Pogoda piękna, świeci słońce, jest ciepło.
Beskid Niski.. kiedy byłam tutaj jesienią zafascynował mnie swoją odmiennością, spokojem. Podobnie jest teraz… cerkwie, przepiękne łąki pełne kwiatów, owce biegające gdzieś po zboczach, przejazdy przez niezliczone rzeczki, potoczki.
Jakaś taka sielskość…
Aż się prosi żeby robić zdjęcia… No niestety nie tym razem.
Przed bardzo długim podjazdem łąką… dochodzę jakąś dziewczynę. Nie znam jej, bo oprócz Aśki Dychtoń, Natalii Dubaj i Ani z Rzeszowa, nie znam dziewczyn z tego cyklu.
No , ale próbuję walczyć. Dziewczyna nie odpuszcza, siedzi mi na kole, potem mija. Jedziemy podczas gdy panowie obok idą.
No, a my tak sobie jedziemy. Po jakimś czasie odjeżdża mi. Wydaje mi się, że jedzie bardziej rytmicznie, z lepszą kadencją. Ja jadę, ale męczę się bardzo.
Jak się potem okazało była 3 na podium w mojej kategorii, 6 minut przede mną na mecie, a więc sporo.
Zjazd stokiem narciarskim, bardzo długi, widokowy. Przypomina mi trochę jeden ze zjazdów chyba w Głuszycy . Podobny był też o ile sobie dobrze przypominam w Istebnej. Fajny aczkolwiek trzeba zachować czujność, bo w takiej trawie łatwo o jakieś niespodzianki, a prędkość duża, więc wiadomo co może być.
Technicznie trasa nie jest trudna. Nie ma trudnych zjazdów, podjazdy w 95% podjeżdżam, wymagają dużo siły, ale nie trzeba specjalnie walczyć o zachowanie przyczepności.
Na drugim bufecie dosmarowuje łańcuch, bo trochę już świszczy. No i jadę dalej. Do mety jest już „tylko” 13 km.
Na jakieś 7 km przed metą wyjeżdżamy na asfalt z cerkiewką po prawej. Wydaje mi się, że już tędy jechałam. Pytam chłopaka obok: dobrze jedziemy, chyba już tutaj byliśmy?
On: dobrze, dobrze, to się tak zapętla, teraz już w dół asfaltem do mety.
Mówię: ok i jedziemy.
Nagle pojawia się zakręt w prawo pod górę i zaczyna się podjazd w terenie. Chłopak mówi: ha, chyba cię oszukałem.. musieli coś dołożyć.
Mówię: w porządku. Dobrze. Inaczej byłoby zdecydowanie za łatwo.
Jedziemy. Mijam jego, potem jeszcze jednego kolegę z przodu. Są zmęczeni. Nagle z daleka ktoś stojący przy dróżce krzyczy:
Wody Izo?
Myślę sobie: a skąd on mnie zna? Ja go nie znam….
Zdumienie.
Za chwilę następny krzyczy:
Wody Izo?
I wtedy uświadamiam sobie , ze chodzi o Izotonik, a nie moje imię. Uśmiecham się do siebie.
Na koniec jeszcze fajny zjazd terenowy, dość długi , gdzieś na dole stoi Amelka. Potem wyjazd na asfalt i już co sił w nogach do mety. Przed metą jest nieznaczny podjazd , tam sprężam się i na tym podjeździe mijam jakiegoś chłopaka.
Meta.
Krótko. Treściwie.
Trasa piękna widokowo. Niespecjalnie trudna, ale mnie jakoś ciężko się jechało. Mięśnie jakieś takie mało elastyczne.
Ale jest kolejny przejechany wyścig i bez przygód, upadków, awarii, a to chyba najważniejsze.
Po maratonie, jak to po maratonie. Rozmowy, makaron itd.
Kiedy stoimy z Anią czekając aż się zwolni myjka, jakiś chłopak zagaduje do nas podpytując o starty. Patrzy na mnie i pyta: a ty co w jakiejś folii jechałaś???
Myślę: Przebóg… poznał mnie z Piwnicznej!!!!! Jak to się stało?
Patrzę na niego i mówię: dlaczego w folii?
On: bo taka czysta jesteś..
Uśmiecham się mówiąc: aaa…. Bo ja już się wykąpałam.
Czekam na Krysię i Marcina ( jadą giga)
Marcin przyjeżdża, ale przywożą go strażacy… niestety złapany kapeć, urwany wentyl od dętki.. kłopoty.
Ma pecha, ale do trzech razy sztuka. Następne giga na pewno będzie jego.
I jeszcze jedna rzecz.
Krysia składa protest. Zgłasza sędziom , że jej koleżanka z trasy giga, po raz kolejny ustawia się w sektorze startowym nie przysługującym jej.
W regulaminie stoi , że to powinno być ukarane dyskwalifikacją. I tak powinno być uczynione, dla przykładu, bo to ponoć zachowania częste.
Ale koleżanka dostaje 1,5 minuty kary, kończy maraton z ilością pkt jak za zwycięstwo.
To nie tak. Do tego na forum CK wybucha burzliwa dyskusja. Posądzanie Krysi o to, ze nie potrafi przegrywać jest mocno nie na miejscu.
Nie na miejscu, bo Krysia akurat w swoim dorobku ma tyle ciężkich wyścigów, dających o wiele więcej satysfakcji niż maraton w Dukli, że ktoś kto ją zna i zna jej dorobek, myślę, ze doskonale o tym wie.
Po maratonie rozmawiamy o tym, dowiaduję się, że w mojej kategorii na mega jest też dziewczyna, która notorycznie robi to samo.
No cóż…
Tak to niestety jest jak sektory przed startem nie są w jakiś sposób ogrodzone.









Historia tego oto zdjęcia jest taka, że wpadły mi pod auto pieniądze. Niestety w takie miejsce, ze musiałam się ( jak widać sporo nagimnastykować żeby je wydostać). Kiedy się tak gimanstykowałam usłyszałam jak ktoś mówi: no tak jak się schowało tak kluczyki, to teraz trzeba szukać…
Krysia jak zobaczyła to zdjęcie powiedziała:
Można pomyśleć że przecinasz przewody hamulcowe konkurencyjnemu teamowi…
No fakt, zdjęcie dość osobliwe.
Maraton nr 39
Cyklokarpaty Dukla
dystans mega
miejsce kategoria 4
Kobiety open 6/9
Kiedy rozmawiałyśmy z Anią z Rzeszowa po maratonie, Ania powiedziała, ze maraton w Strzyżowie ( który był jej jak dotąd najcięższym przejechanym maratonem), bardzo ją wzmocnił i po tym maratonie , żaden jej już niestraszny. I że tamto doświadczenie było jej bardzo potrzebne.
A z tego co wiem ( z opowieści Krysi, która z Anią rozmawiała po tamtym maratonie), to Anię bardzo ciężko doświadczył tamten maraton.
Tak to działa. Widocznie tak to już działa, w myśl zasady „ co nas nie zabije to nas wzmocni”.
Podobne odczucie miałam po maratonie w Piwnicznej.
Kiedy stałam na starcie w Wojniczu , miałam duże obawy, jak po takiej przerwie odnajdę się na mtbowskich, maratonowych trasach. Stojąc na starcie w Piwnicznej bałam się jak odnajdę się na trudnych trasach u GG, stojąc na starcie w Dukli bałam się już tylko tego , żeby nie przytrafiła się jakaś awaria lub upadek, które uniemożliwiłyby mi dotarcie do mety.
Bo po Piwnicznej wiedziałam, że wiele jestem w stanie wytrzymać. Tamto doświadczenie bardzo mnie wzmocniło, dodało wiele wiary we własne, tegoroczne możliwości, ale też pomogło w jakimś sensie COŚ nieuchwytnego, czego dokładnie wytłumaczyć nie potrafię, odnaleźć w sobie.
Do Dukli wyruszyliśmy w 4 osobowym składzie: Krysia, Amelka ( dyżurna fotografka na CK) I Marcin. Przyjechaliśmy bardzo wcześnie.
Auto parkujemy obok Sławka Nosala. Poznajemy jego Tatę, sympatycznego Pana o bardzo wyostrzonym dowcipie ( np. kiedy Krysia piła magnez znienacka podszedł , stanowczo mówiąc: kontrola antydopingowa, do mnie podszedł z aparatem kiedy przebierałam się w aucie). Mamy dużo czasu, więc tym razem rozgrzewka jest bardzo długa.
Jak to zwykle przed maratonem, dużo rozmów ze znajomymi z różnych stron. Chociaż w tym cyklu , większość znajomych raczej z południa Polski.
Podczas rozgrzewki robimy pierwszy podjazd maratonu. Trzeba powiedzieć dość wymagający, o sporym nastromieniu. Kiedy go pokonujemy mówię do Krysi ( mając w pamięci podjazd na Obidzę w Piwnicznej): zobaczysz co tu będzie się działo… ludzie będą spadać z rowerów i będzie kłopot. Bo to zwykle jest duży kłopot jak się jedzie w takim tłumie.
Start.. staram się jechać szybko, żeby się jakoś dobrze odnaleźć przed tym pierwszym podjazdem i zająć dobrą pozycję wyjściową do ataku na szczyt, no ale że startujemy z 4 sektora, to nie jest takie proste.
Krysia na tym podjeździe idzie bardzo mocno i już jest sporo przede mną. JA staram się jechać rytmicznie żeby czasem gdzieś o kogoś nie zahaczyć i nie spaść z roweru.
No niestety .. z roweru spada ktoś przede mną i muszę bardzo się spinać, żeby zdążyć się wypiąć. Nie ma za bardzo też jak z powrotem wsiąść na rower, bo nie ma miejsca, trzeba uważać, żeby to przeze mnie tym razem ktoś nie spadł. Myślę sobie: no nie.. tutaj zaraz stoi Amelka.. ale będzie zdjęcie… jak rower prowadzę na pierwszym podjeździe…
Ale jakoś udaje się wsiąść. Macham do Amelki, która krzyczy CZEŚĆ RODZYNKI ( oj coś czuję, że to do nas przylgnie) i jadę dalej. Wkraczamy do strefy lasu i strefy błota.
Mija mnie Marcin mówiąc coś o tym : co też ci ludzie w tym błocie robią..
Błoto niestety jest z gatunku tych oblepiających wszystko co się da. Większość osób niestety dość kiepsko sobie z nim radzi i co chwilę jest zsiadanie z roweru.
Zaczyna też się problem ze zbieraniem błota spod podkowy amora. Muszę co chwilę się zatrzymywać i wyciągać ręką błoto bo błoto blokuje koło.
No ale niestety pomiędzy podkową a oponą mam bardzo mało przestrzeni i to jest mój stały problem na bardzo błotnych maratonach, na który większej rady nie ma.
Ale cóż.. tak to już jest. Pocieszam się, że z tego co pamiętam z opisu trasy , błoto niebawem się skończy. Na maratonie w Krynicy w 2010 r. ten problem miałam przez 2/3 trasy, więc to tutaj to niewielki problem.
Ale pierwszy fragment trasy ( pierwsze 10 km) jedzie się bardzoooooo długo.
Podjazdy jak to powiedziała Krysia po maratonie.. syte. Nietrudne technicznie, ale siłowe, wymagające dużo samozaparcia, mozolne.
Pogoda piękna, świeci słońce, jest ciepło.
Beskid Niski.. kiedy byłam tutaj jesienią zafascynował mnie swoją odmiennością, spokojem. Podobnie jest teraz… cerkwie, przepiękne łąki pełne kwiatów, owce biegające gdzieś po zboczach, przejazdy przez niezliczone rzeczki, potoczki.
Jakaś taka sielskość…
Aż się prosi żeby robić zdjęcia… No niestety nie tym razem.
Przed bardzo długim podjazdem łąką… dochodzę jakąś dziewczynę. Nie znam jej, bo oprócz Aśki Dychtoń, Natalii Dubaj i Ani z Rzeszowa, nie znam dziewczyn z tego cyklu.
No , ale próbuję walczyć. Dziewczyna nie odpuszcza, siedzi mi na kole, potem mija. Jedziemy podczas gdy panowie obok idą.
No, a my tak sobie jedziemy. Po jakimś czasie odjeżdża mi. Wydaje mi się, że jedzie bardziej rytmicznie, z lepszą kadencją. Ja jadę, ale męczę się bardzo.
Jak się potem okazało była 3 na podium w mojej kategorii, 6 minut przede mną na mecie, a więc sporo.
Zjazd stokiem narciarskim, bardzo długi, widokowy. Przypomina mi trochę jeden ze zjazdów chyba w Głuszycy . Podobny był też o ile sobie dobrze przypominam w Istebnej. Fajny aczkolwiek trzeba zachować czujność, bo w takiej trawie łatwo o jakieś niespodzianki, a prędkość duża, więc wiadomo co może być.
Technicznie trasa nie jest trudna. Nie ma trudnych zjazdów, podjazdy w 95% podjeżdżam, wymagają dużo siły, ale nie trzeba specjalnie walczyć o zachowanie przyczepności.
Na drugim bufecie dosmarowuje łańcuch, bo trochę już świszczy. No i jadę dalej. Do mety jest już „tylko” 13 km.
Na jakieś 7 km przed metą wyjeżdżamy na asfalt z cerkiewką po prawej. Wydaje mi się, że już tędy jechałam. Pytam chłopaka obok: dobrze jedziemy, chyba już tutaj byliśmy?
On: dobrze, dobrze, to się tak zapętla, teraz już w dół asfaltem do mety.
Mówię: ok i jedziemy.
Nagle pojawia się zakręt w prawo pod górę i zaczyna się podjazd w terenie. Chłopak mówi: ha, chyba cię oszukałem.. musieli coś dołożyć.
Mówię: w porządku. Dobrze. Inaczej byłoby zdecydowanie za łatwo.
Jedziemy. Mijam jego, potem jeszcze jednego kolegę z przodu. Są zmęczeni. Nagle z daleka ktoś stojący przy dróżce krzyczy:
Wody Izo?
Myślę sobie: a skąd on mnie zna? Ja go nie znam….
Zdumienie.
Za chwilę następny krzyczy:
Wody Izo?
I wtedy uświadamiam sobie , ze chodzi o Izotonik, a nie moje imię. Uśmiecham się do siebie.
Na koniec jeszcze fajny zjazd terenowy, dość długi , gdzieś na dole stoi Amelka. Potem wyjazd na asfalt i już co sił w nogach do mety. Przed metą jest nieznaczny podjazd , tam sprężam się i na tym podjeździe mijam jakiegoś chłopaka.
Meta.
Krótko. Treściwie.
Trasa piękna widokowo. Niespecjalnie trudna, ale mnie jakoś ciężko się jechało. Mięśnie jakieś takie mało elastyczne.
Ale jest kolejny przejechany wyścig i bez przygód, upadków, awarii, a to chyba najważniejsze.
Po maratonie, jak to po maratonie. Rozmowy, makaron itd.
Kiedy stoimy z Anią czekając aż się zwolni myjka, jakiś chłopak zagaduje do nas podpytując o starty. Patrzy na mnie i pyta: a ty co w jakiejś folii jechałaś???
Myślę: Przebóg… poznał mnie z Piwnicznej!!!!! Jak to się stało?
Patrzę na niego i mówię: dlaczego w folii?
On: bo taka czysta jesteś..
Uśmiecham się mówiąc: aaa…. Bo ja już się wykąpałam.
Czekam na Krysię i Marcina ( jadą giga)
Marcin przyjeżdża, ale przywożą go strażacy… niestety złapany kapeć, urwany wentyl od dętki.. kłopoty.
Ma pecha, ale do trzech razy sztuka. Następne giga na pewno będzie jego.
I jeszcze jedna rzecz.
Krysia składa protest. Zgłasza sędziom , że jej koleżanka z trasy giga, po raz kolejny ustawia się w sektorze startowym nie przysługującym jej.
W regulaminie stoi , że to powinno być ukarane dyskwalifikacją. I tak powinno być uczynione, dla przykładu, bo to ponoć zachowania częste.
Ale koleżanka dostaje 1,5 minuty kary, kończy maraton z ilością pkt jak za zwycięstwo.
To nie tak. Do tego na forum CK wybucha burzliwa dyskusja. Posądzanie Krysi o to, ze nie potrafi przegrywać jest mocno nie na miejscu.
Nie na miejscu, bo Krysia akurat w swoim dorobku ma tyle ciężkich wyścigów, dających o wiele więcej satysfakcji niż maraton w Dukli, że ktoś kto ją zna i zna jej dorobek, myślę, ze doskonale o tym wie.
Po maratonie rozmawiamy o tym, dowiaduję się, że w mojej kategorii na mega jest też dziewczyna, która notorycznie robi to samo.
No cóż…
Tak to niestety jest jak sektory przed startem nie są w jakiś sposób ogrodzone.

Przygotowania do maratonu© lemuriza1972

Na rozgrzewce© lemuriza1972

Na rozgrzewce z Krysią© lemuriza1972

Pierwszy podjazd maratonu© lemuriza1972

Pierwszy podjazd© lemuriza1972

Jadę© lemuriza1972

Do mety© lemuriza1972

Aśka, Piotrek, Rafał i ja© lemuriza1972

Po maratonie© lemuriza1972
Historia tego oto zdjęcia jest taka, że wpadły mi pod auto pieniądze. Niestety w takie miejsce, ze musiałam się ( jak widać sporo nagimnastykować żeby je wydostać). Kiedy się tak gimanstykowałam usłyszałam jak ktoś mówi: no tak jak się schowało tak kluczyki, to teraz trzeba szukać…
Krysia jak zobaczyła to zdjęcie powiedziała:
Można pomyśleć że przecinasz przewody hamulcowe konkurencyjnemu teamowi…
No fakt, zdjęcie dość osobliwe.

Poszukiwania© lemuriza1972
- DST 41.00km
- Teren 30.00km
- Czas 03:05
- VAVG 13.30km/h
- Sprzęt KTM
- Aktywność Jazda na rowerze
Poniedziałek, 22 lipca 2013
Rozjazd
Bardzo króciutki rozjazd ( bo nie było za dużo czasu), zakończony bufetem u Krysi i Adama.
Z tego też względu napisane relacji z Dukli, muszę chyba przełożyć na .. zdecydowanie później.
Z tego też względu napisane relacji z Dukli, muszę chyba przełożyć na .. zdecydowanie później.
- DST 16.00km
- Czas 00:43
- VAVG 22.33km/h
- Sprzęt KTM
- Aktywność Jazda na rowerze
Niedziela, 21 lipca 2013
Maraton nr 39 - Dukla, Cyklokarpaty
I TAK OTO PRZEJECHAŁAM MARATON NR 39.
Zbliżamy się do jubileuszu.
Cóż mogę napisać?
Nie padało, świeciło słońce, klocki wytrzymały do końca, napęd działał sprawnie, a mnie było ciepło.
Ot miła odmiana, która jednak nie dała, bo nie mogła z ww powodów dać tak dużej satysfakcji jak Piwniczna.
Bo jak już wielokrotnie wspominałam – im trudniejsze warunki, tym satysfakcja z ukończenia jest większa.
Wynik… hm.. taki sobie.. chociaż postęp w stosunku do Wojnicza jakiś tam widzę… więc dramatu nie ma.
W kategorii pań w wieku od lat 30 wzwyż, w której oto się plasuję w tym cyklu miejsce 4, open 6 na 9.
Chyba byłam najstarsza z tej stawki:).
Szału nie ma. Trochę mam do siebie pretensję, bo dałam odjechać koleżance z kategorii ( z miejsca 3), chociaż spory kawałek jechałyśmy razem tasując się na trasie.
Ale co tam… mam świadomość, że nie przygotowywałam się w zimie, stąd kondycja też nie taka jak powinna być i te moje starty w zawodach, w tym roku są takie niespodziewane i spontaniczne.
Myślę , więc , że jak na taki kompletny brak przygotowań, nie jest źle.
Trasa?
Widokowo piękna, naprawdę bardzo. Krótka ( 40 km), ok 1200 m przewyższenia. Jechałam 3 godz 5 minut.
Dawno tak krótkiego maratonu nie jechałam:).
Techniczne niezbyt wymagająca, zjazdy dość łatwe technicznie, chociaż miejscami niebezpieczne ( zjazd stokiem narciarskim, spora ilość dziur, więc trzeba było zachować czujność).
Podjazdy w znakomitej większości do wyjechania, ale wymagające dość sporej siły i samozaparcia..
Błoto .. na szczęście na całej długości trasy, tak wiele go nie było.
Na nieszczęście było w początkowej części trasy, to spowodowało korki, bo masa osób sobie z nim nie radziła.
Mój rower takiego błota też nie lubi. Wszystko przez podkowę amora. Między nią a oponą jest mała przestrzeń, jak błoto zbierze się pod nią i na oponie, koło się nie toczy i co chwilę trzeba to błoto wybierać.
Tak musiałam walczyć z takim błotem, przez całą trasę w Krynicy w 2010, kiedy to jechałam chyba niecałe 50 km.. 6, 5 godziny:(.
Tutaj na szczęście tylko na małym fragmencie miałam taki problem.
Mogło być lepiej.. ale nie narzekam.
Tym bardziej, ze towarzysko był to po raz kolejny bardzo udany dzień.
Znowu dużo znajomych z różnych części południowej Polski. To zawsze jest bardzo miłe, jak można porozmawiać z ludźmi.
Co dalej? Zobaczymy. Może Komańcza, może Korbielów?




ZDJĘCIE DLA SUFY

Zbliżamy się do jubileuszu.
Cóż mogę napisać?
Nie padało, świeciło słońce, klocki wytrzymały do końca, napęd działał sprawnie, a mnie było ciepło.
Ot miła odmiana, która jednak nie dała, bo nie mogła z ww powodów dać tak dużej satysfakcji jak Piwniczna.
Bo jak już wielokrotnie wspominałam – im trudniejsze warunki, tym satysfakcja z ukończenia jest większa.
Wynik… hm.. taki sobie.. chociaż postęp w stosunku do Wojnicza jakiś tam widzę… więc dramatu nie ma.
W kategorii pań w wieku od lat 30 wzwyż, w której oto się plasuję w tym cyklu miejsce 4, open 6 na 9.
Chyba byłam najstarsza z tej stawki:).
Szału nie ma. Trochę mam do siebie pretensję, bo dałam odjechać koleżance z kategorii ( z miejsca 3), chociaż spory kawałek jechałyśmy razem tasując się na trasie.
Ale co tam… mam świadomość, że nie przygotowywałam się w zimie, stąd kondycja też nie taka jak powinna być i te moje starty w zawodach, w tym roku są takie niespodziewane i spontaniczne.
Myślę , więc , że jak na taki kompletny brak przygotowań, nie jest źle.
Trasa?
Widokowo piękna, naprawdę bardzo. Krótka ( 40 km), ok 1200 m przewyższenia. Jechałam 3 godz 5 minut.
Dawno tak krótkiego maratonu nie jechałam:).
Techniczne niezbyt wymagająca, zjazdy dość łatwe technicznie, chociaż miejscami niebezpieczne ( zjazd stokiem narciarskim, spora ilość dziur, więc trzeba było zachować czujność).
Podjazdy w znakomitej większości do wyjechania, ale wymagające dość sporej siły i samozaparcia..
Błoto .. na szczęście na całej długości trasy, tak wiele go nie było.
Na nieszczęście było w początkowej części trasy, to spowodowało korki, bo masa osób sobie z nim nie radziła.
Mój rower takiego błota też nie lubi. Wszystko przez podkowę amora. Między nią a oponą jest mała przestrzeń, jak błoto zbierze się pod nią i na oponie, koło się nie toczy i co chwilę trzeba to błoto wybierać.
Tak musiałam walczyć z takim błotem, przez całą trasę w Krynicy w 2010, kiedy to jechałam chyba niecałe 50 km.. 6, 5 godziny:(.
Tutaj na szczęście tylko na małym fragmencie miałam taki problem.
Mogło być lepiej.. ale nie narzekam.
Tym bardziej, ze towarzysko był to po raz kolejny bardzo udany dzień.
Znowu dużo znajomych z różnych części południowej Polski. To zawsze jest bardzo miłe, jak można porozmawiać z ludźmi.
Co dalej? Zobaczymy. Może Komańcza, może Korbielów?

Przygotowania© lemuriza1972

Oczekiwanie© lemuriza1972

Marcin i Krysia na rozgrzewce© lemuriza1972

Krysia i ja na rozgrzewce© lemuriza1972
ZDJĘCIE DLA SUFY

Na początku podjazdu stała© lemuriza1972

Ze Sławkiem Nosalem po maratonie© lemuriza1972
- Aktywność Jazda na rowerze
Sobota, 20 lipca 2013
Dunajec i MB Mościcka
&feature=youtu.be
Dzisiaj bohaterem będzie Dunajec, bo On na to zasługuje.
Daje spokój, ciszę, wytchnienie, relaks. Uspokaja.
Egipt? Turcja? Grecja?
No pięknie, pięknie… wszędzie tam jest pięknie. Można jeździć, ale czasem warto ruszyć się te kilka kilometrów od Tarnowa, żeby zobaczyć takie cuda.
Bo miejsce , które dzisiaj fotografowałam uważam, że jest wyjątkowe.
Dunajec przy rowerowym niebieskim szlaku.
Pojechałam sobie tak rekreacyjnie, bo jutro maraton, więc dzisiaj spokojnie.
I zrobiłam kilka zdjęć.
Rower przygotowany, wszystko spakowane ( mam nadzieję, że wszystko, bo miałam sen , że zapomniałam na maraton butów), w piekarniku lasagne ze szpinakiem i suszonymi pomidorami na jutro się robi:).
A wieczorem kino, film ponoć nieco surrealistyczny ( Dziewczyna z Lilią), ale jaka to nowość, po żabie na Kokoczu niewiele rzeczy nas zaskoczy.
A jutro, jutro chyba jednak mega.
Przemyślałam sprawę i tak chyba jednak będzie lepiej, skoro w poniedziałek praca i dalszy ciąg wydawania zezwoleń strażakom osp, kierowcom karetek i wszystkim innym, którym wydać trzeba. Muszę być w formie.
Ale może jeszcze zmienię zdanie, kto wie?




I jeszcze MB Mościcka, tak ją nazwałam.
Zdjęcie zrobiłam dla Sufy. Ona jest tak olbrzymia, że naprawdę budzi respekt.
I na pewno nigdzie nie ucieknie, jak ta Twoja z kapliczki.
Stoi przed kościołem w Tarnowie Mościcach, a tam z pewnością jest monitoring.
Dzisiaj bohaterem będzie Dunajec, bo On na to zasługuje.
Daje spokój, ciszę, wytchnienie, relaks. Uspokaja.
Egipt? Turcja? Grecja?
No pięknie, pięknie… wszędzie tam jest pięknie. Można jeździć, ale czasem warto ruszyć się te kilka kilometrów od Tarnowa, żeby zobaczyć takie cuda.
Bo miejsce , które dzisiaj fotografowałam uważam, że jest wyjątkowe.
Dunajec przy rowerowym niebieskim szlaku.
Pojechałam sobie tak rekreacyjnie, bo jutro maraton, więc dzisiaj spokojnie.
I zrobiłam kilka zdjęć.
Rower przygotowany, wszystko spakowane ( mam nadzieję, że wszystko, bo miałam sen , że zapomniałam na maraton butów), w piekarniku lasagne ze szpinakiem i suszonymi pomidorami na jutro się robi:).
A wieczorem kino, film ponoć nieco surrealistyczny ( Dziewczyna z Lilią), ale jaka to nowość, po żabie na Kokoczu niewiele rzeczy nas zaskoczy.
A jutro, jutro chyba jednak mega.
Przemyślałam sprawę i tak chyba jednak będzie lepiej, skoro w poniedziałek praca i dalszy ciąg wydawania zezwoleń strażakom osp, kierowcom karetek i wszystkim innym, którym wydać trzeba. Muszę być w formie.
Ale może jeszcze zmienię zdanie, kto wie?

Jak zawsze piękny Dunajec© lemuriza1972

Kwiaty naddunajcowe© lemuriza1972

Błękitnie dzisiaj było© lemuriza1972

Taki tam widoczek© lemuriza1972
I jeszcze MB Mościcka, tak ją nazwałam.
Zdjęcie zrobiłam dla Sufy. Ona jest tak olbrzymia, że naprawdę budzi respekt.
I na pewno nigdzie nie ucieknie, jak ta Twoja z kapliczki.
Stoi przed kościołem w Tarnowie Mościcach, a tam z pewnością jest monitoring.

MB Mościcka ( nazwa własna)© lemuriza1972
- DST 24.00km
- Teren 12.00km
- Czas 01:18
- VAVG 18.46km/h
- Aktywność Jazda na rowerze
Czwartek, 18 lipca 2013
W poszukiwaniu Bozi, której szuka Sufa
Jazda stała pod wielkim znakiem zapytania, wszak trwa akcja pt wymiana zaświadczeń na zezwolenia do kierowania pojazdem uprzywilejowanym.
Nadzwyczaj sprawnie dzisiaj poszło. Brawa dla moich Dziewczyn.
Tak więc można było wyjechać.
Dzisiejsza jazda stała pod znakiem poszukiwania Bozi, której szuka SUFA.
Bo widzisz Sufa, pomyślałam sobie: nie możesz spać, jeździsz do Częstochowy, a jaką masz pewność, że Bozia nie zechciała się schronić gdzieś na wzgórzach Powiatu Tarnowskiego?
No… To my z Krysią postanowiłyśmy Ci pomóc. Ale o tym pod koniec wpisu.
17.00 zbiórka pod Biedronką i jedziemy z Krysią na Marcinkę.
Witam Krysię : Cześć Rodzynku.
Wtajemniczeni wiedzą o co chodzi. Labudu lepiej filmu niech nie rozpowszechnia, ok?:)
Jedziemy na Marcinkę. Przyjeżdżamy 10 min. przed czasem i czekamy sobie .
I takie oto rozmowy słyszymy dobrze zapowiadających się downhillowców:
Rozmowa I ( nie jestem pewna czy dobrze ją zamapiętałam)
Ej, daj ten kask.. walnę sobie w drzewo.
- Co? To myślisz, że ja kask mam po to żebyś ty sobie jeb… nim w drzewo????
- Ale głupio w nim wyglądasz…
Rozmowa druga
( dwóch chłopaków przejeżdża obok nas, przy czym jeden z nim efektwnie podnosi przednie koło)
- Ej, weź się nie popisuj, bo się wywalisz i będzie obciach przed dziewczynami…
( Krysia pocieszona tym dialogiem mówi: no.. to jednak wyglądamy jak kobiety, a nawet jak dziewczyny)
Przyjeżdża Marcin, Bracia Labudu. Proponuję czerwony pieszy na Słoną. Jedziemy. Podobno niektórzy jechali po raz pierwszy, cieszę się więc , że mogłam im coś nowego pokazać.
Na Słoną podjazdem terenowym. Wtaczamy się. Nie jest najgorzej(jak na dzień po 8 godzinach pracy).
Ze Słonej zjazd lasem. Marcin niestety omija co lepsze kawałki, jadąc szlakiem ( a trzeba z niego zboczyć).
Zjeżdżamy do Kłokowej i dalej w kierunku Wału. Proponuje „killerski” podjazd w kierunku żółtego pieszego ( z głownej drogi na Wał trzeba skręcić w prawo za tabliczką Pleśnianki – czy jakoś tak). Jest co jechać. Podobno nastromienie 16%. No daje w kość. Ale jest też przekonanie o wykonaniu kawałka solidnej, nikomu niepotrzebnej roboty:).
No i dalej jedziemy sobie w kierunku Wału żółtym szlakiem pieszym, a potem przesiadka na czarny rowerowy, tam jedziemy do Przegorzałek ( czy jakoś tam im jest). Wyjeżdżamy koło kamieniołomu, zjazd z Wału tak jak ostatnio zjeżdżałam, potem kawałek podjazdu na Lubinkę, zjazd z Lubinki lasem i przez Błonia do domu.
Tam Krzysiek niestety łapie gumę.
Solidne ( 60 km) jak na popołudnie, bardzo podjazdowe kilometry, ale co najważniejsze w świetnym towarzystwie.
No i pogoda wyśmienita, nie trzeba było brać smaru, klocków, ani butli tlenowej:).
A teraz o poszukiwaniu Bozi, której szuka Sufa ( niezorientowanych odsyłam do bloga Sufy).
Rozglądałam się i szukałam pilnie, co łatwe nie jest jak się jedzie.
No, ale chciałam Sufie zaoszczędzić szukania i kłopotów. Lepiej żeby się przygotowywał do maratonu w Korbielowie , bo jak straci za dużo sił na szukanie, to znowu gotowy z trasy zjechać:).
A Gomola i tak ma już dużo problemów, urok podobno ktoś na nich rzucił. Prezes się zamartwia. Sławek Bartnik dołączył do sprawnych inaczej , wcześniej Mamba, więc trzeba dbać o zdrowie Sufy:).
Pierwsze podejście niestety nieudane…

Ale za to drugie…. Jest strzał w dziesiątkę.
Mnie się wydaje, że to jest Ona. Jak myślisz Sufa?







Nadzwyczaj sprawnie dzisiaj poszło. Brawa dla moich Dziewczyn.
Tak więc można było wyjechać.
Dzisiejsza jazda stała pod znakiem poszukiwania Bozi, której szuka SUFA.
Bo widzisz Sufa, pomyślałam sobie: nie możesz spać, jeździsz do Częstochowy, a jaką masz pewność, że Bozia nie zechciała się schronić gdzieś na wzgórzach Powiatu Tarnowskiego?
No… To my z Krysią postanowiłyśmy Ci pomóc. Ale o tym pod koniec wpisu.
17.00 zbiórka pod Biedronką i jedziemy z Krysią na Marcinkę.
Witam Krysię : Cześć Rodzynku.
Wtajemniczeni wiedzą o co chodzi. Labudu lepiej filmu niech nie rozpowszechnia, ok?:)
Jedziemy na Marcinkę. Przyjeżdżamy 10 min. przed czasem i czekamy sobie .
I takie oto rozmowy słyszymy dobrze zapowiadających się downhillowców:
Rozmowa I ( nie jestem pewna czy dobrze ją zamapiętałam)
Ej, daj ten kask.. walnę sobie w drzewo.
- Co? To myślisz, że ja kask mam po to żebyś ty sobie jeb… nim w drzewo????
- Ale głupio w nim wyglądasz…
Rozmowa druga
( dwóch chłopaków przejeżdża obok nas, przy czym jeden z nim efektwnie podnosi przednie koło)
- Ej, weź się nie popisuj, bo się wywalisz i będzie obciach przed dziewczynami…
( Krysia pocieszona tym dialogiem mówi: no.. to jednak wyglądamy jak kobiety, a nawet jak dziewczyny)
Przyjeżdża Marcin, Bracia Labudu. Proponuję czerwony pieszy na Słoną. Jedziemy. Podobno niektórzy jechali po raz pierwszy, cieszę się więc , że mogłam im coś nowego pokazać.
Na Słoną podjazdem terenowym. Wtaczamy się. Nie jest najgorzej(jak na dzień po 8 godzinach pracy).
Ze Słonej zjazd lasem. Marcin niestety omija co lepsze kawałki, jadąc szlakiem ( a trzeba z niego zboczyć).
Zjeżdżamy do Kłokowej i dalej w kierunku Wału. Proponuje „killerski” podjazd w kierunku żółtego pieszego ( z głownej drogi na Wał trzeba skręcić w prawo za tabliczką Pleśnianki – czy jakoś tak). Jest co jechać. Podobno nastromienie 16%. No daje w kość. Ale jest też przekonanie o wykonaniu kawałka solidnej, nikomu niepotrzebnej roboty:).
No i dalej jedziemy sobie w kierunku Wału żółtym szlakiem pieszym, a potem przesiadka na czarny rowerowy, tam jedziemy do Przegorzałek ( czy jakoś tam im jest). Wyjeżdżamy koło kamieniołomu, zjazd z Wału tak jak ostatnio zjeżdżałam, potem kawałek podjazdu na Lubinkę, zjazd z Lubinki lasem i przez Błonia do domu.
Tam Krzysiek niestety łapie gumę.
Solidne ( 60 km) jak na popołudnie, bardzo podjazdowe kilometry, ale co najważniejsze w świetnym towarzystwie.
No i pogoda wyśmienita, nie trzeba było brać smaru, klocków, ani butli tlenowej:).
A teraz o poszukiwaniu Bozi, której szuka Sufa ( niezorientowanych odsyłam do bloga Sufy).
Rozglądałam się i szukałam pilnie, co łatwe nie jest jak się jedzie.
No, ale chciałam Sufie zaoszczędzić szukania i kłopotów. Lepiej żeby się przygotowywał do maratonu w Korbielowie , bo jak straci za dużo sił na szukanie, to znowu gotowy z trasy zjechać:).
A Gomola i tak ma już dużo problemów, urok podobno ktoś na nich rzucił. Prezes się zamartwia. Sławek Bartnik dołączył do sprawnych inaczej , wcześniej Mamba, więc trzeba dbać o zdrowie Sufy:).
Pierwsze podejście niestety nieudane…

Looking for... Bozia© lemuriza1972
Ale za to drugie…. Jest strzał w dziesiątkę.
Mnie się wydaje, że to jest Ona. Jak myślisz Sufa?

Chyba się odnalazła:)© lemuriza1972

" Ale o co chodzi Panowie?"© lemuriza1972

Krysia, Marcin i Krzysiek© lemuriza1972

W drodze na Wał© lemuriza1972

Trójca© lemuriza1972

Na czarnym szlaku rowerowym© lemuriza1972

Wersja z Krysią:)© lemuriza1972

W okolicach kamieniołomu na Wale© lemuriza1972
- DST 60.00km
- Teren 22.00km
- Czas 03:12
- VAVG 18.75km/h
- VMAX 60.00km/h
- HRmax 170 ( 90%)
- HRavg 140 ( 74%)
- Kalorie 1440kcal
- Sprzęt KTM
- Aktywność Jazda na rowerze
Środa, 17 lipca 2013
Leśnoradłowskie ścieżki, Wojnicz i Buczyna
Nie bardzo planowałam dzisiaj jazdę, bo myślałam, że wyjdę z pracy dużo później.
Ale wyszłam o przyzwoitej porze. Umówiliśmy się nawet z Mirkiem na krótką jazdę po Lesie Radłowskim, ale Mirek w ostatniej chwili zadzwonił, że jeszcze jest w pracy, w Krakowie.
No to wyjechałam sama.
Spokojnie, na mtbowskie ścieżki Mirka.
Pokręciłam tam trochę po lesie, ale jakoś tak mało było mi, więc pojechałam w kierunku Wojnicza. Jak już pojechałam w kierunku Wojnicza, to dojechałam do Wojnicza. Zanim dojechałam to było ściganie się z jednym panem, który jechał powoli, więc grzecznie go minęłam i jechałam sobie w takim średnim tempie 26-27 km/h. Po kilku minutach Pan mnie wyprzedził i zaczął jechać bardzo szybko. No to ja też. 34 km/h tyle pokazywał mi licznik. W końcu Pana wyprzedziłam. Wydał z siebie jakiś dziwny dźwięk. Potem zawróciłam i pojechałam z powrotem, więc nie wiem jakie były dalsze losy Pana i czy miał się z kim ścigać.
Ale dobrze jest od czasu do czasu spotkać kogoś kto chce się ścigać, bo człowiek jakoś bardziej się motywuje.
Potem przez Zakrzów w kierunku mostu na Dunajcu w Zgłobicach i w dół na szlak do Buczyny.
Na moście spotkałam Lucka. Pewnie trenował przed niedzielnym maratonem w Dukli.
Przez Buczynę do domu. Trochę błotka.
Czytałam w „Dzienniku Polskim” ( taka krakowska gazeta, w której odbyłam niezapomnianą praktykę dziennikarską po I roku studiów), artykuł o Arturze Hajzerze.
„ Gdy pytano go dlaczego chodzi w góry wysokie, żartował, że dla pieniędzy, sławy i powodzenia u kobiet.
Uważał, że dobrej, poważnej odpowiedzi nie ma.
„ Każdy góry traktuje po swojemu”.
Dobra odpowiedź..
Bardzo dobra.



Ale wyszłam o przyzwoitej porze. Umówiliśmy się nawet z Mirkiem na krótką jazdę po Lesie Radłowskim, ale Mirek w ostatniej chwili zadzwonił, że jeszcze jest w pracy, w Krakowie.
No to wyjechałam sama.
Spokojnie, na mtbowskie ścieżki Mirka.
Pokręciłam tam trochę po lesie, ale jakoś tak mało było mi, więc pojechałam w kierunku Wojnicza. Jak już pojechałam w kierunku Wojnicza, to dojechałam do Wojnicza. Zanim dojechałam to było ściganie się z jednym panem, który jechał powoli, więc grzecznie go minęłam i jechałam sobie w takim średnim tempie 26-27 km/h. Po kilku minutach Pan mnie wyprzedził i zaczął jechać bardzo szybko. No to ja też. 34 km/h tyle pokazywał mi licznik. W końcu Pana wyprzedziłam. Wydał z siebie jakiś dziwny dźwięk. Potem zawróciłam i pojechałam z powrotem, więc nie wiem jakie były dalsze losy Pana i czy miał się z kim ścigać.
Ale dobrze jest od czasu do czasu spotkać kogoś kto chce się ścigać, bo człowiek jakoś bardziej się motywuje.
Potem przez Zakrzów w kierunku mostu na Dunajcu w Zgłobicach i w dół na szlak do Buczyny.
Na moście spotkałam Lucka. Pewnie trenował przed niedzielnym maratonem w Dukli.
Przez Buczynę do domu. Trochę błotka.
Czytałam w „Dzienniku Polskim” ( taka krakowska gazeta, w której odbyłam niezapomnianą praktykę dziennikarską po I roku studiów), artykuł o Arturze Hajzerze.
„ Gdy pytano go dlaczego chodzi w góry wysokie, żartował, że dla pieniędzy, sławy i powodzenia u kobiet.
Uważał, że dobrej, poważnej odpowiedzi nie ma.
„ Każdy góry traktuje po swojemu”.
Dobra odpowiedź..
Bardzo dobra.

Leśnoradłowska mtbowska ścieżka Mirka© lemuriza1972

Dunajec z mostu w Zgłobicach© lemuriza1972

W Lesie Radłowskim© lemuriza1972

Różowy jakiś taki© lemuriza1972
- DST 42.00km
- Teren 15.00km
- Czas 01:50
- VAVG 22.91km/h
- Sprzęt KTM
- Aktywność Jazda na rowerze
Wtorek, 16 lipca 2013
Golgota, Wał, Lubinka
Polecam obejrzenie filmu. Koniecznie. Esencja kolarstwa górskiego.
I jestem dumna, że moja koleżanka Krysia ukończyła ten wyścig i to nie raz.
KTM reanimowany. Trwało to 4 godziny. Zadania podjął się Tomek, któremu jestem niezmiernie wdzięczna, że tak się zajął moim rowerem.
Trzeba było wymienić klocki, linki, wyczyścić niemalże wszystko. Jak po każdym takim wyścigu.
Myślałam , że dzisiaj nie będzie czasu na jazdę, ale jednak udało się. Nie wystarczyło czasu na 3 godzinny trening ( bo tak sobie założyłam, że dwa razy w tygodniu powinnam taki zrobić), ale niewiele krócej jechałam.
Ja i KTM dawno błota nie widzieliśmy, tak więc pojechaliśmy przez Buczynę i nad Dunajcem.
A cóż tam takie błotko, w obliczu tego co spotkało nas w sobotę? Cóż takie kałuże nad Dunajcem z ciepłą wodą przy wysokiej temperaturze.
Sama radość.
Plan był ambitny – zaczynamy od Golgoty.
W drodze na Golgotę na niebieskim naddunajcowym minął mnie jakiś szosowiec. Jak na szosowca jednak nie jechał chyba zbyt szybko, bo utrzymywałam 20 m dystans.
Pomyślałam, że skoro nie jedzie szybko jak na szosowca, niewykluczone, że na górce w Dąbrówce Szczepanowskiej dojdę i minę go.
I tak się stało. Jakoś tak wyjątkowo dobrze i bezboleśnie mi się podjechało tę górkę, minęłam go i ja skręciłam na Golgotę, on pojechał dalej.
Golgota.. cóż..
Pokazał mi ją Mirek, kiedy wybierałam się na maraton do Istebnej i powiedział: jeśli to podjedziesz, do przejedziesz Istebną.
Hm… żaden wyznacznik jednak, bo to tylko jeden podjazd, a w Istebnej podobnych jest dwa ( a jeden jest znacznie gorszy, nigdy go nie podjechałam w całości), a miedzy nimi cała masa innych, z którymi trzeba dać sobie radę. Plus niełatwe zjazdy rzecz jasna.
Ale wtedy się zawzięłam, rzecz jasna podjechałam.
Golgota powoduje, że przez chwilę odechciewa się jazdy na rowerze, pot leje się ciurkiem, nogi pedałować nie chcą, głowa wysyła sygnały: zatrzymaj się, odpocznij.
Ma dwa trudne momenty: początek i ściankę przed lasem.
Ale spokojnie da się wjechać.
Jest jednak prawie 2 km drogą kolarskiego cierpienia.
Z Golgoty na Lubinkę i ze szczytu Lubinki zjazd wąwozem, a potem znowu mozolnie pod górę w kierunku Wału.
Tam sobie „powiariowałam” i pokręciłam się dużo w górę, w dół, w górę, w dół, bo zadanie na dzisiaj to było docierać klocki.
A potem zjechałam tą samą drogą , którą podjechałam, wyjechałam na główną drogę na Lubince i do domu.
Zakwasy już odpuściły, trochę boli tylko poobdzierana noga, ale generalnie ok, nogi mnie nie bolały.
Tyle, że nie wjeżdzałam jakoś specjalnie szybko.
Widoki, zapachy, Dunajec w dole. Bezcenne.
W Błoniu spotkałam Kiszona i Adę Jarczyk. Miło było się zobaczyć. Trochę powspominaliśmy dawne maratonowe czasy.
Powoli odpuszcza pomaratonowa euforia ( uwielbiam ten stan). Myślę, że to jednak z przyczyn dla których jeździmy maratony.
Ten stan euforii, który trzyma przynajmniej dwa dni po maratonie.
Ale szykujemy się do następnego maratonu, więc miejmy nadzieję, że znowu zostanie dostarczona masa endorfin.
A na koniec umyłam Kateemka, bo skoro Tomek tak się wczoraj starał, to szkoda niweczyć ten trud.
No a ubrudził mi się dzisiaj znowu…

Tarnowskie okolice© lemuriza1972

Tarnowskie okolice 2© lemuriza1972
- DST 48.00km
- Teren 8.00km
- Czas 02:36
- VAVG 18.46km/h
- HRmax 170 ( 90%)
- Sprzęt KTM
- Aktywność Jazda na rowerze
Niedziela, 14 lipca 2013
Pomaratonowy rozjazd
Obudziłam się o 6 rano z wielkim, pomigrenowym bólem głowy. Było ciężko "zwlec" się z łóżka, ale pomogła solpadyna.
Pół dnia prania tego co brudne po wczoraj. Potem z rowerem na myjkę. Ledwie dojechałam. Tak rzędził, płakał, piszczał, że całe Mościce chyba go słyszały.
Manetki nie działają. Hamulców nie ma, tarcza z tyłu skrzwiona.
Biedny on, ale mój ci on, więc zadbam o niego.
Już jest umyty, reszta później.
Dzisiaj cały dzień jem. Coś zjem i za 10 min jestem głodna. Musiało wczoraj "wyjść" masę kalorii.
Rano brzydko, a po południu zrobiła się piękna , słoneczna pogoda.
Zrobiłam więc rozjazd pomaratonowy. Dzisiaj z Tomkiem. Płasko, bo na żadne góry nie miałabym pewnie zbyt wiele siły.
Mimochodem jakoś tak, wyszło ponad 50 km. I tak mimochodem przekroczyłam dzisiaj liczbę 3 tys przejechanych km w tym roku.
na koniec pojechaliśmy na gofry do Kudelskiego. Cały dzień chodziły za mną niezdrowe, wysokokaloryczne gofry. A co.. po takim wysiłku jak wczoraj - należy się.
I to by było na tyle. Idę spać, bo w końcu kiedyś trzeba się wyspać.
Pół dnia prania tego co brudne po wczoraj. Potem z rowerem na myjkę. Ledwie dojechałam. Tak rzędził, płakał, piszczał, że całe Mościce chyba go słyszały.
Manetki nie działają. Hamulców nie ma, tarcza z tyłu skrzwiona.
Biedny on, ale mój ci on, więc zadbam o niego.
Już jest umyty, reszta później.
Dzisiaj cały dzień jem. Coś zjem i za 10 min jestem głodna. Musiało wczoraj "wyjść" masę kalorii.
Rano brzydko, a po południu zrobiła się piękna , słoneczna pogoda.
Zrobiłam więc rozjazd pomaratonowy. Dzisiaj z Tomkiem. Płasko, bo na żadne góry nie miałabym pewnie zbyt wiele siły.
Mimochodem jakoś tak, wyszło ponad 50 km. I tak mimochodem przekroczyłam dzisiaj liczbę 3 tys przejechanych km w tym roku.
na koniec pojechaliśmy na gofry do Kudelskiego. Cały dzień chodziły za mną niezdrowe, wysokokaloryczne gofry. A co.. po takim wysiłku jak wczoraj - należy się.
I to by było na tyle. Idę spać, bo w końcu kiedyś trzeba się wyspać.
- DST 54.00km
- Teren 10.00km
- Czas 02:32
- VAVG 21.32km/h
- Sprzęt Kellys Magnus
- Aktywność Jazda na rowerze