Niedziela, 14 lipca 2013
Piwniczna - relacja czyli nigdy nie wierz kobiecie:)
&feature=youtu.be
Maraton nr 38
Piwniczna MTB MARATHON
miejsce w kategorii: 1 ( k4)
miejsce open: 214
czas ( dramatyczny:)): 6 godz. 12 minut

Żadna nawet, najlepsza opowieść, żadne słowa.. nie oddadzą moich odczuć, moich emocji, stanu mojego ducha i ciała na tej trasie.
Zaczynam pisać ze świadomością, że to zapewne będzie bardzo długa relacja, więc jeśli ktoś dotrwa do jej końca – ogromnie gratuluję. Być może przez chwilę poczuje się tak jakby jechał ze mną ten maraton.
Prognozy na tę sobotę, sobotę 13 lipca, optymistyczne nie były.
Bałam się tego maratonu, bo powrót na golonkowe trasy po dwóch latach, to niemalże jak debiut. Gdybym wiedziała w jakich warunkach przyjdzie mi zmierzyć się z tą trasą… bałabym się jeszcze bardziej.
Dodatkowo nieco paraliżowała mnie myśl, że przyszły tydzień w pracy będę mieć bardzo ciężki i bardzo ważny, więc jakikolwiek wypadek eliminujący mnie z zawodowego życia, to byłaby katastrofa.
A tuż przed startem spotykam Monię Brożek ( a właściwie już PODOS) I Monia mówi: chyba nie wystartujemy z Mateuszem, bo przypomina się nam Zabierzów…
Można jechać jak pada. Można jechać jak jest zimno, ale jak pada i jest zimno, to nie…
Mówię: no ja też z Zabierzowa nie mam dobrych wspomnień ( skręcona noga).
Do Piwnicznej ruszamy w 4 osobowym składzie: Krysia, Marcin ( debiutant na giga) i Staszek debiutant absolutny jeśli chodzi o maratony. Wielki szacunek dla chłopaków, że nie przestraszyli się pogody i jednak na trasę wyjechali.
Padało całą noc, pada całą drogę do Piwnicznej ( Krysia mówi: to jest trasa odporna na deszcz).
Ale tuż przed Piwniczną jakby trochę przestaje. Wysiadamy z aut w Kosarzyskach ( bo tam jest start właściwie , a nie w Piwnicznej)… jest przeraźliwie zimno.
Staram się za dużo nie myśleć… bo wszystko przemawia za tym, żeby dać sobie spokój. Iść do restauracji w hotelu, usiąść przy kominku z ciepłą herbatą w dłoni ( skądinąd jak byłam w nim w maju na szkoleniu też było tak zimno i palił się kominek).
Bardzo dużo znajomych ( miło). Niektórzy jak mnie widzą to co najmniej jakby ufoludka zobaczyli, a przecież pomimo tego, że 2 lata mnie nie było, to wciąż jeżdżę na rowerze:).
Ale generalnie miłe słowa pt : no wreszcie… ( Adam z Katowic np), powitania itd.
Długo ociągam się z przebieraniem w ciuchy kolarskie, bo jest bardzo zimno. W końcu po stracie giga, mówię do Staszka: no nie ma wyjścia, trzeba się przebrać.
Ale aż do 10.45 nie wychodzę z auta, tym bardziej, że zaczyna padać. Efekt jest taki, że rozgrzewka prawie zerowa, ot dwa razy podjechanie kilkaset metrów podjazdu. Spotykam Anię Suś i mówię: chyba mnie porypało… ( słownictwo byle jakie, ale oddaje mój stan ducha a tamtym momencie).
Ania: mnie też..
Stoimy w sektorze. Przed nami Mariusz Lajkonik - Topór z młodzieżą. Pada coraz mocniej, któryś młody od Mariusza mówi:
Nie ma co.. fajny sposób na spędzanie wakacji…
Myślę: nie ma co fajny sposób na spędzanie weekendu, po tygodniu harówki…
Zimnoooooo…. Trzęsę się… z nadzieją, że zaraz przestanie być zimno…. Bo na dzień dobry jest bardzo mocno pod górę, ok kilometrowy podjazd na Obidzę.
Patrząc na warunki pogodowe, myślę sobie: żadnych szaleństw – jadę spokojnie, głównie na zjazdach, bo przy takiej pogodzie, łatwo będzie sobie coś uszkodzić.
No to jedziemy. Na młynku. Pomimo braku rozgrzewki dość dobrze mi się jedzie. Mijam Pawła Przybyło, mijam Anię Suś. Jadę. Nagle ktoś przede mną, mija mnie i zajeżdża mi drogę, a że nie ma ten chojrak sił żeby dostatecznie szybko jechać do góry – wjeżdżam w jego oponę ( zbyt duży tłok żebym mogła go ominąć) i…. nie wypinam się z lewego spd i lecę na bok.
No tak.. mam od kilku dni nowe pedały , nowe bloki. Pedały zbyt mocno były skręcone, ale w piątek je „poluzowałam” i wydawało mi się, że jest ok. Nie było i to znacznie mi utrudniło jazdę. Szkoda, że póki jeszcze dłonie nie odmawiały mi posłuszeństwa , nie zatrzymałam się i ich nie poluzowałam, oszczędziłabym sobie kilku bardzo śmiesznych gleb.
Ale im dalej w trasę tym bardziej zatrzymanie się ( chociażby na chwilę) groziło całkowitym zamarznięciem.
Przez ten upadek , mija mnie i Paweł i Ania, Staszek i dużo innych osób. Ale jadę znowu dość dobrze i znowu mijam i Pawła i Anię. Podjazd wymaga dość dużego „spięcia się” , ponieważ jest momentami stromy. Kiedy wjeżdżamy do lasu, robi się okropnie zimnooooooo….
A ja mam rękawiczki z krótkimi palcami ( innych nie posiadam niestety, bo zgubiłam w ub roku w górach, a nowych się nie dorobiłam). Jest bardzo zimnooooooo…. Wtedy pojawiają się pierwsze myśli pt zawróć, jeszcze jest niedaleko do mety. Z naprzeciwka jedzie Sufa z jakimś kolegą i jeden mówi do drugiego: nie jadę, pierd….. Paweł, który akurat jedzie obok mnie mówi: Sufa się wycofuje, będzie rzeźnia.
Faktycznie… to widać po wjeździe do lasu… błoto, błoto, błoto, a deszcz sobie pada cały czas….
Zimnoooooo…. Matko jedyna, jak zimno. Do tego wieje wiatr, który powoduje, że jeszcze z drzew leci fontanna wody.
Woda z góry, woda od dołu… błoto do oczu…
Gdzieś na podjeździe zaliczam kolejny upadek z powodu spda, bo jakiś ktoś przede mną spada z roweru, a ja nie mogę się wypiąć i ryp… co śmieszniejsze, rower mnie „przygniata” i nie mogę wstać, bo noga cały czas w pedale. Kolega – winowajca podchodzi, pomaga mi wstać, podaje rękę, przeprasza.
Jest zimnooooo… bardzo, bardzo zimno i nie wiem co będzie dalej. Dojeżdża do mnie Ania, mówiąc: Iza , ale masz formę!
Myślę sobie: dobre żarty, gdzie ona tę formę dojrzała ?
No ale…
Jedziemy dość spory kawałek gdzieś obok siebie. Robi się odrobinę cieplej bo są podjazdy, z którymi radzę sobie dobrze ( a wiele osób schodzi z rowerów). To budujące.
Dojeżdża Staszek .
Pierwsze zjazdy, na których ja nieco lepiej sobie radzę i jestem w przodzie przez kilka dobrych kilometrów. Zjazdy idą mi dość dobrze, ale kiedy w pewnym momencie opona jest już oblepiona masakrycznie błotem , widząc jak ludzie padają jak muchy, schodzę na nieco trudniejszym zjeździe z roweru – nie chcę ryzykować.
Staszek mówi- byłem pewien , że będziesz jechać. No może i bym jechała , gdyby nie świadomość, że w poniedziałek MUSZĘ być w pracy.
I znowu jest mi bardzo, bardzo zimnoooo.. a na domiar złego czuję, że klamka tylnego hamulca coraz bardziej luźna, coraz bliżej kierownicy… Wiem co to oznacza. Myślę o tym z niepokojem i od tamtej pory zaczyna się jakaś taka bardzo asekuracyjna jazda. Jazda bez luzu psychicznego. Tak bym to określiła. Mam w pamięci Gorlice i wiem czym grozi utrata hamulców ( całkowita utrata) – nieukończeniem maratonu.
Ale pocieszam się tym, że przecież przód – to nowiutkie klocki xtra, a hamulce mam zalepione izolatką, więc może tak źle nie będzie. Może ten przedni wytrzyma.
Wczoraj rzecz jasna sprawdzałam ten tył i było sporo klocków jeszcze, a przy tym nikt nie spodziewał się takiego błota i aż takiego deszczu. Miała być trasa odporna na deszcz.
Bo błoto, albo błotna maź jest wszędzie. To nie jest błoto z serii tych, które były w Krynicy w 2010 r, które tak oblepia opony, że nie da się jechać, ale i tak bardzo utrudnia jazdę, która jest przez to znacznie trudniejsza i wolniejsza i bardziej wyczerpująca. Powiem tak: gdyby nie było tak zimno, to to błoto pewnie sprawiłoby mi frajdę.
Ale to zimno.. dodatkowo nie pomagało mięśniom. Jestem przemoczona, w butach chlupie woda.. oczy zalewa woda ( nie wzięłam okularów bo to się mijało z celem), na zjazdach błoto wpada do oczu.
Na zjeździe przed podjazdem w kierunku Wlk. Rogacza spotykam znowu Staszka. Ja jadę już te zjazdy mocno asekuracyjnie i to był chyba błąd. Asekuracyjnie, bo ciągle w głowie mam, ze stracę hamulce.
No, ale właśnie… to przecież odwrotnie powinno być – powinnam nie hamować nadmiernie.
Cóż umysł w takich warunkach chyba też nieco szwankuje, podobnie jak rower. Widziałam pod koniec trasy chłopaka i dziewczynę. On ją prowadził, ona szła jak zombi, jakby nie kontaktowała zupełnie… on ją przekonywał, że musi iść dalej, bo przecież muszą dojść.
Zaczyna się podjazd i chwilę rozmawiamy ze Staszkiem. Mówi, ze tak mu było zimno na początku, że chciał się wycofać. Ja mówię, że mam już kłopot z jednym hamulcem ( bo wtedy tyłu już prawie nie ma), więc jeśli pójdzie mi drugi, to niech cierpliwie czekają na mnie na mecie, bo będę szła.
Podjazd… to jest 5 czy 6 km, niesamowicie masakrujący psychicznie podjazd. Niby nic. Szuter, więc technicznie łatwo… ale zakręt za zakrętem i kiedy wydaje ci się, ze to już koniec zza następnego zakrętu wyłania się znowu ściana… i tak ciągle i ciągle.
Jadę spokojnie. Widzę przed sobą Anię, ale nawet nie próbuje jej gonić, bo wiem, że na zjazdach i tak jej nie dam rady przez te hamulce.
No i niestety obraz przed oczami się rozmazuje i już wiem nadchodzi.. migrena. Moja „wysiłkowa „ zmora".Pytanie ile "aura" będzie trzymać, pół godziny, godzinę?Trzyma jakieś pół. No i pytanie: jak bardzo mi to osłabi organizm, bo czasem jest tak, ze zaraz zaczyna mnie bardzo boleć głowa i siły mnie opuszczają. Myślę sobie: niech już minie ta aura, to dam sobie radę, bo nie czuję się zmęczona, pojadę dalej.
Jadę… ludzie przede mną rozmazani… staram się nie patrzeć na nich, tylko na przednie koło, wtedy jakoś lepiej się czuję.
Kończy się podjazd i zaczyna się seria zjazdów. A ja niewiele widzę. No, ale jadę ostrożnie. To też znacznie czas mojego przejazdu wydłużyło niestety.
Kiedy jedziemy w kierunku Przehyby, znowu zaczyna mi być okropnie zimnoooooooo….. Tak bardzo zimno, że z niepokojem myślę czy dam radę dojechać do końca, bo to dopiero połowa trasy. Dojeżdża do mnie jakiś chłopak z teamu Adama z Katowic.
Nie mam już całkowicie tylnego hamulca. Jedziemy razem, zdecydowanie lepiej chyba radzę sobie na zjazdach. On mówi, że jest mu tak zimno, że zawróciłby , ale nie wie gdzie. Ja mówię, że wiem jak dojechać do mety, na skróty…. Ale jakoś pomimo tego zimna , jednak nie myślę o odwrocie.
Jadę, ale z coraz mniejszą werwą ( nie z braku sił bo czuję, ze tego dnia naprawdę były), ale z tego niepokoju spowodowanego brakiem hamulca i zimnem.
Wtedy myślę o himalaistach: Nadludzie. Jak oni wytrzymują te temperatury?
Mnie jest już tak zimno, że nawet zimą w Tatrach chyba tak nie marzłam.
Chcę mi się płakać, dosłownie mam ochotę usiąść i sobie popłakać, bo nie wiem co mam z sobą zrobić. Wiem, że jestem już zbyt daleko do mety. Żadnego skrótu innego nie znam. Mapy nie mam, więc muszę jechać dalej….
Poza tym… tak po prostu zejść z trasy…? Już to kiedyś przeżyłam w Gorlicach, kiedy na 10 km przed metą s powodu braku klocków , nie mogłam już jechać.
Było mi strasznie przykro potem… strasznie. Było mi żal tych przejechanych już 70 km.
Łańcuch zaczyna zaciągać, a ja smar zostawiłam w .. aucie. Błąd, ale błąd „zapominalski”, bo w takich warunkach smar zawsze wożę w kieszonce. Wiem, jak bardzo się przydaje.
Dłonie są zgrabiałe, nie mogę zmieniać przerzutek.. nie mogę wyjąć żela z kieszonki.
Bufet. Kolega z Katowic bierze od obsługi czarny worek na śmieci, robi dziury na głowę i ramiona i zakłada na siebie. Pytam: czy to pomoże? On mówi, zawsze to będzie cieplej.
Zakładam worek i jadę dalej.
Worek wygląda szalenie efektownie ( jestem żywą reklamą ustawy śmieciowej haha), ale.. to on uratował mi życie. Bo miałam już moment na trasie, że po raz pierwszy w życiu myślałam: nie jadę, usiądę, niech się dzieje co chce. Tylko co by to dało?
Wczoraj w Piwnicznej było jak w Tatrach w zimie. Albo idziesz, albo … no właśnie. Kolega z Katowic mówi: chyba będę pierwszą ofiarą zamarznięcia w lipcu.
Na górze było 7 stopni, co to znaczy na zjazdach przy przemoczonych ciuchach, padającym deszczu?
Wiecie chyba.
Jedziemy. Mnie znowu napęd odmawia posłuszeństwa, kolega i jeszcze ktoś odjeżdżają mi pod górę. Mam ochotę krzyczeć: chłopaki nie zostawiajcie mnie tutaj… Proszę…..
Bo tak naprawdę ogromnie się boję czy ja to przetrwam. Czy mój organizm to zimno wytrzyma.
Ale worek zdaje egzamin. Robi się cieplej. I po co te wszystkie drogie , kolarskie ciuszki?:).
No i dalej jadę sobie walcząc z napędem i martwiąc się o hamulce. Jeszcze gdzieś wcześniej spotykam Mikiego z Rowerowania. Robi odwrót w kierunku mety, a do mnie krzyczy: dawaj, dawaj...
Jadę spokojnie, napęd na wiele nie pozwala. Myślę już tylko o dotarciu do mety, nic innego się nie liczy.
Ok 40 km przestaje mi działać i licznik i przedni hamulec. Od tamtego momentu można powiedzieć, że już tylko idę. Nie da rady jechać pod górę, nie da rady zjeżdżać. Kto kiedykolwiek stracił hamulce tak całkowicie, do blach, wie co to oznacza. Rower jest po prostu jak hulajnoga.
Jeszcze trochę próbuję, ale powtarzają się Gorlice. Rower wpada w taką prędkość, że z trudem hamuję nogą i jakoś się zatrzymuje.
Gdzieś w okolicach Białej Wody ( jakie cudne byłyby widoki gdyby była piękna pogoda!), pytam kogoś który jest km. „ 43 , jeszcze moment i będzie meta” . Myślę sobie: kolego, chyba nigdy nie jechałeś u Golonki… Ten moment może się ciągnąć w nieskończoność… U GG ostatnie km przed metą są zwykle najtrudniejsze.
Dla mnie wyjątkowo. Zjazdy, które spokojnie bym zjeżdżała, jestem zmuszona isć. O podjeżdżaniu nie ma mowy, co zrobię parę ruchów korbą, łańcuch zaciąga.
Jak zazdroszczę ludziom , którzy mogą jeszcze zjeżdżać…, bo wielu zjeżdżą.
Jakie to przykre, jak Cię tyle osób mija, a ty nic nie możesz zrobić…
No to idę…. Po jakimś czasie w końcu zaczyna być słychać spikera na mecie, ale kiedy zdarza się jakiś prześwit między drzewami widzę jak strasznie w dole jest Sucha Dolina. Co to oznacza? Ano to, że do mety mam bardzo w dół.I długo w dół.
Schodził ktoś z rowerem na bardzo stromym, błotnym zjeździe, kiedy rower nie ma hamulców?
Wiecie jak to jest? Rower ciągnie was w dół, trzeba użyć dużo siły żeby go utrzymać. Wyrywa się niczym chart:). Najlepiej byłoby go wziąć na plecy, ale tyle kilometrów , nie dałabym rady.
Ot co. Mam na szczęście towarzysza niedoli. Idzie obok mnie jakiś też pozbawiony hamulców i mówi, że w prawdziwym maratonie nie startował od 2006r. bo po drodze były tylko jakieś Langi, Mazovie. I że niezły moment sobie wybrał. No.. całkiem jak ja. No i tak sobie idziemy, jest raźniej, ale kiedy widzę tabliczkę 1 km do mety wzdycham ciężko…
1 km w dół po błocie, w butach z blokami na nogach… niezbyt fajna perspektywa. No ale idę, co mam zrobić.
No i wreszcie schodzimy w okolice mety, tam zaczyna się podjazd, nawet nie wsiadam na rower, bo wiem co będzie .. napęd nie zadziała.
Strażacy mówią do mnie: czemu pani nie jedzie?
Pokazuję na rower i mówię: on nie chce….
No i odchodzę do mety, całkiem dziarsko jak na 50 km w nogach przy takiej pogodzie. Po raz pierwszy dochodzę , a nie dojeżdżam do mety.
Ufffff….. jest godzina 17:12… Wystartowaliśmy o 11.
Masakra… ale w sumie nawet nie wiem kiedy minęło te ponad 6 godzin w siodełku.
Początkowo jestem zła.. ale potem ta złość ustępuje radości. Jestem z siebie dumna, że w takich warunkach, z tak nie działających sprzętem , nie odpuściłam, a doczołgałam się do tej mety.
Ktoś może pomyśli: głupota…. A ja mam na ten temat swoje zdanie i wiem, że są tacy, którzy mnie zrozumieją.
Bo satysfakcja z ukończenia takiego maratonu jest dużo większa niż po przejechaniu maratonu przy dobrej pogodzie nawet z najlepszym wynikiem.
Nawet nie sprawdzałam wyników, bo cóż tu sprawdzać, jak tyle osób mnie minęło kiedy sobie szłam… Mam nawet obawy czy nie jestem ostatnia w open.
Potem okazało się, że w swojej starszawej kategorii K4 byłam… pierwsza. Ot niespodzianka. Taki dramatyczny czas….
No, ale żaden to powód do chwały, bo wśród kobiet open to jestem gdzieś na szarym końcu. Nieistotne. Nie o to chodzi.
Wiem, że siły były, wiem, że zniszczyła mnie pogoda i nie działający sprzęt, ale wiem też jedno : dotarłam do mety w okolicznościach przyrody takich.. ze wielu pękło i się wycofało.
Przejechałam znowu maraton w górach, a przejechanie maratonu w górach to są hm... jakby to powiedzieć.. ? to są jakieś wyższe odczucia.
Ja wiem, na każdym maratonie można się zmęczyć, ale dopiero maraton w górach daje mi pełnię satysfakcji.
I jeszcze słowo o moich towarzyszach, bo zasługują.
Staszek dojechał na metę cało i zdrowo z niezłym czasem. Brawo!
Krysia jechała giga 8 godzin, zmagając się z awariami, a ok 25 km jechała na kapciu, bo najpierw złapała kapcia, potem przy zakładaniu dętki uszkodziła wentyl.
Wielki, wielki szacunek.
Marcin objechał trasę giga i tylko nieznaczne pomylenie trasy spowodowało, że ma dnf, bo nie wjechał na metę. Może się jednak czuć moralnym zwycięzcą.
My z Krysią cóż… jechałyśmy bardzo długo: Krysia wyrobiła całą dniówkę. Mnie też niewiele brakło.
Czyli jak to mawiał Tomek Kowalski: wykonałyśmy kawał dobrej,solidnej, nikomu niepotrzebnej roboty:).
A skąd taki tytuł wpisu? Jest taka piosenka , chyba Budka Suflera śpiewa: Nigdy nie wierz kobiecie…
No… po pierwsze Krysia przekonywała nas o odporności trasy na deszcz…
Jadąc potem i przedzierając się przez to błoto, myślałam o tym z ironicznym uśmieszkiem na twarzy.
Po drugie: Marcin pytał mnie, jak się ubrać…
Kiedy proponował zestaw koszulka z długim rękawem i bluza na to, powiedziałam: nie! Będzie Ci za gorąco.
Myślałam o nim potem też jadąc, że marznie… przeze mnie.
Puenta...
Puentą niech będzie to, że wracając do domu i zatrzymując się na stacji benzynowej na hot dogi byliśmy w tak wyśmienitych humorach, że obsługa stacji nie bardzo wiedziała o co chodzi…
I puentą niech będą również słowa Staszka:
Najlepsza była Iza. Przyjechała i mówi: nie, no nie… już nie. Takich maratonów już nie. Nie będę jechać…
Minęło 15 minut, Iza pyta się Marcina
- To kiedy jest ta Dukla?
( Dukla – maraton w Cyklokarpatach)



Maraton nr 38
Piwniczna MTB MARATHON
miejsce w kategorii: 1 ( k4)
miejsce open: 214
czas ( dramatyczny:)): 6 godz. 12 minut

Start© lemuriza1972
Żadna nawet, najlepsza opowieść, żadne słowa.. nie oddadzą moich odczuć, moich emocji, stanu mojego ducha i ciała na tej trasie.
Zaczynam pisać ze świadomością, że to zapewne będzie bardzo długa relacja, więc jeśli ktoś dotrwa do jej końca – ogromnie gratuluję. Być może przez chwilę poczuje się tak jakby jechał ze mną ten maraton.
Prognozy na tę sobotę, sobotę 13 lipca, optymistyczne nie były.
Bałam się tego maratonu, bo powrót na golonkowe trasy po dwóch latach, to niemalże jak debiut. Gdybym wiedziała w jakich warunkach przyjdzie mi zmierzyć się z tą trasą… bałabym się jeszcze bardziej.
Dodatkowo nieco paraliżowała mnie myśl, że przyszły tydzień w pracy będę mieć bardzo ciężki i bardzo ważny, więc jakikolwiek wypadek eliminujący mnie z zawodowego życia, to byłaby katastrofa.
A tuż przed startem spotykam Monię Brożek ( a właściwie już PODOS) I Monia mówi: chyba nie wystartujemy z Mateuszem, bo przypomina się nam Zabierzów…
Można jechać jak pada. Można jechać jak jest zimno, ale jak pada i jest zimno, to nie…
Mówię: no ja też z Zabierzowa nie mam dobrych wspomnień ( skręcona noga).
Do Piwnicznej ruszamy w 4 osobowym składzie: Krysia, Marcin ( debiutant na giga) i Staszek debiutant absolutny jeśli chodzi o maratony. Wielki szacunek dla chłopaków, że nie przestraszyli się pogody i jednak na trasę wyjechali.
Padało całą noc, pada całą drogę do Piwnicznej ( Krysia mówi: to jest trasa odporna na deszcz).
Ale tuż przed Piwniczną jakby trochę przestaje. Wysiadamy z aut w Kosarzyskach ( bo tam jest start właściwie , a nie w Piwnicznej)… jest przeraźliwie zimno.
Staram się za dużo nie myśleć… bo wszystko przemawia za tym, żeby dać sobie spokój. Iść do restauracji w hotelu, usiąść przy kominku z ciepłą herbatą w dłoni ( skądinąd jak byłam w nim w maju na szkoleniu też było tak zimno i palił się kominek).
Bardzo dużo znajomych ( miło). Niektórzy jak mnie widzą to co najmniej jakby ufoludka zobaczyli, a przecież pomimo tego, że 2 lata mnie nie było, to wciąż jeżdżę na rowerze:).
Ale generalnie miłe słowa pt : no wreszcie… ( Adam z Katowic np), powitania itd.
Długo ociągam się z przebieraniem w ciuchy kolarskie, bo jest bardzo zimno. W końcu po stracie giga, mówię do Staszka: no nie ma wyjścia, trzeba się przebrać.
Ale aż do 10.45 nie wychodzę z auta, tym bardziej, że zaczyna padać. Efekt jest taki, że rozgrzewka prawie zerowa, ot dwa razy podjechanie kilkaset metrów podjazdu. Spotykam Anię Suś i mówię: chyba mnie porypało… ( słownictwo byle jakie, ale oddaje mój stan ducha a tamtym momencie).
Ania: mnie też..
Stoimy w sektorze. Przed nami Mariusz Lajkonik - Topór z młodzieżą. Pada coraz mocniej, któryś młody od Mariusza mówi:
Nie ma co.. fajny sposób na spędzanie wakacji…
Myślę: nie ma co fajny sposób na spędzanie weekendu, po tygodniu harówki…
Zimnoooooo…. Trzęsę się… z nadzieją, że zaraz przestanie być zimno…. Bo na dzień dobry jest bardzo mocno pod górę, ok kilometrowy podjazd na Obidzę.
Patrząc na warunki pogodowe, myślę sobie: żadnych szaleństw – jadę spokojnie, głównie na zjazdach, bo przy takiej pogodzie, łatwo będzie sobie coś uszkodzić.
No to jedziemy. Na młynku. Pomimo braku rozgrzewki dość dobrze mi się jedzie. Mijam Pawła Przybyło, mijam Anię Suś. Jadę. Nagle ktoś przede mną, mija mnie i zajeżdża mi drogę, a że nie ma ten chojrak sił żeby dostatecznie szybko jechać do góry – wjeżdżam w jego oponę ( zbyt duży tłok żebym mogła go ominąć) i…. nie wypinam się z lewego spd i lecę na bok.
No tak.. mam od kilku dni nowe pedały , nowe bloki. Pedały zbyt mocno były skręcone, ale w piątek je „poluzowałam” i wydawało mi się, że jest ok. Nie było i to znacznie mi utrudniło jazdę. Szkoda, że póki jeszcze dłonie nie odmawiały mi posłuszeństwa , nie zatrzymałam się i ich nie poluzowałam, oszczędziłabym sobie kilku bardzo śmiesznych gleb.
Ale im dalej w trasę tym bardziej zatrzymanie się ( chociażby na chwilę) groziło całkowitym zamarznięciem.
Przez ten upadek , mija mnie i Paweł i Ania, Staszek i dużo innych osób. Ale jadę znowu dość dobrze i znowu mijam i Pawła i Anię. Podjazd wymaga dość dużego „spięcia się” , ponieważ jest momentami stromy. Kiedy wjeżdżamy do lasu, robi się okropnie zimnooooooo….
A ja mam rękawiczki z krótkimi palcami ( innych nie posiadam niestety, bo zgubiłam w ub roku w górach, a nowych się nie dorobiłam). Jest bardzo zimnooooooo…. Wtedy pojawiają się pierwsze myśli pt zawróć, jeszcze jest niedaleko do mety. Z naprzeciwka jedzie Sufa z jakimś kolegą i jeden mówi do drugiego: nie jadę, pierd….. Paweł, który akurat jedzie obok mnie mówi: Sufa się wycofuje, będzie rzeźnia.
Faktycznie… to widać po wjeździe do lasu… błoto, błoto, błoto, a deszcz sobie pada cały czas….
Zimnoooooo…. Matko jedyna, jak zimno. Do tego wieje wiatr, który powoduje, że jeszcze z drzew leci fontanna wody.
Woda z góry, woda od dołu… błoto do oczu…
Gdzieś na podjeździe zaliczam kolejny upadek z powodu spda, bo jakiś ktoś przede mną spada z roweru, a ja nie mogę się wypiąć i ryp… co śmieszniejsze, rower mnie „przygniata” i nie mogę wstać, bo noga cały czas w pedale. Kolega – winowajca podchodzi, pomaga mi wstać, podaje rękę, przeprasza.
Jest zimnooooo… bardzo, bardzo zimno i nie wiem co będzie dalej. Dojeżdża do mnie Ania, mówiąc: Iza , ale masz formę!
Myślę sobie: dobre żarty, gdzie ona tę formę dojrzała ?
No ale…
Jedziemy dość spory kawałek gdzieś obok siebie. Robi się odrobinę cieplej bo są podjazdy, z którymi radzę sobie dobrze ( a wiele osób schodzi z rowerów). To budujące.
Dojeżdża Staszek .
Pierwsze zjazdy, na których ja nieco lepiej sobie radzę i jestem w przodzie przez kilka dobrych kilometrów. Zjazdy idą mi dość dobrze, ale kiedy w pewnym momencie opona jest już oblepiona masakrycznie błotem , widząc jak ludzie padają jak muchy, schodzę na nieco trudniejszym zjeździe z roweru – nie chcę ryzykować.
Staszek mówi- byłem pewien , że będziesz jechać. No może i bym jechała , gdyby nie świadomość, że w poniedziałek MUSZĘ być w pracy.
I znowu jest mi bardzo, bardzo zimnoooo.. a na domiar złego czuję, że klamka tylnego hamulca coraz bardziej luźna, coraz bliżej kierownicy… Wiem co to oznacza. Myślę o tym z niepokojem i od tamtej pory zaczyna się jakaś taka bardzo asekuracyjna jazda. Jazda bez luzu psychicznego. Tak bym to określiła. Mam w pamięci Gorlice i wiem czym grozi utrata hamulców ( całkowita utrata) – nieukończeniem maratonu.
Ale pocieszam się tym, że przecież przód – to nowiutkie klocki xtra, a hamulce mam zalepione izolatką, więc może tak źle nie będzie. Może ten przedni wytrzyma.
Wczoraj rzecz jasna sprawdzałam ten tył i było sporo klocków jeszcze, a przy tym nikt nie spodziewał się takiego błota i aż takiego deszczu. Miała być trasa odporna na deszcz.
Bo błoto, albo błotna maź jest wszędzie. To nie jest błoto z serii tych, które były w Krynicy w 2010 r, które tak oblepia opony, że nie da się jechać, ale i tak bardzo utrudnia jazdę, która jest przez to znacznie trudniejsza i wolniejsza i bardziej wyczerpująca. Powiem tak: gdyby nie było tak zimno, to to błoto pewnie sprawiłoby mi frajdę.
Ale to zimno.. dodatkowo nie pomagało mięśniom. Jestem przemoczona, w butach chlupie woda.. oczy zalewa woda ( nie wzięłam okularów bo to się mijało z celem), na zjazdach błoto wpada do oczu.
Na zjeździe przed podjazdem w kierunku Wlk. Rogacza spotykam znowu Staszka. Ja jadę już te zjazdy mocno asekuracyjnie i to był chyba błąd. Asekuracyjnie, bo ciągle w głowie mam, ze stracę hamulce.
No, ale właśnie… to przecież odwrotnie powinno być – powinnam nie hamować nadmiernie.
Cóż umysł w takich warunkach chyba też nieco szwankuje, podobnie jak rower. Widziałam pod koniec trasy chłopaka i dziewczynę. On ją prowadził, ona szła jak zombi, jakby nie kontaktowała zupełnie… on ją przekonywał, że musi iść dalej, bo przecież muszą dojść.
Zaczyna się podjazd i chwilę rozmawiamy ze Staszkiem. Mówi, ze tak mu było zimno na początku, że chciał się wycofać. Ja mówię, że mam już kłopot z jednym hamulcem ( bo wtedy tyłu już prawie nie ma), więc jeśli pójdzie mi drugi, to niech cierpliwie czekają na mnie na mecie, bo będę szła.
Podjazd… to jest 5 czy 6 km, niesamowicie masakrujący psychicznie podjazd. Niby nic. Szuter, więc technicznie łatwo… ale zakręt za zakrętem i kiedy wydaje ci się, ze to już koniec zza następnego zakrętu wyłania się znowu ściana… i tak ciągle i ciągle.
Jadę spokojnie. Widzę przed sobą Anię, ale nawet nie próbuje jej gonić, bo wiem, że na zjazdach i tak jej nie dam rady przez te hamulce.
No i niestety obraz przed oczami się rozmazuje i już wiem nadchodzi.. migrena. Moja „wysiłkowa „ zmora".Pytanie ile "aura" będzie trzymać, pół godziny, godzinę?Trzyma jakieś pół. No i pytanie: jak bardzo mi to osłabi organizm, bo czasem jest tak, ze zaraz zaczyna mnie bardzo boleć głowa i siły mnie opuszczają. Myślę sobie: niech już minie ta aura, to dam sobie radę, bo nie czuję się zmęczona, pojadę dalej.
Jadę… ludzie przede mną rozmazani… staram się nie patrzeć na nich, tylko na przednie koło, wtedy jakoś lepiej się czuję.
Kończy się podjazd i zaczyna się seria zjazdów. A ja niewiele widzę. No, ale jadę ostrożnie. To też znacznie czas mojego przejazdu wydłużyło niestety.
Kiedy jedziemy w kierunku Przehyby, znowu zaczyna mi być okropnie zimnoooooooo….. Tak bardzo zimno, że z niepokojem myślę czy dam radę dojechać do końca, bo to dopiero połowa trasy. Dojeżdża do mnie jakiś chłopak z teamu Adama z Katowic.
Nie mam już całkowicie tylnego hamulca. Jedziemy razem, zdecydowanie lepiej chyba radzę sobie na zjazdach. On mówi, że jest mu tak zimno, że zawróciłby , ale nie wie gdzie. Ja mówię, że wiem jak dojechać do mety, na skróty…. Ale jakoś pomimo tego zimna , jednak nie myślę o odwrocie.
Jadę, ale z coraz mniejszą werwą ( nie z braku sił bo czuję, ze tego dnia naprawdę były), ale z tego niepokoju spowodowanego brakiem hamulca i zimnem.
Wtedy myślę o himalaistach: Nadludzie. Jak oni wytrzymują te temperatury?
Mnie jest już tak zimno, że nawet zimą w Tatrach chyba tak nie marzłam.
Chcę mi się płakać, dosłownie mam ochotę usiąść i sobie popłakać, bo nie wiem co mam z sobą zrobić. Wiem, że jestem już zbyt daleko do mety. Żadnego skrótu innego nie znam. Mapy nie mam, więc muszę jechać dalej….
Poza tym… tak po prostu zejść z trasy…? Już to kiedyś przeżyłam w Gorlicach, kiedy na 10 km przed metą s powodu braku klocków , nie mogłam już jechać.
Było mi strasznie przykro potem… strasznie. Było mi żal tych przejechanych już 70 km.
Łańcuch zaczyna zaciągać, a ja smar zostawiłam w .. aucie. Błąd, ale błąd „zapominalski”, bo w takich warunkach smar zawsze wożę w kieszonce. Wiem, jak bardzo się przydaje.
Dłonie są zgrabiałe, nie mogę zmieniać przerzutek.. nie mogę wyjąć żela z kieszonki.
Bufet. Kolega z Katowic bierze od obsługi czarny worek na śmieci, robi dziury na głowę i ramiona i zakłada na siebie. Pytam: czy to pomoże? On mówi, zawsze to będzie cieplej.
Zakładam worek i jadę dalej.
Worek wygląda szalenie efektownie ( jestem żywą reklamą ustawy śmieciowej haha), ale.. to on uratował mi życie. Bo miałam już moment na trasie, że po raz pierwszy w życiu myślałam: nie jadę, usiądę, niech się dzieje co chce. Tylko co by to dało?
Wczoraj w Piwnicznej było jak w Tatrach w zimie. Albo idziesz, albo … no właśnie. Kolega z Katowic mówi: chyba będę pierwszą ofiarą zamarznięcia w lipcu.
Na górze było 7 stopni, co to znaczy na zjazdach przy przemoczonych ciuchach, padającym deszczu?
Wiecie chyba.
Jedziemy. Mnie znowu napęd odmawia posłuszeństwa, kolega i jeszcze ktoś odjeżdżają mi pod górę. Mam ochotę krzyczeć: chłopaki nie zostawiajcie mnie tutaj… Proszę…..
Bo tak naprawdę ogromnie się boję czy ja to przetrwam. Czy mój organizm to zimno wytrzyma.
Ale worek zdaje egzamin. Robi się cieplej. I po co te wszystkie drogie , kolarskie ciuszki?:).
No i dalej jadę sobie walcząc z napędem i martwiąc się o hamulce. Jeszcze gdzieś wcześniej spotykam Mikiego z Rowerowania. Robi odwrót w kierunku mety, a do mnie krzyczy: dawaj, dawaj...
Jadę spokojnie, napęd na wiele nie pozwala. Myślę już tylko o dotarciu do mety, nic innego się nie liczy.
Ok 40 km przestaje mi działać i licznik i przedni hamulec. Od tamtego momentu można powiedzieć, że już tylko idę. Nie da rady jechać pod górę, nie da rady zjeżdżać. Kto kiedykolwiek stracił hamulce tak całkowicie, do blach, wie co to oznacza. Rower jest po prostu jak hulajnoga.
Jeszcze trochę próbuję, ale powtarzają się Gorlice. Rower wpada w taką prędkość, że z trudem hamuję nogą i jakoś się zatrzymuje.
Gdzieś w okolicach Białej Wody ( jakie cudne byłyby widoki gdyby była piękna pogoda!), pytam kogoś który jest km. „ 43 , jeszcze moment i będzie meta” . Myślę sobie: kolego, chyba nigdy nie jechałeś u Golonki… Ten moment może się ciągnąć w nieskończoność… U GG ostatnie km przed metą są zwykle najtrudniejsze.
Dla mnie wyjątkowo. Zjazdy, które spokojnie bym zjeżdżała, jestem zmuszona isć. O podjeżdżaniu nie ma mowy, co zrobię parę ruchów korbą, łańcuch zaciąga.
Jak zazdroszczę ludziom , którzy mogą jeszcze zjeżdżać…, bo wielu zjeżdżą.
Jakie to przykre, jak Cię tyle osób mija, a ty nic nie możesz zrobić…
No to idę…. Po jakimś czasie w końcu zaczyna być słychać spikera na mecie, ale kiedy zdarza się jakiś prześwit między drzewami widzę jak strasznie w dole jest Sucha Dolina. Co to oznacza? Ano to, że do mety mam bardzo w dół.I długo w dół.
Schodził ktoś z rowerem na bardzo stromym, błotnym zjeździe, kiedy rower nie ma hamulców?
Wiecie jak to jest? Rower ciągnie was w dół, trzeba użyć dużo siły żeby go utrzymać. Wyrywa się niczym chart:). Najlepiej byłoby go wziąć na plecy, ale tyle kilometrów , nie dałabym rady.
Ot co. Mam na szczęście towarzysza niedoli. Idzie obok mnie jakiś też pozbawiony hamulców i mówi, że w prawdziwym maratonie nie startował od 2006r. bo po drodze były tylko jakieś Langi, Mazovie. I że niezły moment sobie wybrał. No.. całkiem jak ja. No i tak sobie idziemy, jest raźniej, ale kiedy widzę tabliczkę 1 km do mety wzdycham ciężko…
1 km w dół po błocie, w butach z blokami na nogach… niezbyt fajna perspektywa. No ale idę, co mam zrobić.
No i wreszcie schodzimy w okolice mety, tam zaczyna się podjazd, nawet nie wsiadam na rower, bo wiem co będzie .. napęd nie zadziała.
Strażacy mówią do mnie: czemu pani nie jedzie?
Pokazuję na rower i mówię: on nie chce….
No i odchodzę do mety, całkiem dziarsko jak na 50 km w nogach przy takiej pogodzie. Po raz pierwszy dochodzę , a nie dojeżdżam do mety.
Ufffff….. jest godzina 17:12… Wystartowaliśmy o 11.
Masakra… ale w sumie nawet nie wiem kiedy minęło te ponad 6 godzin w siodełku.
Początkowo jestem zła.. ale potem ta złość ustępuje radości. Jestem z siebie dumna, że w takich warunkach, z tak nie działających sprzętem , nie odpuściłam, a doczołgałam się do tej mety.
Ktoś może pomyśli: głupota…. A ja mam na ten temat swoje zdanie i wiem, że są tacy, którzy mnie zrozumieją.
Bo satysfakcja z ukończenia takiego maratonu jest dużo większa niż po przejechaniu maratonu przy dobrej pogodzie nawet z najlepszym wynikiem.
Nawet nie sprawdzałam wyników, bo cóż tu sprawdzać, jak tyle osób mnie minęło kiedy sobie szłam… Mam nawet obawy czy nie jestem ostatnia w open.
Potem okazało się, że w swojej starszawej kategorii K4 byłam… pierwsza. Ot niespodzianka. Taki dramatyczny czas….
No, ale żaden to powód do chwały, bo wśród kobiet open to jestem gdzieś na szarym końcu. Nieistotne. Nie o to chodzi.
Wiem, że siły były, wiem, że zniszczyła mnie pogoda i nie działający sprzęt, ale wiem też jedno : dotarłam do mety w okolicznościach przyrody takich.. ze wielu pękło i się wycofało.
Przejechałam znowu maraton w górach, a przejechanie maratonu w górach to są hm... jakby to powiedzieć.. ? to są jakieś wyższe odczucia.
Ja wiem, na każdym maratonie można się zmęczyć, ale dopiero maraton w górach daje mi pełnię satysfakcji.
I jeszcze słowo o moich towarzyszach, bo zasługują.
Staszek dojechał na metę cało i zdrowo z niezłym czasem. Brawo!
Krysia jechała giga 8 godzin, zmagając się z awariami, a ok 25 km jechała na kapciu, bo najpierw złapała kapcia, potem przy zakładaniu dętki uszkodziła wentyl.
Wielki, wielki szacunek.
Marcin objechał trasę giga i tylko nieznaczne pomylenie trasy spowodowało, że ma dnf, bo nie wjechał na metę. Może się jednak czuć moralnym zwycięzcą.
My z Krysią cóż… jechałyśmy bardzo długo: Krysia wyrobiła całą dniówkę. Mnie też niewiele brakło.
Czyli jak to mawiał Tomek Kowalski: wykonałyśmy kawał dobrej,solidnej, nikomu niepotrzebnej roboty:).
A skąd taki tytuł wpisu? Jest taka piosenka , chyba Budka Suflera śpiewa: Nigdy nie wierz kobiecie…
No… po pierwsze Krysia przekonywała nas o odporności trasy na deszcz…
Jadąc potem i przedzierając się przez to błoto, myślałam o tym z ironicznym uśmieszkiem na twarzy.
Po drugie: Marcin pytał mnie, jak się ubrać…
Kiedy proponował zestaw koszulka z długim rękawem i bluza na to, powiedziałam: nie! Będzie Ci za gorąco.
Myślałam o nim potem też jadąc, że marznie… przeze mnie.
Puenta...
Puentą niech będzie to, że wracając do domu i zatrzymując się na stacji benzynowej na hot dogi byliśmy w tak wyśmienitych humorach, że obsługa stacji nie bardzo wiedziała o co chodzi…
I puentą niech będą również słowa Staszka:
Najlepsza była Iza. Przyjechała i mówi: nie, no nie… już nie. Takich maratonów już nie. Nie będę jechać…
Minęło 15 minut, Iza pyta się Marcina
- To kiedy jest ta Dukla?
( Dukla – maraton w Cyklokarpatach)

Przygotowania...( jeszcze nie padało)© lemuriza1972

Krysia i Marcin© lemuriza1972

Giga na starcie© lemuriza1972

Adam z Katowic© lemuriza1972
- DST 51.00km
- Teren 47.00km
- Czas 06:12
- VAVG 8.23km/h
- Sprzęt KTM
- Aktywność Jazda na rowerze
Sobota, 13 lipca 2013
MTB MARATHON PIWNICZNA
Piwniczna….
Po przejechaniu maratonu w Wojniczu, zaczęłam o niej myśleć. Chciałam raz jeszcze w życiu popróbować się górskim maratonem, a że Piwniczna przydomowa… to wiadomo…
I właściwie o Piwnicznej myślałam podczas każdej mojej jazdy od 12 maja. Analizowałam jazdy pod kątem przydatności do zmierzenia się z tą trasą.
Niestety nie wszystko wyszło tak jakbym chciała, pomimo tego postanowiłam spróbować.
Dlaczego?
To było dla mnie ważne.
Chciałam sobie udowodnić po ubiegłorocznym kryzysie życiowym, a w związku z tym kryzysie sportowym również , że jeszcze dam radę, pomimo moich 41 lat.
Dlatego ten maraton był dla mnie tak ważny. Pod względem mentalnym. Bo tu nie chodzi o to, żeby pokazać innym – patrzcie jaka jestem dzielna. Nie.
Chodziło o to, żeby pokazać samej sobie – widzisz .. potrafisz, jeszcze w wielu życiowych sytuacjach dasz sobie radę.
Bo sport na wzmacnia. I tu nie chodzi tylko o rywalizację z innymi.
Kto cokolwiek robi w temacie sportu, kto stawia sobie cele, wyzwania, temu tłumaczyć nie muszę o co chodzi.
Dwa lata nie było mnie u GG ( prawie, bo ostatni maraton jechałam we wrześniu w Istebnej w 2011r.)
Dzisiaj Piotrek Klonowicz w rozmowie telefonicznej po maratonie,powiedział mi: toś sobie wybrała maraton…
No tak. Może nie tyle maraton a czas , bo w innych warunkach nie byłyby aż takich ciężki. Śmiem twierdzić, że jeden z łatwiejszych jeśli chodzi o te golonkowe, ale dzisiaj…
Dzisiaj okoliczności sprawiły, że to była prawdziwa rzeźnia dla :
Sprzętu, psychiki i organizmu.
Deszcz , który zaczął intensywnie padać na 15 minut przed startem i odpuścił chyba tylko na 10 min w czasie całej mojej jazdy, bardzo niska temperatura, ( podobno 8 stopni), wiatr….
Było tak zimno, ze trudno mi to opisać, tak mokro i tak błotniście, że nie pamiętam kiedy jechałam w takich warunkach.
Nawet pamiętne deszczowo- błotne Gorlice na nieukończonym dystansie giga, pod względem temperatury wspominam dużo lepiej.
Naprawdę ciężko na to wszystko znaleźć właściwie słowa.
Napęd nie działał, tylny hamulec straciłam na 25 km, przedni na 40 km.
Ostatnie 10 km było z buta, stąd czas na mecie 6 godzin 12 min, po prostu tragiczny. Do tego na tym 5 km podjeździe dopadłą mnie migrena , no i momentalnie aura i niewiele widzę i ogólnie osłabienie. Kto ma takie dolegliwości, wie jakie to ciężkie.
Zakładałam , że przejadę ten maraton w ciągu 4 godzin. Byłoby to możliwe w normalnych warunkach.
Rozważałam opcję zejścia z trasy. Nie zeszłam…
I z tego jestem dumna, że podołałam trudom tej trasy. Z wyniku - nie.
Niby byłam 1 w kategorii K4 ( nigdy bym nie pomyślała, że kiedykolwiek będę pierwsza u Golonki). To oczywiście jest przyjemne, ale… to wynik tego, że rywalek było mało, no i raczej pewnie takie mniej jeżdżące.
Generalnie w open przyjechałam na szarym końcu.
Ale to nie ma znaczenia – bo dojechałam, a raczej doszłam, bo po raz pierwszy na metę wchodziłam ( meta była pod górę, a mnie nie działający napęd nie pozwolił na jechanie).
Każdy kto jechał dzisiaj, wie, że dotarcie na metę łatwe nie było.
Gratulacje dla wszystkich, którym się udało.
I jeszcze jedno.
W ubiegłym roku, mój blog zmienił nieco charakter, było mniej radośnie ( takie okoliczności życiowe) i nie było maratonowo, bo przez te okoliczności życiowe przestałam jeździć.
Wiem, że w związku z tym wielu czytelników zapewne ode mnie odeszło.
Tym, którzy zostali i przetrwali ten ciężki dla mnie czas – bardzo dziękuję.
Dzisiejsze moje dotarcie do mety zawdzięczam również Wam. Bo jeśli wiesz, że ktoś Cię wspiera, to jest to dużą motywacją.
DZIĘKUJĘ!
Po przejechaniu maratonu w Wojniczu, zaczęłam o niej myśleć. Chciałam raz jeszcze w życiu popróbować się górskim maratonem, a że Piwniczna przydomowa… to wiadomo…
I właściwie o Piwnicznej myślałam podczas każdej mojej jazdy od 12 maja. Analizowałam jazdy pod kątem przydatności do zmierzenia się z tą trasą.
Niestety nie wszystko wyszło tak jakbym chciała, pomimo tego postanowiłam spróbować.
Dlaczego?
To było dla mnie ważne.
Chciałam sobie udowodnić po ubiegłorocznym kryzysie życiowym, a w związku z tym kryzysie sportowym również , że jeszcze dam radę, pomimo moich 41 lat.
Dlatego ten maraton był dla mnie tak ważny. Pod względem mentalnym. Bo tu nie chodzi o to, żeby pokazać innym – patrzcie jaka jestem dzielna. Nie.
Chodziło o to, żeby pokazać samej sobie – widzisz .. potrafisz, jeszcze w wielu życiowych sytuacjach dasz sobie radę.
Bo sport na wzmacnia. I tu nie chodzi tylko o rywalizację z innymi.
Kto cokolwiek robi w temacie sportu, kto stawia sobie cele, wyzwania, temu tłumaczyć nie muszę o co chodzi.
Dwa lata nie było mnie u GG ( prawie, bo ostatni maraton jechałam we wrześniu w Istebnej w 2011r.)
Dzisiaj Piotrek Klonowicz w rozmowie telefonicznej po maratonie,powiedział mi: toś sobie wybrała maraton…
No tak. Może nie tyle maraton a czas , bo w innych warunkach nie byłyby aż takich ciężki. Śmiem twierdzić, że jeden z łatwiejszych jeśli chodzi o te golonkowe, ale dzisiaj…
Dzisiaj okoliczności sprawiły, że to była prawdziwa rzeźnia dla :
Sprzętu, psychiki i organizmu.
Deszcz , który zaczął intensywnie padać na 15 minut przed startem i odpuścił chyba tylko na 10 min w czasie całej mojej jazdy, bardzo niska temperatura, ( podobno 8 stopni), wiatr….
Było tak zimno, ze trudno mi to opisać, tak mokro i tak błotniście, że nie pamiętam kiedy jechałam w takich warunkach.
Nawet pamiętne deszczowo- błotne Gorlice na nieukończonym dystansie giga, pod względem temperatury wspominam dużo lepiej.
Naprawdę ciężko na to wszystko znaleźć właściwie słowa.
Napęd nie działał, tylny hamulec straciłam na 25 km, przedni na 40 km.
Ostatnie 10 km było z buta, stąd czas na mecie 6 godzin 12 min, po prostu tragiczny. Do tego na tym 5 km podjeździe dopadłą mnie migrena , no i momentalnie aura i niewiele widzę i ogólnie osłabienie. Kto ma takie dolegliwości, wie jakie to ciężkie.
Zakładałam , że przejadę ten maraton w ciągu 4 godzin. Byłoby to możliwe w normalnych warunkach.
Rozważałam opcję zejścia z trasy. Nie zeszłam…
I z tego jestem dumna, że podołałam trudom tej trasy. Z wyniku - nie.
Niby byłam 1 w kategorii K4 ( nigdy bym nie pomyślała, że kiedykolwiek będę pierwsza u Golonki). To oczywiście jest przyjemne, ale… to wynik tego, że rywalek było mało, no i raczej pewnie takie mniej jeżdżące.
Generalnie w open przyjechałam na szarym końcu.
Ale to nie ma znaczenia – bo dojechałam, a raczej doszłam, bo po raz pierwszy na metę wchodziłam ( meta była pod górę, a mnie nie działający napęd nie pozwolił na jechanie).
Każdy kto jechał dzisiaj, wie, że dotarcie na metę łatwe nie było.
Gratulacje dla wszystkich, którym się udało.
I jeszcze jedno.
W ubiegłym roku, mój blog zmienił nieco charakter, było mniej radośnie ( takie okoliczności życiowe) i nie było maratonowo, bo przez te okoliczności życiowe przestałam jeździć.
Wiem, że w związku z tym wielu czytelników zapewne ode mnie odeszło.
Tym, którzy zostali i przetrwali ten ciężki dla mnie czas – bardzo dziękuję.
Dzisiejsze moje dotarcie do mety zawdzięczam również Wam. Bo jeśli wiesz, że ktoś Cię wspiera, to jest to dużą motywacją.
DZIĘKUJĘ!
- Aktywność Jazda na rowerze
Czwartek, 11 lipca 2013
Spokojnie
Tak jak przypuszczałam w tym tygodniu trudno było o wygospodarowanie czasu na trening.
Dzisiaj właściwie wyjechałam tylko do jednego sklepu ( po zamówione rękawki rowerowe, śmieszna sprawa, zamówiłam w internecie i kiedy już zrobiłam przelew , okazało się, że sklep jest tarnowski) , ale jako że już wyjechałam to się chwilę pokręciłam.
W Bobrownikach minęłam się z Wojtkiem Klichem, tarnowskim, bardzo znanym muzykiem, b. członkiem zespołu Ziyo, a także autorem jednej słynnej piosenki, którą wykonywała Ania Wyszkoni:). Czy ten pan i pani .....
Ów muzyk dużo jeździ na rowerze, a także biega.
Kręcenie moje było leniwe i nie treningowe.
Taka tam pętla przez Białą, Bobrowniki, potem na myjkę na Zbylitowskiej. KTM-a umyłam, jutro będę go przygotowywać, by był gotowy do drogi:). Długiej drogi.
No cóż… po maratonie w Wojniczu myślałam, że mam bardzo dużo czasu i zdążę solidnie przygotować się na lipiec, na Piwniczną.
Nie zdążyłam. Ot kilka jazd z Krysią i Adamem , bardzo pożytecznych, a poza tym zbyt mało jazdy czysto treningowej, a po prostu takie sobie przejażdżki.
Nie pozwoliły na nic więcej okoliczności, pogoda niezbyt fajna w pewnych okresach, obowiązki, a czasem zwyczajnie ” popracowe „ zmęczenie.
Zrobiłam co mogłam, ale wiem, że jeszcze nie jestem przygotowana dostatecznie na taki maraton.
Ale pojadę. Nie jadę w końcu na mistrzostwa świata. Jakoś się przetoczę przez te góry przydomowe.
Dzisiaj spotkałam męża mojej przyjaciółki Andrzeja, który też na maratonach bywał, a nawet zdarzyło mu się przejechać Krynicę i bardzo deszczową Istebną. Więc trochę w temacie jest. Powiedział: Iza, przecież przejedziesz.. przecież jeździsz na rowerze. Cały czas.
Uśmiechnęłam się. Powiedziałam: Jeżdżę to fakt, ale to nie jest już to co kiedyś Andrzej. Po prostu to czuję. Zupełnie inne jeżdżenie. Zupełnie inaczej mi się podjeżdża.
Na maratonie w górach nie byłam prawie dwa lata. Sporo. Bardzo. Zjazdy mogą mi sprawiać kłopoty, zdaję sobie sprawę, chociaż w górach z rowerem byłam w ub roku kilka razy, więc to nie jest też tak, ze zupełnie straciłam kontakt.
Ale wycieczka to wycieczka, a maraton to maraton. Poza tym nie przygotowywałam się do sezonu.
Spodziewam się więc bardzo długiej jazdy.
Mam jednak nadzieję, że sobie poradzę.
Trzymajcie kciuki.
Ten maraton z wielu względów jest dla mnie ważny.
Jadę, bo jak tu nie jechać jak maraton tak blisko.
Jadę bo ... maraton JEST:).
A do wszystkich, którzy też jadą, a dawno ich nie widziałam..... mówię : Do zobaczenia w sobotę!
Dzisiaj właściwie wyjechałam tylko do jednego sklepu ( po zamówione rękawki rowerowe, śmieszna sprawa, zamówiłam w internecie i kiedy już zrobiłam przelew , okazało się, że sklep jest tarnowski) , ale jako że już wyjechałam to się chwilę pokręciłam.
W Bobrownikach minęłam się z Wojtkiem Klichem, tarnowskim, bardzo znanym muzykiem, b. członkiem zespołu Ziyo, a także autorem jednej słynnej piosenki, którą wykonywała Ania Wyszkoni:). Czy ten pan i pani .....
Ów muzyk dużo jeździ na rowerze, a także biega.
Kręcenie moje było leniwe i nie treningowe.
Taka tam pętla przez Białą, Bobrowniki, potem na myjkę na Zbylitowskiej. KTM-a umyłam, jutro będę go przygotowywać, by był gotowy do drogi:). Długiej drogi.
No cóż… po maratonie w Wojniczu myślałam, że mam bardzo dużo czasu i zdążę solidnie przygotować się na lipiec, na Piwniczną.
Nie zdążyłam. Ot kilka jazd z Krysią i Adamem , bardzo pożytecznych, a poza tym zbyt mało jazdy czysto treningowej, a po prostu takie sobie przejażdżki.
Nie pozwoliły na nic więcej okoliczności, pogoda niezbyt fajna w pewnych okresach, obowiązki, a czasem zwyczajnie ” popracowe „ zmęczenie.
Zrobiłam co mogłam, ale wiem, że jeszcze nie jestem przygotowana dostatecznie na taki maraton.
Ale pojadę. Nie jadę w końcu na mistrzostwa świata. Jakoś się przetoczę przez te góry przydomowe.
Dzisiaj spotkałam męża mojej przyjaciółki Andrzeja, który też na maratonach bywał, a nawet zdarzyło mu się przejechać Krynicę i bardzo deszczową Istebną. Więc trochę w temacie jest. Powiedział: Iza, przecież przejedziesz.. przecież jeździsz na rowerze. Cały czas.
Uśmiechnęłam się. Powiedziałam: Jeżdżę to fakt, ale to nie jest już to co kiedyś Andrzej. Po prostu to czuję. Zupełnie inne jeżdżenie. Zupełnie inaczej mi się podjeżdża.
Na maratonie w górach nie byłam prawie dwa lata. Sporo. Bardzo. Zjazdy mogą mi sprawiać kłopoty, zdaję sobie sprawę, chociaż w górach z rowerem byłam w ub roku kilka razy, więc to nie jest też tak, ze zupełnie straciłam kontakt.
Ale wycieczka to wycieczka, a maraton to maraton. Poza tym nie przygotowywałam się do sezonu.
Spodziewam się więc bardzo długiej jazdy.
Mam jednak nadzieję, że sobie poradzę.
Trzymajcie kciuki.
Ten maraton z wielu względów jest dla mnie ważny.
Jadę, bo jak tu nie jechać jak maraton tak blisko.
Jadę bo ... maraton JEST:).
A do wszystkich, którzy też jadą, a dawno ich nie widziałam..... mówię : Do zobaczenia w sobotę!
- DST 29.00km
- Czas 01:19
- VAVG 22.03km/h
- Sprzęt KTM
- Aktywność Jazda na rowerze
Wtorek, 9 lipca 2013
Podwieczorek MTB:)
Nie jest łatwo po całym dniu pracy w gorącej atmosferze w przenośni i dosłownie „ zmusić się” do treningu.
Pewnie już o tym pisałam…
Ktoś zapyta zapewne: to po co?
Po to , że chcąc przejechać jeszcze jakiś maraton trzeba jednak trochę kilometrów w nogach mieć.
A chcę przejechać!
Ale ważniejsze jest coś innego. Ważniejszy jest ten stan zadowolenia, te endorfiny już po. Że to działa trochę jak narkotyk? Może i tak, ale gdzieś ostatnio wyczytałam, że sport to najlepsze uzależnienie na świecie. I zgadzam się!
Dzisiaj widziałam masę ludzi na rowerach, biegających. Ruszyli się ludzie ze swych kanap. Dobrze!
Wyruszyłam dzisiaj bardzo późno ( 18). Miałam w planie 3 godziny treningu ze sporą ilością podjazdów i zaliczeniem przynajmniej dwóch terenowych zjazdów.
Nie wszystko do końca się udało, ze względu na późną porę wyjazdu. Nie dotarłam na żółty pieszy szlak i zjazd do Pleśnej. Zabrakło czasu.
Zaczęłam od Marcinki, jeszcze w upale. Ciężkoooooo……. Jakie straszne myśli podczas tego wjeżdżania! Myślałam: jaka Piwniczna, jakie maratony, czyś ty kobieto oszalała! W ogóle siły nie masz…
Bo fakt, chyba jest jakiś kryzys lekki. Wjeżdża mi się dużo ciężej niż jeszcze 2 tygodnie temu. Waga ta sama, więc zmęczenie? No cóż… Nie ma czasu na porządne wyspanie się, regenerację, spokój w głowie.
Miałam nawet ochotę zawrócić, albo znacznie skrócić trasę, ale … no przecież.. tak nie wolno…:).
Tak więc chwila rozmowy z samą sobą i jedziemy dalej. Czerwony pieszy przez Marcinkę w kierunku Radlnej. Tam spotykam jakieś dzieci, które na mój widok krzyczą: Policja…..
No tak.. kask, seledynowa koszulka….
Któreś mnie pyta: proszę panią, a gdzie pani jedzie ? do Częstochowy?
Hm… nie wiem dlaczego do Częstochowy? Jeśli już tu bliżej Tuchowa byłam.. tam również ludzie pielgrzymują:).
No, ale musiałam rzeczywiście jakoś groźnie wyglądać, bo w Szczepanowicach dwóch panów na przystanku spożywało wino owocowe, które na mój widok natychmiast schowali.
W Radlnej dalej czerwonym do góry na Słoną. Długi, kilkukilometrowy podjazd w 90% terenowy. Ze Słonej zjechałam zjazdem Kolosa. Nie wiem czy w jakiejś części trochę nie pobłądziłam, ale summa summarum wyjechałam tam gdzie trzeba i zahaczyłam o cmentarz, który ostatnio mnie zauroczył, ale niestety zdjęcie mi wtedy nie wyszło. To jest niesamowity plus naszych okolic.. te cmentarze, takie piękne… czasem w najdalszych zakątkach lasu, „pojawiające się” niespodziewanie.
Wyjechałam w Świebodzinie i pojechałam do Rzuchowej, a tam drogą, którą ostatnio pokazała mi Krysia. Więc znowu trochę terenu i znowu trochę pod górę. Wyjechałam w Błoniu i stamtąd na Lubinkę. Z Lubinki przez Dąbrówkę Szczepanowską, zjazd do Szczepanowic i tam jeszcze trochę pod górkę do Błonia. I do domu.
Dzisiaj była walka nie tylko z własnymi słabościami, ale też z komarami, muchami i innym „dziadostwem”, które na podjeździe na Słonej kąsało mnie bezlitośnie.
Dzisiaj kolejna tragedia w górach. Nie mogę o tym nie napisać, bo himalaiści z racji interesowania się tematem gór, są mi bardzo bliscy, a o polskich himalaistach i ich wyprawach wiele czytałam. Więc nie są to takie całkiem "obce" mi osoby.
Artur Hajzer.. znana postać.
Taka jest cena tej pasji. Nie zastanawiam się czy warto czy nie, po co idą…
Nie.
Może ktoś nazwać mnie idiotką, ja nazywa się masowo himalaistów , w internetowych komentarzach.
Proszę bardzo.
Więc nie zastanawiam się, nie pytam. Rozumiem. Bo gdybym miała dostatecznie dużo zdrowia, siły ,a przede wszystkim odwagi, sama bym poszła. W góry tak bardzo wysokie. Tak bardzo piękne.
Przeraża mnie ta internetowa nagonka. Nie tylko w tej sprawie. Przeraża mnie jak ludzie anonimomo ( oj jacy są wtedy odważni) potrafią opluwać, wyzywać, wyśmiewać, obrażać. Po co ? Dlaczego? Czasem się nad tym zastanawiam. Czy to jakaś próba wyładowania własnych frustracji? Czy wtedy czują się lepiej?
Gdzieś przeczytałam… że bodajże Lem powiedział coś takiego: nie wiedziano ilu idiotów na świecie żyje, dopóki nie wynaleziono internetu.



Pewnie już o tym pisałam…
Ktoś zapyta zapewne: to po co?
Po to , że chcąc przejechać jeszcze jakiś maraton trzeba jednak trochę kilometrów w nogach mieć.
A chcę przejechać!
Ale ważniejsze jest coś innego. Ważniejszy jest ten stan zadowolenia, te endorfiny już po. Że to działa trochę jak narkotyk? Może i tak, ale gdzieś ostatnio wyczytałam, że sport to najlepsze uzależnienie na świecie. I zgadzam się!
Dzisiaj widziałam masę ludzi na rowerach, biegających. Ruszyli się ludzie ze swych kanap. Dobrze!
Wyruszyłam dzisiaj bardzo późno ( 18). Miałam w planie 3 godziny treningu ze sporą ilością podjazdów i zaliczeniem przynajmniej dwóch terenowych zjazdów.
Nie wszystko do końca się udało, ze względu na późną porę wyjazdu. Nie dotarłam na żółty pieszy szlak i zjazd do Pleśnej. Zabrakło czasu.
Zaczęłam od Marcinki, jeszcze w upale. Ciężkoooooo……. Jakie straszne myśli podczas tego wjeżdżania! Myślałam: jaka Piwniczna, jakie maratony, czyś ty kobieto oszalała! W ogóle siły nie masz…
Bo fakt, chyba jest jakiś kryzys lekki. Wjeżdża mi się dużo ciężej niż jeszcze 2 tygodnie temu. Waga ta sama, więc zmęczenie? No cóż… Nie ma czasu na porządne wyspanie się, regenerację, spokój w głowie.
Miałam nawet ochotę zawrócić, albo znacznie skrócić trasę, ale … no przecież.. tak nie wolno…:).
Tak więc chwila rozmowy z samą sobą i jedziemy dalej. Czerwony pieszy przez Marcinkę w kierunku Radlnej. Tam spotykam jakieś dzieci, które na mój widok krzyczą: Policja…..
No tak.. kask, seledynowa koszulka….
Któreś mnie pyta: proszę panią, a gdzie pani jedzie ? do Częstochowy?
Hm… nie wiem dlaczego do Częstochowy? Jeśli już tu bliżej Tuchowa byłam.. tam również ludzie pielgrzymują:).
No, ale musiałam rzeczywiście jakoś groźnie wyglądać, bo w Szczepanowicach dwóch panów na przystanku spożywało wino owocowe, które na mój widok natychmiast schowali.
W Radlnej dalej czerwonym do góry na Słoną. Długi, kilkukilometrowy podjazd w 90% terenowy. Ze Słonej zjechałam zjazdem Kolosa. Nie wiem czy w jakiejś części trochę nie pobłądziłam, ale summa summarum wyjechałam tam gdzie trzeba i zahaczyłam o cmentarz, który ostatnio mnie zauroczył, ale niestety zdjęcie mi wtedy nie wyszło. To jest niesamowity plus naszych okolic.. te cmentarze, takie piękne… czasem w najdalszych zakątkach lasu, „pojawiające się” niespodziewanie.
Wyjechałam w Świebodzinie i pojechałam do Rzuchowej, a tam drogą, którą ostatnio pokazała mi Krysia. Więc znowu trochę terenu i znowu trochę pod górę. Wyjechałam w Błoniu i stamtąd na Lubinkę. Z Lubinki przez Dąbrówkę Szczepanowską, zjazd do Szczepanowic i tam jeszcze trochę pod górkę do Błonia. I do domu.
Dzisiaj była walka nie tylko z własnymi słabościami, ale też z komarami, muchami i innym „dziadostwem”, które na podjeździe na Słonej kąsało mnie bezlitośnie.
Dzisiaj kolejna tragedia w górach. Nie mogę o tym nie napisać, bo himalaiści z racji interesowania się tematem gór, są mi bardzo bliscy, a o polskich himalaistach i ich wyprawach wiele czytałam. Więc nie są to takie całkiem "obce" mi osoby.
Artur Hajzer.. znana postać.
Taka jest cena tej pasji. Nie zastanawiam się czy warto czy nie, po co idą…
Nie.
Może ktoś nazwać mnie idiotką, ja nazywa się masowo himalaistów , w internetowych komentarzach.
Proszę bardzo.
Więc nie zastanawiam się, nie pytam. Rozumiem. Bo gdybym miała dostatecznie dużo zdrowia, siły ,a przede wszystkim odwagi, sama bym poszła. W góry tak bardzo wysokie. Tak bardzo piękne.
Przeraża mnie ta internetowa nagonka. Nie tylko w tej sprawie. Przeraża mnie jak ludzie anonimomo ( oj jacy są wtedy odważni) potrafią opluwać, wyzywać, wyśmiewać, obrażać. Po co ? Dlaczego? Czasem się nad tym zastanawiam. Czy to jakaś próba wyładowania własnych frustracji? Czy wtedy czują się lepiej?
Gdzieś przeczytałam… że bodajże Lem powiedział coś takiego: nie wiedziano ilu idiotów na świecie żyje, dopóki nie wynaleziono internetu.

Końcówka zjazdu Kolosa© lemuriza1972

Cmentarz na Słonej Górze z innej perspektywy© lemuriza1972

Cmentarz na Słonej Górze© lemuriza1972

Słońce zachodzi© lemuriza1972
- DST 53.00km
- Teren 15.00km
- Czas 02:45
- VAVG 19.27km/h
- VMAX 59.00km/h
- Temperatura 28.0°C
- HRmax 170 ( 90%)
- HRavg 137 ( 72%)
- Kalorie 1099kcal
- Sprzęt KTM
- Aktywność Jazda na rowerze
Niedziela, 7 lipca 2013
Mielec - Tarnów
Dzisiaj powrót przy pięknej, słonecznej pogodzie.
Zanim jednak nastąpił, zrobiłyśmy sobie z siostrą rowerowy tour de Mielec.
Dawno nie jechałam w takim super spokojnym tempie.
Byłyśmy najpierw nad Wisłoką na Starym Mielcu. Obudziły się wspomnienia…. Tam często z Mamą chodziłyśmy na spacery. To było miejsce klimatyczne. Stara kładka na Wisłoce. Kto jeszcze ją pamięta? Wisząca , drewniana kładka. Na wiosnę szłyśmy za kładkę na fiołki:).
Teraz… wały zbudowane, niby wszystko ładnie, ale jakoś tak .. hm.. brukbetowo.. ?a ja takiej kostki brukowej nie lubię. Straciło to miejsce swój niepowtarzalny klimat. Ale cóż rzecz nieuchronna.. świat się zmienia. Jest schludnie, porządnie i wielu pewnie się podoba ( dużo ludzi na spacerach), ale nie moja bajka. Ja mam ciągoty ku klimatom zupełnie innym.
Nie jest Mielec miastem najpiękniejszym, wiadomo jego rozwój nastąpił po II wojnie , miasto takie przemysłowe bardziej.. Ale jest bardzo, bardzo zadbany.
A uliczki na Starówce są urocze, mają swój klimat. Szkoda tylko, że na rynku wybudowano coś co zupełnie do niego nie pasuje. Jakaś dziwna fontanna, jakieś dziwne nowoczesne formy. Nie rozumiem tego mieszania tego co stare z tym co nowoczesne. Nie pasuje. Przy tym to jest po prostu nieładne ( wg mnie). Ot co. Ale fontanna cieszyła się dzisiaj powodzeniem.
Jest nietypowa, to fakt, a dzieciaki mają radochę.
Jeszcze fontannę i otoczenie na Placu ( teraz chyba nazywa się AK) jestem w stanie zrozumieć, bo Plac otaczają budynki z lat 50, ale to co zrobiono na Rynku Starówki .. nie…
Ale ja bardzo lubię to miasto, bo dla mnie ono ma charakter. Mam wrażenie, że ludzie tutaj są bardzo patriotycznie lokalni:). Bardziej niż gdziekolwiek.
I przywiązanie do Stali Mielec ogromne. No tak.. bo to przecież dla tego miasta była wielka przygoda, ta WIELKA DRUŻYNA Z LAT 70.
Mówiła mi siostra, że na otwarcie nowego stadionu ( swoją drogą prezentuje się coraz bardziej imponująco) ma się odbyć jakiś turniej. Ma być Cracovia, Korona Kielce. I ma być mecz starych gwiazd. Pomyślałam, że mój siostrzeniec powinien zagrać w zastępstwie mojego ojca. Zresztą jest tak łudząco do niego podobny…:).
No i to o czym pisałam nie raz – ścieżki rowerowe. Dzisiaj miałam okazję pojeździć po takich, po których jeszcze nie jeździłam. Super. Naprawdę robią wrażenie.
To miasto szanuje rowerzystów. Można się przemieszczać szybko i wygodnie i bez .. strachu.
A teraz o jeździe dzisiejszej. Jechało mi się chyba lepiej niż wczoraj, ale plecak znowu dał mi w kość i z ulgą dojechałam do domu.
Chciałam poprawić czas z wczoraj i udało się o kilka minut.
No i zrobiłam kilometr więcej, bo w Mielcu pojechałam inną drogą:).
Ciepło, wiatr momentami mącił mi…:).
I tak sobie jadąc dzisiaj pomyślałam.. że ten odcinek od Radomyśla do Dąbrowy, nie jest taki zupełnie płaski. Wiadomo, góry to nie są, ale kilka wzniesień jest, co przy tym obciążeniu na plecach odczułam.
PS Pocieszające jest to, że obydwie trasy zrobiłam bez żadnego odpoczywania , zatrzymywania się itp.
Znaczy się , że z wytrzymałością nie jest źle.
Ale jak jest naprawdę to okaże się.. pewnie wkrótce.


Stadion niedługo będzie gotowy. Niebieski taratan wygląda naprawdę imponująco.
Zanim jednak nastąpił, zrobiłyśmy sobie z siostrą rowerowy tour de Mielec.
Dawno nie jechałam w takim super spokojnym tempie.
Byłyśmy najpierw nad Wisłoką na Starym Mielcu. Obudziły się wspomnienia…. Tam często z Mamą chodziłyśmy na spacery. To było miejsce klimatyczne. Stara kładka na Wisłoce. Kto jeszcze ją pamięta? Wisząca , drewniana kładka. Na wiosnę szłyśmy za kładkę na fiołki:).
Teraz… wały zbudowane, niby wszystko ładnie, ale jakoś tak .. hm.. brukbetowo.. ?a ja takiej kostki brukowej nie lubię. Straciło to miejsce swój niepowtarzalny klimat. Ale cóż rzecz nieuchronna.. świat się zmienia. Jest schludnie, porządnie i wielu pewnie się podoba ( dużo ludzi na spacerach), ale nie moja bajka. Ja mam ciągoty ku klimatom zupełnie innym.
Nie jest Mielec miastem najpiękniejszym, wiadomo jego rozwój nastąpił po II wojnie , miasto takie przemysłowe bardziej.. Ale jest bardzo, bardzo zadbany.
A uliczki na Starówce są urocze, mają swój klimat. Szkoda tylko, że na rynku wybudowano coś co zupełnie do niego nie pasuje. Jakaś dziwna fontanna, jakieś dziwne nowoczesne formy. Nie rozumiem tego mieszania tego co stare z tym co nowoczesne. Nie pasuje. Przy tym to jest po prostu nieładne ( wg mnie). Ot co. Ale fontanna cieszyła się dzisiaj powodzeniem.
Jest nietypowa, to fakt, a dzieciaki mają radochę.
Jeszcze fontannę i otoczenie na Placu ( teraz chyba nazywa się AK) jestem w stanie zrozumieć, bo Plac otaczają budynki z lat 50, ale to co zrobiono na Rynku Starówki .. nie…
Ale ja bardzo lubię to miasto, bo dla mnie ono ma charakter. Mam wrażenie, że ludzie tutaj są bardzo patriotycznie lokalni:). Bardziej niż gdziekolwiek.
I przywiązanie do Stali Mielec ogromne. No tak.. bo to przecież dla tego miasta była wielka przygoda, ta WIELKA DRUŻYNA Z LAT 70.
Mówiła mi siostra, że na otwarcie nowego stadionu ( swoją drogą prezentuje się coraz bardziej imponująco) ma się odbyć jakiś turniej. Ma być Cracovia, Korona Kielce. I ma być mecz starych gwiazd. Pomyślałam, że mój siostrzeniec powinien zagrać w zastępstwie mojego ojca. Zresztą jest tak łudząco do niego podobny…:).
No i to o czym pisałam nie raz – ścieżki rowerowe. Dzisiaj miałam okazję pojeździć po takich, po których jeszcze nie jeździłam. Super. Naprawdę robią wrażenie.
To miasto szanuje rowerzystów. Można się przemieszczać szybko i wygodnie i bez .. strachu.
A teraz o jeździe dzisiejszej. Jechało mi się chyba lepiej niż wczoraj, ale plecak znowu dał mi w kość i z ulgą dojechałam do domu.
Chciałam poprawić czas z wczoraj i udało się o kilka minut.
No i zrobiłam kilometr więcej, bo w Mielcu pojechałam inną drogą:).
Ciepło, wiatr momentami mącił mi…:).
I tak sobie jadąc dzisiaj pomyślałam.. że ten odcinek od Radomyśla do Dąbrowy, nie jest taki zupełnie płaski. Wiadomo, góry to nie są, ale kilka wzniesień jest, co przy tym obciążeniu na plecach odczułam.
PS Pocieszające jest to, że obydwie trasy zrobiłam bez żadnego odpoczywania , zatrzymywania się itp.
Znaczy się , że z wytrzymałością nie jest źle.
Ale jak jest naprawdę to okaże się.. pewnie wkrótce.

W Mielcu, z moją siostrą:)© lemuriza1972

W Mielcu, z Magnusem© lemuriza1972
Stadion niedługo będzie gotowy. Niebieski taratan wygląda naprawdę imponująco.

Niebieski tartan położony© lemuriza1972
- DST 70.00km
- Czas 02:46
- VAVG 25.30km/h
- VMAX 41.00km/h
- Temperatura 26.0°C
- HRavg 135 ( 71%)
- Kalorie 1066kcal
- Sprzęt Kellys Magnus
- Aktywność Jazda na rowerze
Sobota, 6 lipca 2013
Tarnów - Mielec
Jakiś czas temu musiałam podjąć decyzję co do najbliższych weekendów ( ub weekend albo jadę na Rajd Sokołów albo do Mielca , jesli pojadę do Mielca, to nie będzie mnie na Rajdzie, jeśli będę na Rajdzie, do Mielca trzeba się wybrać 6-7 lipca , i wtedy nie pojadę na maraton do Pruchnika, na który miałam ochotę jechać).
Wybrałam Rajd. Dlaczego? No bo jest jeden, raz do roku, letni, a maratonów jeszcze kilka będzie, więc może uda mi się pojechać.
Życie to w końcu wybory:).
Ponieważ jest lato, no to wiadomo.. rowerem.
No, ale prognozy zbyt optymistyczne nie były. Fakt.. obudziłam się rano.. pochmurno.
Postanowiłam jednak zaryzykować. W ostatniej chwili wrzuciłam do plecaka kurtkę przeciwdeszczową. Jak się okazało - była zbędna.
Kiedy wyjeżdżałam z domu rano, lekko mżyło, ale nic wielkiego się z tego nie urodziło.
Jazda.. ot bez szału. Tempo średnie. Niestety, znowu plecak dał mi się we znaki mocno. Kręgosłup bolał i kiedy dojeżdżałam do Mielca, byłam szcześliwa, że to już jest koniec.
Jakże inaczej jechałoby się bez tego balastu. Albo gdyby był w sakwach.
Muszę chyba pomyśleć o jakims trekkingowym rowerze z sakwami, bo sił wraz z wiekiem to raczej przybywać nie będzie:).
Tak sobie jadąc przez te wsie i miasteczka, pomyślałam, ze te wszystkie nowoczesne sprzęty.. kosiarki itp to zmora naszych czasach.
Sobota.. jedno wielkie koszenie, od samego rana...
Pomyślałam sobie: gdybym miała dom i sąsiadów .. to jaki to odpoczynek w tę sobotę?
Wszyscy koszą... od samego rana...
Wybrałam Rajd. Dlaczego? No bo jest jeden, raz do roku, letni, a maratonów jeszcze kilka będzie, więc może uda mi się pojechać.
Życie to w końcu wybory:).
Ponieważ jest lato, no to wiadomo.. rowerem.
No, ale prognozy zbyt optymistyczne nie były. Fakt.. obudziłam się rano.. pochmurno.
Postanowiłam jednak zaryzykować. W ostatniej chwili wrzuciłam do plecaka kurtkę przeciwdeszczową. Jak się okazało - była zbędna.
Kiedy wyjeżdżałam z domu rano, lekko mżyło, ale nic wielkiego się z tego nie urodziło.
Jazda.. ot bez szału. Tempo średnie. Niestety, znowu plecak dał mi się we znaki mocno. Kręgosłup bolał i kiedy dojeżdżałam do Mielca, byłam szcześliwa, że to już jest koniec.
Jakże inaczej jechałoby się bez tego balastu. Albo gdyby był w sakwach.
Muszę chyba pomyśleć o jakims trekkingowym rowerze z sakwami, bo sił wraz z wiekiem to raczej przybywać nie będzie:).
Tak sobie jadąc przez te wsie i miasteczka, pomyślałam, ze te wszystkie nowoczesne sprzęty.. kosiarki itp to zmora naszych czasach.
Sobota.. jedno wielkie koszenie, od samego rana...
Pomyślałam sobie: gdybym miała dom i sąsiadów .. to jaki to odpoczynek w tę sobotę?
Wszyscy koszą... od samego rana...
- DST 69.00km
- Czas 02:54
- VAVG 23.79km/h
- VMAX 36.00km/h
- Temperatura 20.0°C
- HRmax 132 ( 70%)
- Kalorie 1060kcal
- Sprzęt Kellys Magnus
- Aktywność Jazda na rowerze
Czwartek, 4 lipca 2013
Rege na "Kakałko"
Gorąco....
Znowu.
W pracy nie do wytrzymania przez ten upał, jutro będzie jeszcze gorzej.
No, ale trzeba będzie przeżyć.
Dzisiaj tylko jazda turystyczna.
Z Alkiem, więc wiadomo, że płasko.
Ale dzisiaj ani sił ani ochoty nie miałam na jakąś inną jazdę.
Jakieś zmęczenie się we mnie skumulowało i tak naprawdę powinnam dzisiaj odpuścić, ale jutro nie będę mieć czasu na jazdę, więc postanowiłam jednak dzisiaj pokręcić.
Nogi ciężkie. Mam nadzieję, ze to jakieś chwilowe zmęczenie, a nie jakiś drastyczny spadek formy, bo tak dobrze mi się ostatnio jeździło.
No cóż.. zobaczymy w sobotę.
Na "Kakałko" ( taki zalew za Żabnem) dzisiaj i z powrotem. Dawno tam nie byłam.
Posiedzielismy chwilę nad wodą i z powrotem do domu.
W Żabnie, w sklepie spotkałam koleżankę. Zapytała zdziwiona:
a co Ty tutaj Iza robisz?
Ja : a pić mi sie zachciało:)
Ona : i do Żabna przyjechałaś?
ja: no właśnie:)
( W sumie jakby nie było to tematy wokół żab osyclujące, to moje ulubione ostatnio:))
Tak więc jazda bez historii ( słabo kręciliśmy, bardzo turystycznie), nie ma o czym pisać, więc kończę na dzisiaj.
Dobranoc. Może wreszcie uda mi się porządnie wyspać i następnym razem będę miałą o czym napisać , bo będzie mi się jeździło wyśmienicie:).
PS wczorajsze bąble po komarach .. to jakaś masakra.
Chyba jakieś mutanty mieszkają na zielonym pieszym na Lubince. Lepiej się tam nie wybierajcie.
Znowu.
W pracy nie do wytrzymania przez ten upał, jutro będzie jeszcze gorzej.
No, ale trzeba będzie przeżyć.
Dzisiaj tylko jazda turystyczna.
Z Alkiem, więc wiadomo, że płasko.
Ale dzisiaj ani sił ani ochoty nie miałam na jakąś inną jazdę.
Jakieś zmęczenie się we mnie skumulowało i tak naprawdę powinnam dzisiaj odpuścić, ale jutro nie będę mieć czasu na jazdę, więc postanowiłam jednak dzisiaj pokręcić.
Nogi ciężkie. Mam nadzieję, ze to jakieś chwilowe zmęczenie, a nie jakiś drastyczny spadek formy, bo tak dobrze mi się ostatnio jeździło.
No cóż.. zobaczymy w sobotę.
Na "Kakałko" ( taki zalew za Żabnem) dzisiaj i z powrotem. Dawno tam nie byłam.
Posiedzielismy chwilę nad wodą i z powrotem do domu.
W Żabnie, w sklepie spotkałam koleżankę. Zapytała zdziwiona:
a co Ty tutaj Iza robisz?
Ja : a pić mi sie zachciało:)
Ona : i do Żabna przyjechałaś?
ja: no właśnie:)
( W sumie jakby nie było to tematy wokół żab osyclujące, to moje ulubione ostatnio:))
Tak więc jazda bez historii ( słabo kręciliśmy, bardzo turystycznie), nie ma o czym pisać, więc kończę na dzisiaj.
Dobranoc. Może wreszcie uda mi się porządnie wyspać i następnym razem będę miałą o czym napisać , bo będzie mi się jeździło wyśmienicie:).
PS wczorajsze bąble po komarach .. to jakaś masakra.
Chyba jakieś mutanty mieszkają na zielonym pieszym na Lubince. Lepiej się tam nie wybierajcie.
- DST 41.00km
- Czas 01:46
- VAVG 23.21km/h
- Aktywność Jazda na rowerze
Środa, 3 lipca 2013
Tour de Lubinka
http://www.youtube.com/watch?feature=player_embedded&v=-JLLRAJwnlI
Zwierzątka te miłe towarzyszyły nam szczególnie na zielonym pieszym szlaku na Lubince.
Nikt się nie denerwował, nikt nie przeklinał, nikt się nie drapał. Po prostu niezmiernie zadowoleni byliśmy z tego niespodziewanego, licznego towarzystwa.
Ale po kolei.
Zaległy mini wtorek mtb , odbył się w środę. We wtorek Wtorek odbyć się nie mógł z różnych względów. No to dzisiaj.
Ale też dzisiaj z kolei nie wszyscy mogli, tak więc grono skromne: Krysia, Labudu i ja.
Może i dobrze, bo nie musiałam się wstydzić swojej niemocy dzisiejszej przed większym gremium.
Bo niemoc była przez znaczącą część trasy. Dawno nie czułam się na rowerze tak słabo.
Czy to zmęczenie , niewyspanie ( jakoś ostatnio nie nadążam ze wszystkim i późno kładę się spać), czy lichy obiad, czy upał? Nie wiem…. Długo się zastanawiałam co za diabeł dzisiaj we mnie wstąpił, aż analizując całą sytuację doszłam do wniosku, ze wszystkiemu winne są te urocze zwierzątka, które postanowiły potowarzyszyć nam na zielonym szlaku na Lubince . Upiły co mogły... Ja to idąc w ślady Marcina Be, popijam sok z buraków, a tu chwila w lesie.. i całe to picie.. na nic.
Zaczęlismy sobie od Koszyc, wąwozem do Rzuchowej, a tam Krysia pokazała nam skrót, które nie znałam, ale bardzo cieszę się, że poznałam, bo to fajna terenowa alternatywa, w kierunku Błonia.
A potem Szczepanowice i podjazd obok kościoła do góry , do lasu. I tam poczułam, ze nie jest dobrze… Zadyszana, zamęczona, zniechęcona wjechałam w końcu do lasu i jak to powiedziała Krysia o sobie ( co sobie też przypisuję): stan przedzawałowy..
To tam pomyślałam: z taką formą do Piwnicznej… zapomnij…
Potem jednak zaczęłam tłumaczyć sobie, że to taki dzień, że czasem tak jest.. po prostu i trzeba to przetrwać.
Zjazd zielonym do strumyka fajnie, pewnie, bez przygód. Potem już gorzej było. To nie jest łatwy szlak, mnie chyba nigdy w całości nie udało się go podjechać. Tak i tym razem było. Było mokro, stromo i trzeba było rower wypychać… i wtedy doszło do bliskiego spotkania z uroczymi zwierzątkami. Ach, działo się, działo…..
Potem pojechaliśmy sobie do góry. Plan był taki , ze zjeżdżamy Doliną Izy szutrem w doł i potem wspinaczka do szlabanu, ale.. to było zbyt ryzykowne, bo mogła się znowu pojawić nagła potrzeba wypychu roweru i wtedy znowu… komary…
Tak więc obejchalismy asfaltem naokoło i od szlabanu w dół ( to jest fajny, nie do końca łatwy dzisiaj, bo mokry zjazd), a potem szutrem te 3 km do góry.
I tam naszły mnie takie myśli.. kiedy ciągnęłam się niemiłosiernie za Krysią i Labudu, że ja dalej nie jadę, zjeżdżam lasem z Lubinki pod kościół w Szczepanowicach i jadę niebieskim przez Buczynę do domu.
Dramat… tak siły dzisiaj nie miałam.
Ale kiedy wyjechaliśmy z lasu Krysia powiedziała: to co jedziemy na żółty pieszy , na zjazd?
Tysiąc myśli w głowie ( zjazd ok, ale żeby zjechać to najpierw trzeba podjechać tę straszną ściankę na Wał.. nie mam już siły… jak ja tam wjadę… jak?
no dobra jadę)
Bo najważniejsze jest żeby po prostu nie tworzyć sobie barier w głowie… nogi jeszcze dadzą radę, co pokazała dalsza część trasy, tylko ta nieszczęsna głowa…
Ona mi dzisiaj wszystko psuła, od wczesnego popołudnia. Jakąś niechęć miałam do .. wszystkiego.
No to pojechaliśmy. Jakoś się wturlałam na górę. Potem żółty zjazd, on zawsze przynosi radość. W Pleśnej w sklepie wafelek i mirinda i w drogę. Myślałam, że już pojedziemy do domu, a Krysia nagle zaproponowałam jakiś niby łagodny podjazd na Lubinkę.
Haha, trzeba było widzieć jaki był łagodny i jaki krótki….
Ciągnął się i ciągnął.. No, ale ok. Poznałam nowy podjazd, poza tym jakby mi nieco siły wróciły, chłodniej się zrobiło. No i te widoki. WArtooooooooooo....
Dojechaliśmy do mojego wymarzonego domu. Ilekroć przejeżdżam obok niego to tak myślę… Bo dom ogromnie mi się podoba ( drewniany) i te widoki…. I marzenia się włączają o niedzielnej kawie na tarasie z tym widokiem…
No i taki to był Podwieczorek MTB ( nazwa autorska Krysi). Co było dalej to pisać nie będę, bo dalej był standardowy powrót do domu przez Błonie, Koszyce, Zbylitowską Górę.
I jak już wróciłam to cieszyłam się, ze objechałam tę trasę pomimo tej niemocy i niechęci początkowej.







Wrcając wczoraj z wizyty u dentysty, ujrzałam Aśkę , żonę Mirka, jak rwała lawendę w ogródku. No i wróciłam z bukietem do domu i teraz mam w kuchni zapach łąki.
A do tego barszcz się kisi, więc będzie MOC.
Zwierzątka te miłe towarzyszyły nam szczególnie na zielonym pieszym szlaku na Lubince.
Nikt się nie denerwował, nikt nie przeklinał, nikt się nie drapał. Po prostu niezmiernie zadowoleni byliśmy z tego niespodziewanego, licznego towarzystwa.
Ale po kolei.
Zaległy mini wtorek mtb , odbył się w środę. We wtorek Wtorek odbyć się nie mógł z różnych względów. No to dzisiaj.
Ale też dzisiaj z kolei nie wszyscy mogli, tak więc grono skromne: Krysia, Labudu i ja.
Może i dobrze, bo nie musiałam się wstydzić swojej niemocy dzisiejszej przed większym gremium.
Bo niemoc była przez znaczącą część trasy. Dawno nie czułam się na rowerze tak słabo.
Czy to zmęczenie , niewyspanie ( jakoś ostatnio nie nadążam ze wszystkim i późno kładę się spać), czy lichy obiad, czy upał? Nie wiem…. Długo się zastanawiałam co za diabeł dzisiaj we mnie wstąpił, aż analizując całą sytuację doszłam do wniosku, ze wszystkiemu winne są te urocze zwierzątka, które postanowiły potowarzyszyć nam na zielonym szlaku na Lubince . Upiły co mogły... Ja to idąc w ślady Marcina Be, popijam sok z buraków, a tu chwila w lesie.. i całe to picie.. na nic.
Zaczęlismy sobie od Koszyc, wąwozem do Rzuchowej, a tam Krysia pokazała nam skrót, które nie znałam, ale bardzo cieszę się, że poznałam, bo to fajna terenowa alternatywa, w kierunku Błonia.
A potem Szczepanowice i podjazd obok kościoła do góry , do lasu. I tam poczułam, ze nie jest dobrze… Zadyszana, zamęczona, zniechęcona wjechałam w końcu do lasu i jak to powiedziała Krysia o sobie ( co sobie też przypisuję): stan przedzawałowy..
To tam pomyślałam: z taką formą do Piwnicznej… zapomnij…
Potem jednak zaczęłam tłumaczyć sobie, że to taki dzień, że czasem tak jest.. po prostu i trzeba to przetrwać.
Zjazd zielonym do strumyka fajnie, pewnie, bez przygód. Potem już gorzej było. To nie jest łatwy szlak, mnie chyba nigdy w całości nie udało się go podjechać. Tak i tym razem było. Było mokro, stromo i trzeba było rower wypychać… i wtedy doszło do bliskiego spotkania z uroczymi zwierzątkami. Ach, działo się, działo…..
Potem pojechaliśmy sobie do góry. Plan był taki , ze zjeżdżamy Doliną Izy szutrem w doł i potem wspinaczka do szlabanu, ale.. to było zbyt ryzykowne, bo mogła się znowu pojawić nagła potrzeba wypychu roweru i wtedy znowu… komary…
Tak więc obejchalismy asfaltem naokoło i od szlabanu w dół ( to jest fajny, nie do końca łatwy dzisiaj, bo mokry zjazd), a potem szutrem te 3 km do góry.
I tam naszły mnie takie myśli.. kiedy ciągnęłam się niemiłosiernie za Krysią i Labudu, że ja dalej nie jadę, zjeżdżam lasem z Lubinki pod kościół w Szczepanowicach i jadę niebieskim przez Buczynę do domu.
Dramat… tak siły dzisiaj nie miałam.
Ale kiedy wyjechaliśmy z lasu Krysia powiedziała: to co jedziemy na żółty pieszy , na zjazd?
Tysiąc myśli w głowie ( zjazd ok, ale żeby zjechać to najpierw trzeba podjechać tę straszną ściankę na Wał.. nie mam już siły… jak ja tam wjadę… jak?
no dobra jadę)
Bo najważniejsze jest żeby po prostu nie tworzyć sobie barier w głowie… nogi jeszcze dadzą radę, co pokazała dalsza część trasy, tylko ta nieszczęsna głowa…
Ona mi dzisiaj wszystko psuła, od wczesnego popołudnia. Jakąś niechęć miałam do .. wszystkiego.
No to pojechaliśmy. Jakoś się wturlałam na górę. Potem żółty zjazd, on zawsze przynosi radość. W Pleśnej w sklepie wafelek i mirinda i w drogę. Myślałam, że już pojedziemy do domu, a Krysia nagle zaproponowałam jakiś niby łagodny podjazd na Lubinkę.
Haha, trzeba było widzieć jaki był łagodny i jaki krótki….
Ciągnął się i ciągnął.. No, ale ok. Poznałam nowy podjazd, poza tym jakby mi nieco siły wróciły, chłodniej się zrobiło. No i te widoki. WArtooooooooooo....
Dojechaliśmy do mojego wymarzonego domu. Ilekroć przejeżdżam obok niego to tak myślę… Bo dom ogromnie mi się podoba ( drewniany) i te widoki…. I marzenia się włączają o niedzielnej kawie na tarasie z tym widokiem…
No i taki to był Podwieczorek MTB ( nazwa autorska Krysi). Co było dalej to pisać nie będę, bo dalej był standardowy powrót do domu przez Błonie, Koszyce, Zbylitowską Górę.
I jak już wróciłam to cieszyłam się, ze objechałam tę trasę pomimo tej niemocy i niechęci początkowej.

Nowa ścieżka od Rzuchowej:)© lemuriza1972

Labudu na zielonym szlaku pieszym© lemuriza1972

Potoczek na zielonym pieszym© lemuriza1972

Krysia i Labudu© lemuriza1972

Krysia i Labudu w drodze do Doliny Izy:)© lemuriza1972

Przeprawa© lemuriza1972

Widoczek z podjazdu na Lubinkę© lemuriza1972
Wrcając wczoraj z wizyty u dentysty, ujrzałam Aśkę , żonę Mirka, jak rwała lawendę w ogródku. No i wróciłam z bukietem do domu i teraz mam w kuchni zapach łąki.
A do tego barszcz się kisi, więc będzie MOC.

Lawenda zdobyczna© lemuriza1972
- DST 50.00km
- Teren 20.00km
- Czas 02:52
- VAVG 17.44km/h
- VMAX 55.00km/h
- Sprzęt KTM
- Aktywność Jazda na rowerze
Poniedziałek, 1 lipca 2013
Poniedziałkowo:)
Na początek mała zagadka.
Co to za miejsce?
O ile na drugim zdjęciu miejsce dla niektórych będzie pewnie rozpoznawalne ( aczkolwiek nieznacznie się zmieniło, od czasu kiedy byłam tam ostatni raz. Jak widać teraz można sobie zrobić przejazd przez rzeczkę. Do niedawna było to niemożliwe), o tyle myślę miejsce na pierwszym zdjęciu niewielu jest znane. Bardziej chyba znają go biegacze, bo jak to powiedział Alek: to nie jest miejsce do jeżdżenia na rowerze! Fakt, w niektórych miejscach przejechanie mtbowskiej ścieżki Mirka staje się pewnym wyzwaniem, ale bez przesady… dla roweru górskiego to jest spokojnie do przejechania. Trochę chęci i wysiłku. No i trzeba odrzucić strach przed kleszczami i łosiami:), bo to tam kiedyś spotkałam łosie.
Już wiadomo???


Tak, to właśnie miejsca w Lesie Radłowskim. Bo w tym pozornie łatwym technicznie Lesie można znaleźć takie miejsca, że można nieźle poćwiczyć. Trzeba tylko wiedzieć gdzie.
Mam wielką ochotę zaproponować tę ścieżkę na Jesienny Rajd Sokołów, ale obawiam się, że nie wszyscy byliby zadowoleni.
A uważam, że świetnie się nadaje… trochę zakrętów, trochę korzeni, trochę trudności i nawet jest podjazd ( albo zjazd zależy jak się jedzie) po korzeniach.
Czasu dzisiaj było mało. Będzie problem z tym czasem w najbliższych tygodniach. No nic .. byle do upragnionego, zasłużonego urlopu.
Tak więc dzisiaj postawiłam na Las Radłowski, ale w tej wersji hard, czyli mtbowskie ścieżki Mirka. Zaproponowałam jazdę Alkowi, jako znanemu w Tarnowie miłośnikowi Lasu. Ja to nawet myślę, że ten Las powinien nosić jego imię:).
Alek siły ma jak tur i niejednego młodziaka wziąłby pod górę, bez problemu, a jednak gór nie lubi.
Gór na rowerze. O tyle , to dziwne jest dla mnie i zagadkowe, że góry jako takie ( w formie chodzenia po nich) lubi bardzo.
Ale cóż.. świat dzisiaj tak wygląda, że różne preferencje ludzie mają.
Jedni unikają gór, drudzy błota, inni jeszcze błoto lubią, a jeszcze inni zamiast odpoczywać w niedzielę to jadą na harówkę z Panem Adamem:).
Tak to już świat skonstruowany.
No to sobie pokręciliśmy po naszym Lesie pobliskim. Błota dużo nie było, spodziewałam się mokrości, błota , ale spokojnie…
Nawet zadziwiająco dobrze mi się jechało, jak na po dwóch dniach intensywnej jazdy, chociaż… No właśnie…. Pojechaliśmy na myjkę na Zbylitowskich i powiedziałam po umyciu rowerów:
Mało tych kilometrów.. może jeszcze kawałek się przejedziemy?
No i o dziwo Alek górek nie lubiący, rzucił hasło: to robimy sprint pod górę ( Zbylitowską Górę).
Westchnęłam ciężko, bo gdzie mnie tam do sprintów pod górę.. No, ale się starałam. Naprawdę się starałam. Alek odjechał mi w mgnieniu oka… ledwie go dostrzec mogłam. Oj, jak to działa na psychikę.. i nie pomaga sobie tłumaczenie: to facet, wyjątkowo silny facet….
Starałam się jak mogłam i myślałam, że ducha wyzionę, a i tak prędkość oscylowała ( na końcowym fragmencie podjazdu) wokół 19,20 km/h.
Kiedyś na tę górkę wjeżdżałam znacznie szybciej. Może to jeszcze brak sił, w końcu mało tego porządnego jeżdżenia wciąż ( późno wiosna przyszła i wiadomo jak było), a może nieuchronny porządek świata daje znać o sobie, czyli jak to Alek mawia choroba zwana PESELICĄ?:).
Być może. Być może.. jeśli tak, to cóż.. z pokorą trzeba ten fakt przyjąć do wiadomości i cieszyć się tym, że pomimo 41 lat to jeszcze jestem w stanie przejechać ciężką trasę.
Bo jestem. To wiem.
Jutro chłopaki jadą w Tatry. Miałam jechać z nimi, ale nie jadę.
Nie mogę iść na urlop. Cóż życie… Bardzo żałuję.
A na zakończenie jeszcze kilka zdjęć z wczorajszego rajdu i wznosząc toast sokiem z buraków:) ( pijcie sok z buraków, to tajemna broń Marcina B.) , życzę wszystkim pogody na treningi, tej na zewnątrz i pogody ducha, bo ona najważniejsza, bez niej to nic się nie zrobi.
Taki cytat dzisiaj znalazłam:
„ Życie jest interesujące i zabawne pod warunkiem, że nie próbuje się być szczęśliwym”
( Leszek Kołakowski)
Więc nic na siłę….:).
I obejrzyjcie jak fajnie się bawią tarnowscy bikerzy:
( zdjęcia z galerii Krzyśka Łuczkowca)









Co to za miejsce?
O ile na drugim zdjęciu miejsce dla niektórych będzie pewnie rozpoznawalne ( aczkolwiek nieznacznie się zmieniło, od czasu kiedy byłam tam ostatni raz. Jak widać teraz można sobie zrobić przejazd przez rzeczkę. Do niedawna było to niemożliwe), o tyle myślę miejsce na pierwszym zdjęciu niewielu jest znane. Bardziej chyba znają go biegacze, bo jak to powiedział Alek: to nie jest miejsce do jeżdżenia na rowerze! Fakt, w niektórych miejscach przejechanie mtbowskiej ścieżki Mirka staje się pewnym wyzwaniem, ale bez przesady… dla roweru górskiego to jest spokojnie do przejechania. Trochę chęci i wysiłku. No i trzeba odrzucić strach przed kleszczami i łosiami:), bo to tam kiedyś spotkałam łosie.
Już wiadomo???

Nasza tajemna ścieżka© lemuriza1972

I rzeczka do przejazdu się znajdzie© lemuriza1972
Tak, to właśnie miejsca w Lesie Radłowskim. Bo w tym pozornie łatwym technicznie Lesie można znaleźć takie miejsca, że można nieźle poćwiczyć. Trzeba tylko wiedzieć gdzie.
Mam wielką ochotę zaproponować tę ścieżkę na Jesienny Rajd Sokołów, ale obawiam się, że nie wszyscy byliby zadowoleni.
A uważam, że świetnie się nadaje… trochę zakrętów, trochę korzeni, trochę trudności i nawet jest podjazd ( albo zjazd zależy jak się jedzie) po korzeniach.
Czasu dzisiaj było mało. Będzie problem z tym czasem w najbliższych tygodniach. No nic .. byle do upragnionego, zasłużonego urlopu.
Tak więc dzisiaj postawiłam na Las Radłowski, ale w tej wersji hard, czyli mtbowskie ścieżki Mirka. Zaproponowałam jazdę Alkowi, jako znanemu w Tarnowie miłośnikowi Lasu. Ja to nawet myślę, że ten Las powinien nosić jego imię:).
Alek siły ma jak tur i niejednego młodziaka wziąłby pod górę, bez problemu, a jednak gór nie lubi.
Gór na rowerze. O tyle , to dziwne jest dla mnie i zagadkowe, że góry jako takie ( w formie chodzenia po nich) lubi bardzo.
Ale cóż.. świat dzisiaj tak wygląda, że różne preferencje ludzie mają.
Jedni unikają gór, drudzy błota, inni jeszcze błoto lubią, a jeszcze inni zamiast odpoczywać w niedzielę to jadą na harówkę z Panem Adamem:).
Tak to już świat skonstruowany.
No to sobie pokręciliśmy po naszym Lesie pobliskim. Błota dużo nie było, spodziewałam się mokrości, błota , ale spokojnie…
Nawet zadziwiająco dobrze mi się jechało, jak na po dwóch dniach intensywnej jazdy, chociaż… No właśnie…. Pojechaliśmy na myjkę na Zbylitowskich i powiedziałam po umyciu rowerów:
Mało tych kilometrów.. może jeszcze kawałek się przejedziemy?
No i o dziwo Alek górek nie lubiący, rzucił hasło: to robimy sprint pod górę ( Zbylitowską Górę).
Westchnęłam ciężko, bo gdzie mnie tam do sprintów pod górę.. No, ale się starałam. Naprawdę się starałam. Alek odjechał mi w mgnieniu oka… ledwie go dostrzec mogłam. Oj, jak to działa na psychikę.. i nie pomaga sobie tłumaczenie: to facet, wyjątkowo silny facet….
Starałam się jak mogłam i myślałam, że ducha wyzionę, a i tak prędkość oscylowała ( na końcowym fragmencie podjazdu) wokół 19,20 km/h.
Kiedyś na tę górkę wjeżdżałam znacznie szybciej. Może to jeszcze brak sił, w końcu mało tego porządnego jeżdżenia wciąż ( późno wiosna przyszła i wiadomo jak było), a może nieuchronny porządek świata daje znać o sobie, czyli jak to Alek mawia choroba zwana PESELICĄ?:).
Być może. Być może.. jeśli tak, to cóż.. z pokorą trzeba ten fakt przyjąć do wiadomości i cieszyć się tym, że pomimo 41 lat to jeszcze jestem w stanie przejechać ciężką trasę.
Bo jestem. To wiem.
Jutro chłopaki jadą w Tatry. Miałam jechać z nimi, ale nie jadę.
Nie mogę iść na urlop. Cóż życie… Bardzo żałuję.
A na zakończenie jeszcze kilka zdjęć z wczorajszego rajdu i wznosząc toast sokiem z buraków:) ( pijcie sok z buraków, to tajemna broń Marcina B.) , życzę wszystkim pogody na treningi, tej na zewnątrz i pogody ducha, bo ona najważniejsza, bez niej to nic się nie zrobi.
Taki cytat dzisiaj znalazłam:
„ Życie jest interesujące i zabawne pod warunkiem, że nie próbuje się być szczęśliwym”
( Leszek Kołakowski)
Więc nic na siłę….:).
I obejrzyjcie jak fajnie się bawią tarnowscy bikerzy:
( zdjęcia z galerii Krzyśka Łuczkowca)

Zbiórka na tarnowskim Rynku© lemuriza1972

Pan doktor od kolan na przodzie:)© lemuriza1972

Czaję się za plecami:)© lemuriza1972

"Wyścig" trwa© lemuriza1972

Znalazł się i podjazd:)© lemuriza1972

Znalazł się i bardzo błotnisty podjazd© lemuriza1972

I błotnisty zjazd:)© lemuriza1972

Była też Kambodża:)© lemuriza1972

I fajny podjazd łąką© lemuriza1972

Z kolegą z Wojnicza kończymy podjeżdżać na Marcinkę© lemuriza1972
- DST 30.00km
- Teren 10.00km
- Czas 01:24
- VAVG 21.43km/h
- VMAX 40.00km/h
- Temperatura 23.0°C
- HRmax 165 ( 87%)
- HRavg 130 ( 69%)
- Kalorie 500kcal
- Sprzęt KTM
- Aktywność Jazda na rowerze
Niedziela, 30 czerwca 2013
III Rowerowy Rajd Sokołów
Miałam obawy jak w trakcie dzisiejszej jazdy zareaguje mój organizm , bo po wczorajszych prawie 90 km, mogło być różnie.
Ale jak widać Niedziele z Panem Adamem robią swoje i mój organizm jest już w stanie wytrzymać sporo.
Piękne słońce dzisiaj rano świeciło, ale prognozy mówiły, że po południu będzie deszcz. Tak więc plecak, w plecaku rękawki, kurtka przeciwdeszczowa. Miejsce zbiórki : Biedronka na Czerwonej, czeka już Mirek i pyta się: a co Ty tam masz w tym plecaku?
A właściwie to śmieje się ze mnie. Ot, szelma. Mniej już się śmiał, kiedy po rajdzie siedzieliśmy na Marcince, spadła temperatura i spadł deszcz i Mirek z radością ubierał moje rękawki:).
Przyjeżdża Krysia i ruszamy w kierunku Rynku.
Rynek w słońcu , w jednej jego części scena i ściana wspinaczkowa ( jest wspinaczkowy festiwal), w drugiej kolarze, rowerzyści… na różnych maszynach. Górale, szosy, trekkingi, rowery miejskie. Ruszamy o 10. Bardzo spokojnie przez miasto. Zawsze jestem pełna obaw jadąc w takiej dużej grupie, bo trzeba bardzo uważać i mieć oczy wkoło głowy. Na szczęście docieramy bez wypadków na parking pod basenem na Piłsudskiego, a tam dzielimy się na 3 grupy . Każda pojedzie na inny dystans.
Nasza , rzecz jasna dystans najdłuższy. W tym roku na szczęście mam kobiece towarzystwo, bo jedzie Krysia. Trasa w znacznej części płaska, dużo asfaltów, więc można dość szybko jechać, ale i tak chłopaki jakoś bardzo nie wyrywają do przodu, bo wiadomo, że jakby tak Buria, Krzysiek wydarli do przodu, to mogłabym sobie wracać do domu.
Jest trochę błotka, to lubię – jak jest trochę trudniej. Sądząc jednak po różnych reakcjach na to błoto i to jak niektórzy hamowali przed kałużami lub omijali je szerokim łukiem , o ile się dało, jestem jednak odosobniona w tej sympatii do błota:).
Jeden z kolegów zapytał mnie nawet, co mam taki rower ubłocony…
No właśnie, ja wiem, że dla Katemka to niezbyt dobrze, ale ja po prostu czasem lubię się w tym błocie potaplać. Zresztą gdzieś ćwiczyć trzeba, potem pojadę na maraton i nie da się hamować przed każdą błotną sekwencją, bo innym bardzo utrudniałabym jazdę. Prosta sprawa. Więc trenować jazdę w błocie też trzeba.
Najbardziej z tej trasy zapamiętałam dwie bardzo błotne sekwencje , jedna pod górę, druga w dół.
Niby nic, bo podczas Niedzieli z Panem Adamem to raczej codzienność, ale na tej trasie były to takie wisienki na torcie.
No i jeszcze fajny przejazd przez łąkę, szkoda tylko, że Krzysiek doradził uczestnikom zejście z rowerów, bo tam dało się jechać ( jechałam i zresztą nie tylko ja , bo widziałam kilka jadących osób) i jestem pewna, że co najmniej 80% jadących, spokojnie dałaby sobie radę. Tam w okolicach tej łąki były też najpiękniejsze dzisiejszego dnia widoki.
Kiedy wjeżdżałam na Marcinkę, dojechał do mnie jakiś kolega. Powiedział „ Cześć Iza”.
No i znowu konsternacja, jak to czasem zdarzało mi się na maratonach, bo nie kojarzę… Kolega jednak wybawił mnie z kłopotu, mówiąc, że się nie znamy, ale on czyta mojego bloga i że ja bardzo fajnie pisze i że jest z Wojnicza i , że zainspirowałam go do jazdy w kierunku Lubinki, Wału:).
Cieszę się. Nie piszę przecież tylko dla siebie. Cieszę się, że ktoś tam w jakiś sposób korzysta z tej mojej codziennej blogowej działalności. To bardzo miłe.
Pozdrawiam kolegę, imienia nie znam. Chyba się nie przedstawił, albo nie dosłyszałam.
Trasa nie była trudna, nawet chyba łatwiejsza od ubiegłorocznej. Porównując ją do naszych niedzielnych jazd, to można powiedzieć: bardzo łatwa.
No, ale taka być musiała, bo to miał być rajd, nie żaden trening ani wyścig. I jechały różne osoby, nie wszystkie z maratonowym doświadczeniem. Krzysiek wynalazł kilka naprawdę bardzo fajnych fragmentów. Nieznanych mi. Między innymi ten błotny zjazd. Super sprawa naprawdę. No i błotny podjazd też świetny. Lubię takie kiedy trzeba walczyć o przyczepność i walczyć z nastromieniem.
Tradycyjnie oczywiście posiadówka w restauracji na Górze św. Marcina. Dyplomy, jedzonko. Miło. Kiedy wracaliśmy, Krysia z Pawłem zauważyli, ze mam bardzo mało powietrza w tylnej oponie. No fakt.. ledwie dojechałam do domu.
Ciekawe kiedy to powietrze zaczęło mi uciekać, bo coś podejrzanie ciężko wjeżdżało mi się na Marcinkę. Może już wtedy powietrza było mało? A może to po prostu mój słabszy dzień, bo wielkiej mocy dzisiaj na podjazdach nie czułam.
Najcenniejszą sprawą podczas takich spotkań rowerowych są LUDZIE.
Bo mtb to nie tylko rowery, zawody, góry, błoto itd, ale to przede wszystkim LUDZIE.
Bardzo dziękuję zatem za okazję do spotkania organizatorom z Sokoła. Coraz więcej takich inicjatyw w naszym mieście ( vide: Kolarska Noc Świętojańska). Środowisko bardzo się integruje, między innymi też poprze Forum Rowerum.
I tak oto III Rajd Sokołów przeszedł do historii i weekend powoli przechodzi do historii. Dwa tygodnie zostały do Piwnicznej. Bardzo chciałabym pojechać. Nie wiem jednak czy jestem dostatecznie przygotowana. Na domiar złego być może w ciągu tych dwóch tygodni ze względu na pracę, będzie bardzo mało czasu na jeżdżenie. No zobaczymy za dwa tygodnie.
Kończy się czerwiec, dzisiaj przekroczyłam liczbę 1000 km przejechanych w tym miesiącu. To był dobry miesiąc pod względem jeżdżenia.
Kilometry dzisiejsze podaję wraz z tymi dojazdowymi z domu.







Ale jak widać Niedziele z Panem Adamem robią swoje i mój organizm jest już w stanie wytrzymać sporo.
Piękne słońce dzisiaj rano świeciło, ale prognozy mówiły, że po południu będzie deszcz. Tak więc plecak, w plecaku rękawki, kurtka przeciwdeszczowa. Miejsce zbiórki : Biedronka na Czerwonej, czeka już Mirek i pyta się: a co Ty tam masz w tym plecaku?
A właściwie to śmieje się ze mnie. Ot, szelma. Mniej już się śmiał, kiedy po rajdzie siedzieliśmy na Marcince, spadła temperatura i spadł deszcz i Mirek z radością ubierał moje rękawki:).
Przyjeżdża Krysia i ruszamy w kierunku Rynku.
Rynek w słońcu , w jednej jego części scena i ściana wspinaczkowa ( jest wspinaczkowy festiwal), w drugiej kolarze, rowerzyści… na różnych maszynach. Górale, szosy, trekkingi, rowery miejskie. Ruszamy o 10. Bardzo spokojnie przez miasto. Zawsze jestem pełna obaw jadąc w takiej dużej grupie, bo trzeba bardzo uważać i mieć oczy wkoło głowy. Na szczęście docieramy bez wypadków na parking pod basenem na Piłsudskiego, a tam dzielimy się na 3 grupy . Każda pojedzie na inny dystans.
Nasza , rzecz jasna dystans najdłuższy. W tym roku na szczęście mam kobiece towarzystwo, bo jedzie Krysia. Trasa w znacznej części płaska, dużo asfaltów, więc można dość szybko jechać, ale i tak chłopaki jakoś bardzo nie wyrywają do przodu, bo wiadomo, że jakby tak Buria, Krzysiek wydarli do przodu, to mogłabym sobie wracać do domu.
Jest trochę błotka, to lubię – jak jest trochę trudniej. Sądząc jednak po różnych reakcjach na to błoto i to jak niektórzy hamowali przed kałużami lub omijali je szerokim łukiem , o ile się dało, jestem jednak odosobniona w tej sympatii do błota:).
Jeden z kolegów zapytał mnie nawet, co mam taki rower ubłocony…
No właśnie, ja wiem, że dla Katemka to niezbyt dobrze, ale ja po prostu czasem lubię się w tym błocie potaplać. Zresztą gdzieś ćwiczyć trzeba, potem pojadę na maraton i nie da się hamować przed każdą błotną sekwencją, bo innym bardzo utrudniałabym jazdę. Prosta sprawa. Więc trenować jazdę w błocie też trzeba.
Najbardziej z tej trasy zapamiętałam dwie bardzo błotne sekwencje , jedna pod górę, druga w dół.
Niby nic, bo podczas Niedzieli z Panem Adamem to raczej codzienność, ale na tej trasie były to takie wisienki na torcie.
No i jeszcze fajny przejazd przez łąkę, szkoda tylko, że Krzysiek doradził uczestnikom zejście z rowerów, bo tam dało się jechać ( jechałam i zresztą nie tylko ja , bo widziałam kilka jadących osób) i jestem pewna, że co najmniej 80% jadących, spokojnie dałaby sobie radę. Tam w okolicach tej łąki były też najpiękniejsze dzisiejszego dnia widoki.
Kiedy wjeżdżałam na Marcinkę, dojechał do mnie jakiś kolega. Powiedział „ Cześć Iza”.
No i znowu konsternacja, jak to czasem zdarzało mi się na maratonach, bo nie kojarzę… Kolega jednak wybawił mnie z kłopotu, mówiąc, że się nie znamy, ale on czyta mojego bloga i że ja bardzo fajnie pisze i że jest z Wojnicza i , że zainspirowałam go do jazdy w kierunku Lubinki, Wału:).
Cieszę się. Nie piszę przecież tylko dla siebie. Cieszę się, że ktoś tam w jakiś sposób korzysta z tej mojej codziennej blogowej działalności. To bardzo miłe.
Pozdrawiam kolegę, imienia nie znam. Chyba się nie przedstawił, albo nie dosłyszałam.
Trasa nie była trudna, nawet chyba łatwiejsza od ubiegłorocznej. Porównując ją do naszych niedzielnych jazd, to można powiedzieć: bardzo łatwa.
No, ale taka być musiała, bo to miał być rajd, nie żaden trening ani wyścig. I jechały różne osoby, nie wszystkie z maratonowym doświadczeniem. Krzysiek wynalazł kilka naprawdę bardzo fajnych fragmentów. Nieznanych mi. Między innymi ten błotny zjazd. Super sprawa naprawdę. No i błotny podjazd też świetny. Lubię takie kiedy trzeba walczyć o przyczepność i walczyć z nastromieniem.
Tradycyjnie oczywiście posiadówka w restauracji na Górze św. Marcina. Dyplomy, jedzonko. Miło. Kiedy wracaliśmy, Krysia z Pawłem zauważyli, ze mam bardzo mało powietrza w tylnej oponie. No fakt.. ledwie dojechałam do domu.
Ciekawe kiedy to powietrze zaczęło mi uciekać, bo coś podejrzanie ciężko wjeżdżało mi się na Marcinkę. Może już wtedy powietrza było mało? A może to po prostu mój słabszy dzień, bo wielkiej mocy dzisiaj na podjazdach nie czułam.
Najcenniejszą sprawą podczas takich spotkań rowerowych są LUDZIE.
Bo mtb to nie tylko rowery, zawody, góry, błoto itd, ale to przede wszystkim LUDZIE.
Bardzo dziękuję zatem za okazję do spotkania organizatorom z Sokoła. Coraz więcej takich inicjatyw w naszym mieście ( vide: Kolarska Noc Świętojańska). Środowisko bardzo się integruje, między innymi też poprze Forum Rowerum.
I tak oto III Rajd Sokołów przeszedł do historii i weekend powoli przechodzi do historii. Dwa tygodnie zostały do Piwnicznej. Bardzo chciałabym pojechać. Nie wiem jednak czy jestem dostatecznie przygotowana. Na domiar złego być może w ciągu tych dwóch tygodni ze względu na pracę, będzie bardzo mało czasu na jeżdżenie. No zobaczymy za dwa tygodnie.
Kończy się czerwiec, dzisiaj przekroczyłam liczbę 1000 km przejechanych w tym miesiącu. To był dobry miesiąc pod względem jeżdżenia.
Kilometry dzisiejsze podaję wraz z tymi dojazdowymi z domu.

Z Krysią na tarnowskim Rynku© lemuriza1972

Chwila przerwy w jeździe i dzielimy się na 3 grupy© lemuriza1972

Jedziemy jeszcze przez Tarnów© lemuriza1972

Jadą chłopaki z Sokoła:)© lemuriza1972

Gdzieś tam, nie wiem gdzie:)© lemuriza1972

I trochę widoków© lemuriza1972

I trochę widoków© lemuriza1972

Jedzie Pani Krystyna© lemuriza1972
- DST 66.00km
- Teren 25.00km
- Czas 03:29
- VAVG 18.95km/h
- VMAX 61.00km/h
- Temperatura 25.0°C
- HRmax 165 ( 87%)
- HRavg 135 ( 71%)
- Kalorie 1200kcal
- Sprzęt KTM
- Aktywność Jazda na rowerze